I stąd te gorzkie żale futbolowej rodziny. Bo, możemy zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka, że Radomiaka w Ekstraklasie nie lubi nikt. No, poza Legią, bo z ekipą ze stolicy nasi kibice pozostają w przyjaźni. Ale również i z tego powodu RKS ma złe notowania u fanów ligowych rywali. No, bo wiadomo. Kto trzyma z Legią, ten wróg!
Jeżeli dodamy do tego, hecę z awarią światła przed pierwszym meczem z Arką, awantury po Koronie czy zadymę z Gonzalo Feio, to nie może dziwić, że cała liga dawała na mszę w intencji spadku Zielonych.
I nieważne, że awaria oświetlenia to zrządzenie losu, a nie sabotaż prezesa Stempniewskiego, który przecież nie zepsuł transformatora albo nie rozwalał bezpieczników. Nieistotne, że to kibic, który doznał pomroczności umysłu, a nie szefowie klubu, rzucili butelką w głowę kierownika Korony. Nikt nie chce wnikać, że Gonzalo Feio tak długo siał wiatr, aż w końcu doprosił się i zebrał burzę. I, że nie zarobił w pędzel, na przykład od Grzegorza Gilewskiego, tylko od szeregowego pracownika klubu. Zdecydowanie wygodniej było przyjąć narrację, że wszystko, co złe, kojarzy się z klubem z Radomia. Z miasta o wyrobionej i ugruntowanej, choć niekoniecznie prawdziwej, opinii.
A jednak RKS oszukał przeznaczenie, zagrał wszystkim na nosie i utrzymał się! I chociaż Bruno Baltazar ciągle nie umie się śmiać, i pewnie już nie doczekam się widoku jego rozradowanej facjaty, to właśnie Portugalczyk jest architektem zachowania przez RKS statusu klubu Ekstraklasy.
Tak, wiem. Zaraz odezwą się głosy, że co to za osiągnięcie, utrzymać się w słabej lidze?
Tyle, że Ekstraklasa jest coraz mocniejsza, bogatsza i gra w niej coraz więcej niezłej klasy piłkarzy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że przed spadkiem do I ligi wciąż drżą takie firmy jak Legia, Widzew Łódź, Cracovia, Lechia Gdańsk, Arka Gdynia, Pogoń Szczecin czy Piast Gliwice, które są znacznie bogatsze niż Radomiak, to osiągnięcie drużyny Baltazara jest naprawdę dużego kalibru. I nawet jeśli ktoś nie lubi władz klubu, to musi to docenić.
Bo prawda jest taka, czy to się komuś podoba czy nie, że to piłkarze ze Struga dostarczają mieszkańcom najwięcej emocji i rozrywki. Nie czarujmy się. Bez Radomiaka w Ekstraklasie, w Radomiu byłoby zdecydowanie nudniej.
Wracając do Bruno Baltazara. Z perspektywy, dobrze stało się, że wrócił na ławkę Zielonych z łatką trenera, który nie potrafi wygrywać. Solidnie na nią zapracował we francuskim Caen, gdzie dostał siedem razy w mazak i pokazano mu drzwi. Wracając na Struga z podkulonym ogonem Portugalczyk był sfrustrowany i zdeterminowany. Za wszelką cenę chciał udowodnić, że niesłusznie ma opinię trenerskiego nieudacznika.
Trafił idealnie. Po Feio szatnia potrzebowała spokoju i stabilizacji. I on ją piłkarzom zaoferował. Scalił zespół wokół jednego celu – utrzymania. Przekonał drużynę, że nieważne czy jesteś Polakiem, Brazylijczykiem, Portugalczykiem, Grekiem, czy pochodzisz z Burkina Faso. Na boisku gracze muszą być jednością, bo walczą nie tylko o przyszłość klubu, ale również swoją i trenera. Prawda bowiem jest taka, że po spadku po większość piłkarzy Zielonych nie ustawiłaby się raczej kolejka chętnych. Jeśli dodamy do tego fakt, że Baltazar tak zwyczajnie, po ludzku jest dobrym człowiekiem z pomysłem na grę, to mamy miks, który, gdyby już odpalił, to z fajerwerkami. I fajerwerki były. Z Widzewem (2:1), mniejsze z Wisłą w Płocku (1:0), ale zawsze i przede wszystkim z Lechią (3:1).
Baltazar kapitalnie przeczytał gości z wybrzeża. Taktycznie nakrył ich kapeluszem. A jeśli dodamy do tego mental drużyny, która grając w osłabieniu przez ponad dobrą godzinę zaaplikowała rywalom trzy gole, to czegóż chcieć więcej?!
Radomiak utrzymał się. I chwała mu za to. Jednak w przyszłym sezonie musi dojść do zmian. W drużynie i w jej otoczeniu. Żeby nie było już takich pijarowo – obyczajowych wtop i niepewności o byt, jak w tych rozgrywkach. A wtedy i Radomiak będzie w Polsce bardziej szanowany i smutny Bruno zmieni ksywkę na wesołego Brunka.















Napisz komentarz
Komentarze