Wycieczkę rozpocząłem od odwiedzenia stadionu przy Narutowicza. Dziś to Miejski Ośrodek Sportu, z którego jedynie korzystają piłkarze Broni. Obiekt kameralny, ale ładny. Zamiast toru jest bieżnia. Nie ma też betonowego boiska do piłki ręcznej. Wyburzono również budynek z zagrzybioną salką, w której trenowali bokserzy. Po basenie też zostały tylko stare fotografie. Mnie w pamięci szczególnie utkwił tor. I to nie z powodu jakiegoś wybitnie emocjonującego wyścigu kolarskiego, a przez… mecz piłkarski.
Konkretnie derby Broń – Radomiak w 1983 roku. Chyba w 83. roku...
Miałem wtedy dziesięć lat. To był jeden z pierwszych meczów, na które poszedłem bez dorosłego opiekuna. Towarzyszył mi o rok młodszy cioteczny brat Arek. Ja byłem za Radomiakiem, Arek kibicował Broni. Przekonałem go, żebyśmy siedli z kibicami Zielonych. Zresztą określenie „siedli” jest w tym wypadku poważnym słownym nadużyciem. Na trybunach był taki ścisk, że pozostało nam przycupnąć na torze. A i tam tłum był niemożebny.
Zapamiętałem z tamtego wypadu trzy sekwencje. Pierwsza: kiedy w pewnym momencie między kibicami na torze rozgorzała bitwa na słoneczniki. W powietrzu było aż gęsto od żółtych bomb ciskanych przez dwie grupy, nie wiem o co, zwaśnionych przeciwników. Tak do końca nie wiem też, czy bili się Broniarze z Gołębiarzami, czy kibice Radomiaka między sobą. W każdym razie wymiana „ognia” trwała dobrych kilka minut.
Druga rzecz, do której jeszcze dziś się śmieje, to fakt, że gdy Marek Wojdaszka strzelił gola dla Radomiaka, to Arek był jedynym, który nie uniósł rąk do góry. A kiedy Broń wyrównała, to wyskoczył w powietrze, jak Sputnik. I to na sektorze fanów ekipy ze Struga! To, że wtedy nie zebraliśmy solidnego oklepu, możemy zawdzięczać jedynie swojemu wiekowi. Dla poważnych, zaprawionych w bojach kibiców spuszczenie lania dwóm siuśmajtkom było niegodne, śmieszne, niewarte uwagi.
Najlepsze przyszło na koniec. Do ostatniego gwizdka sędziego został remis 1:1. Fajnie, emocje opadły, ludzie ruszyli do wyjścia. My z Arkiem za nimi. Tuż przed bramą zrobił się tłok. Niesamowity. Ci z przodu, nie wiem dlaczego, szli wolno. Ci z tyłu napierali. My w środku tego wszystkiego. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie dotykam chodnika. Byłem jak sardynka w puszce. Niesiony przez ciżbę. Kiedy już, jakimś cudem, niezgnieceni znaleźliśmy się poza stadionem, zorientowałem się, że nie mam na nogach butów. A konkretnie, pamiętam to, jakby było wczoraj, brązowych tenisówek. Arek, kiedy to zobaczył, zaczął pokazywać palcami na moje obute tylko w skarpetki stopy i głośno rechotać. Ostatni kibice, którzy już bez problemów, na luzie, opuszczali obiekt, przyłączyli się do mojego ciotecznego brata. Stałem ze łzami w oczach, a jacyś obcy ludzie, z moim ciotecznym bratem na czele, mieli ze mnie ubaw, jak w Benny Hillu.
Gapie się rozeszli, a ja stałem, jak ten żyd w pustym sklepie. Arek za to, nie próżnował. Przy chodniku po drugiej stronie jezdni, naprzeciwko wyjścia, znalazł jeden but. Super, ale co z drugim?! „Przecież, jak wrócę do domu w jednym bucie, to jakbym wrócił boso”. W sumie logicznie rozumowałem.
Arek szukał dalej i dostrzegł brakującą część obuwia. Otóż, lewy tenisówek wisiał na bramie stadionu. Autentycznie. Ja byłem mały i raczej z tych grubych. Nie było szans, żebym po prętach wspiął się i ściągnął buta. Arek, choć chudy jak szczapa, to dla odmiany miał lęk wysokości. Zaczęliśmy więc poruszać bramą. Do przodu. Do tyłu. Przyłączyli się jacyś miejscowi, grupka chłopaków z Plant i tak rozkręciliśmy zabawę, że tenisówek w końcu spadł na ziemię.
Obiekt MOSiR-u przy Narutowicza może się podobać, ale jeszcze większe wrażenie robi druga z miejskich sportowych aren. Nowa siedziba Radomiaka. Z dawnego stadionu pozostała tylko kabina spikera, w moich czasach królestwo niepodrabialnego Jana Polesiaka, po którym schedę przejął do dziś ściskający mikrofon mistrz słowa Marek Nowak. Tyle że owa budka, potocznie zwana gołębnikiem, pod którą sadowili się najzagorzalsi kibice Zielonych, dziś stoi przed wejściem na stadion. Jako trochę koślawa dekoracja i relikt minionych czasów. W dniu meczowym służy zaś jako sklep z pamiątkami dla fanów.
Moją pierwszą wizytę na Radomiaku, w sumie pierwszą na meczu w ogóle, zapamiętałem jako równie egzotyczną, jak historię z tenisówkiem.
Był marzec 1983 roku. Radomiak grał z BKS-em Bielsko-Biała, a na stadion przy Struga zabrał mnie dziadek. A ściśle mówiąc, uprosiłem go, żeby ze mną poszedł. Dziadzio średnio lubił piłkę, ale nie odmówił wnusiowi. Wiadomo, jak to na meczu. Od bluzg bolały uszy. Dziadek Zdzisio, który nigdy nie używał wulgarnych słów, był mocno zniesmaczony zachowaniem naszych sąsiadów z miejsc obok. Robił miny, przygryzał wąsa, aż w końcu nie wytrzymał: „Proszę się nie wyrażać! Tu jest dziecko”, wypalił. I o dziwo odniosło to skutek, bo po kolejnej zmarnowanej okazji przez gospodarzy, jakiś gościo siedzący rząd niżej krzyknął „ była szansa, wyj…, - chwila ciszy – i dalej: palnąć w głowę szympansa”.
Z tamtego meczu zapamiętałem brzęk butelek toczących się z górnych trybun w dół po betonie oraz oranżadę w takich foliowych torebeczkach. Obowiązkowo z rurką. Drewniane ławki, z których płatami odchodziła zielona farba. No i dwie bramki Jana Matuszewskiego, dzięki którym Radomiak wygrał 2:1. A pan Janek, to była kalka Andrzeja Szarmacha. Gdyby pomocnika Zielonych ufarbować na blond, to mógłby robić za bliźniaka asa polskiej reprezentacji. Na męskiej urodzie się nie wyznaje, ale gdyby przyszło im obu zagrać w filmie to prędzej w roli niemej – dekoracji do horrorów, niż ekranowych amantów.
Do stadionów wrócę niebawem, a teraz chciałbym wam opowiedzieć historię związaną z basenem na Lubelskiej, potocznie zwanym basenem Czarnych.
W czasach wczesnej młodości, mojej i serdecznej przyjaciółki Dorotki, bo to ona jest bohaterką tej opowieści, pływalnia na lotnisku była jedyną krytą w mieście. Jako, że basen znajdował się na terenie jednostki wojskowej, gdzie mieszkali zawodowi wojacy z rodzinami, dla nas, mieszkańców „normalnej” części miasta to było odgrodzone posterunkiem z wartownikami państwo w państwie.
Ale czasami udawało się przedostać za tą naszą radomską „żelazną bramę”. Kilka razy w roku na basenie odbywały się kursy pływania dla dzieci. Można też było zapisać się do sekcji. Oczywiście się zgłosiłem. Oczywiście z Arkiem. Moja kariera pływacka skończyła się po pierwszym treningu. Chlor z wody tak zaatakował mi oczy, że ledwo widziałem. Arek wytrwał dłużej. Niewiele dłużej, ale jednak dłużej.
Na pływalnię trafiła też Dorotka. W szkole ogłoszono zapisy na kurs pływania. A, że Dorotka lubiła pluskać się w różnych akwenach, zresztą do dziś tak ma, to jako pierwsza z klasy zgłosiła swój akces na zajęcia. Żeby podjąć naukę trzeba było spełnić jeden warunek. Bezsensowny, jak wiele idiotycznych zarządzeń w czasach komuny. Z dzisiejszej perspektywy banalny, ale wtedy, gdzie nic poza bazarami i Peweksem nie można było kupić, żądanie organizatorów kursu wydawało się nie do spełnienia. Przynajmniej dla żyjących na mocno średniej stopie rodziców Doroty. Wymogiem niezbędnym do podjęcia nauki pływania było posiadanie przez kursantkę białego kostiumu. Ale gdzie tu taki kupić?! Jedynie w Peweksie, a na to nie było pieniędzy. Okazało się jednak, że jak Polak chce i musi, to potrafi. Mama Dorotki wpadła na genialny pomysł, żeby zszyć podkoszulkę ojca, taką na ramiączka, z majtkami i w ten sposób dziewczynka mogła zacząć pływać. Wstydziła się, ale co tam. Miłość do sportów wodnych była silniejsza. I nic to, że po treningu, przemoczona koszulka, przepraszam kostium, był ciężki i rozciągnięty do ziemi. Dorota ukończyła kurs z pierwszą lokatą.
Basen na Czarnych widziany z dzisiejszej perspektywy to małe szatnie, korytarze pomalowane na szaro zielony kolor i kontakty, do których podłączało się suszarki do włosów. Oczywiście przyniesione z domu.
Dziś, kiedy w Radomiu działają cztery kryte pływalnie, tamte czasy z jednym obiektem pod dachem, jawią się, jak jakiś makabryczny żart. Ale tak było, a najlepsze jest to, że nie tylko nikt nie narzekał lecz możliwość korzystania z pływali na Lubelskiej była uważana za wielki przywilej.
Dalszy ciąg opowieści o obiektach sportowych mojego Radomia w kolejnym odcinku. Zapraszam.

















Napisz komentarz
Komentarze