Związany z Radomiakiem od ponad siedemdziesięciu lat Zdzisław „Hrabia” Radulski dochodzi do pełni sił po upadku. – Solidnie się poobijałem. Połowa twarzy, ręka, bok, noga. Cały jestem w bandażach. Ale w sobotę przyjdę na stadion, żeby pożegnać Leo – zapowiedział pan „Dzidzio”, który ostatnio rzadko udziela wywiadów, ale dla portalu „Co Za Dzień” chętnie zrobił wyjątek.
CZD: - Uroczyste zakończenie kariery przez Leandro jest zapowiadane, jako „pożegnanie legendy”. Leo zasłużył na to miano?
Zdzisław Radulski: - Dla młodszych kibiców pewnie tak. Jestem w Radomiaku siedemdziesiąt lat. Leandro niespełna piętnaście, dlatego przy wielkiej sympatii do tego chłopaka uważam, że do tego, żeby nazywać go legendą jeszcze mu trochę brakuję. Ale na pewno wniósł swój wkład w historię klubu.
- Pamięta pan początki Leo w Radomiaku?
- Jak do nas przychodził to był najlepszy. Technikę miał taką, że nogami to mógł muszki pod szyją wiązać. Już po pierwszych meczach wyróżniał się nieprawdopodobną ambicją. Zawsze chciał. Nie odpuszczał. No i strzelał gole. Piękne bramki…
- Po tylu latach wspólnej pracy zdążyliście się dobrze poznać. Co pan o nim myśli?
- Dobry chłopak. Da się lubić. Kiedy tylko mnie widzi, od razu podchodzi i podaje rękę mówiąc: „witam górę mięśni”. Zawsze miał bardzo dobry wpływ na szatnię. To się nie zmieniło. Ale na początku musiałem go zdyscyplinować. Pozwalał sobie na jakieś żartobliwe tekściki w moim kierunku. Porządnie go ochrzaniłem i od tamtego czasu jest między nami miła atmosfera. Lubił przyjść do masażystów, pogadać, pośmiać się. Fajny chłopak.
- Mówi się, że z odejściem Leo, kończy się pewna epoka.
- Nie da się ukryć, że wiele zrobił dla klubu. Szkoda, że od pewnego czasu kolejni trenerzy bardzo mało z niego korzystali. Żal mi go było, kiedy zamiast grać siedział na ławce. Ale trzeba mu przyznać, że nigdy nie robił fochów. Zawsze gotowy do pomocy drużynie. Swoje lata ma, ale na boisku jeszcze by się przydał.
- Spadł panu z serca kamień po zwycięstwie nad Lechią, które oznaczało utrzymanie Radomiaka w Ekstraklasie?
- Bardzo się bałem, że spadniemy. Bardzo. Miejsce Radomiaka jest w Ekstraklasie. Klub z roku na rok się rozwija. Jest piękny stadion. A widziałeś boiska od strony 11-Listopada? Dywaniki… Ile dzieci u nas trenuje na Koniówce. Kto by jeszcze dwadzieścia lat temu pomyślał, że młodzież będzie miała takie warunki… Gdyby nie Grzesio Gilewski to tego wszystkiego by nie było... Ludzie nie wiedzą, ile to kosztowało pieniędzy, pracy…
- Ma pan ulubionych piłkarzy w obecnym Radomiaku?
- Pewnie, że mam. Rafała Wolskiego. On mi przypomina Marka Wojdaszkę. Generała środka pola. To „Wojdacha” poprowadził Radomiaka do pierwszego awansu do I ligi w 1984 roku. Na boisku widział wszystko. Wolski gra bardzo podobnie. Jeszcze bardzo lubię Janka Grzesika. Taka mrówka. Cały czas w ruchu, cały czas do przodu. Gra, jak kiedyś Rysiu Mrozek.
- Po tylu latach w klubie, ma pan jeszcze jakieś marzenie dotyczące Radomiaka?
- Niech gra w Ekstraklasie i rośnie w siłę.
- Myślałem, że powie pan: „mistrzostwo Polski”.
- Pewnie, że bym chciał, ale lepiej o tym głośno nie mówić. Chłopaki jeden czy drugi mecz zagrają słabiej, a ludzie zaczną wypominać: „co ten Radulski gada. Jakie mistrzostwo?”. Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz…
- A jak się pan czuje po upadku na ulicy?
- Wszystko mnie boli. Koło mnie są jakieś rozkopy. I przez nieuwagę wywróciłem się tam. Twarz pościerana, ręka, noga, bok. Cały jestem w bandażach. Ale mogę liczyć na pomoc córki i sąsiadki pani Basi. A poza tym, to żyję sobie. Ja kocham Radomiaka, a Radomiak mnie. Co mi więcej do szczęścia potrzeba?


















Napisz komentarz
Komentarze