Ale nie da się być spokojnym o ligowy byt, jeżeli z dziesięciu tegorocznych meczów o punkty, wygrywa się jeden!
Na sobocie świat się nie kończy i po Widzewie Radomianie będą mieli do rozegrania jeszcze pięć spotkań, ale gdy przegrają, ich sytuacja stanie się dramatycznie zła. Przede wszystkim dlatego, że z grona drużyn zamieszanych w walkę o utrzymanie mają zdecydowanie najtrudniejszy terminarz.
Poza tym prowadzi ich trener, który zapomniał, jak się wygrywa. Bruno Baltazar ostatni raz poprowadził swoją drużynę do ligowego triumfu w grudniu 2024 roku! Na zakończenie pierwszej kadencji przy Struga pokonał we Wrocławiu Śląsk 2:1. Potem było już tylko gorzej. We francuskim Caen dostał siedem razy w łeb i wyleciał z roboty.
Rękę podał mu ponownie Radomiak. Nadszedł czas, żeby Portugalczyk udowodnił, że było warto.
Póki co, i trener i drużyna mocno cieniują. Od patrzenia, jak Zieloni prezentowali się przeciwko Zagłębiu w Lubinie, mogły rozboleć zęby. Nie byli w stanie (?), nie umieli (?) oddać choćby jednego celnego strzału. Dramat.
Teraz żarty się skończyły. Chociaż, być może jest za wcześnie na radykalne sądy, to w Polsce mówi się, że ten, kto w sobotę przegra w Radomiu, spadnie z ligi.
Z pozoru wszystko przemawia za Widzewem. Charyzmatyczny trener – Aleksandar Vuković, który świetnie czuje w pracy pod presją. Zdecydowanie silniejsza, przynajmniej na papierze, kadra. No i kasa. Wielka kasa, jaką wpompowuje w drużynę nowy właściciel Robert Dobrzycki. Niby pieniądze nie biegają po boisku, ale…
Jeśli piłkarze Radomiaka zamierzają skutecznie postawić się rywalom, muszą określenie „mecz o życie” potraktować dosłownie i jak najbardziej serio. Zagrają o swoją zawodową przyszłość i finansowy spokój, który zapewnia im Radomiak (choć często z opóźnieniem). Do gwiazdek ze Struga musi dotrzeć, że jeżeli spadną z ligi, to zdecydowanej większości z nich ciężko będzie znaleźć nowego pracodawcę w Ekstraklasie. W krajowej piłce na przeciętność nie ma już popytu.















Napisz komentarz
Komentarze