Tu gdzie jest nowy stadion, na którym swoje mecze rozgrywają piłkarze Radomiaka a obok dumnie błyszczą się mury Radomskiego Centrum Sportu, były korty. Wchodziło się na nie od ulic Sportowej i Okopowej. Pierwszy od bramy był kort betonowy. Z ciotecznym bratem Arkiem nazywaliśmy go boiskiem tenisowym dla lamusów. Bo, na nim ćwiczyli początkujący. Przynajmniej wtedy, kiedy my się tam pojawialiśmy. Takie lamusy, jak my, którzy jak dwa razy z rzędu przebili piłkę na drugą stronę siatki, to już było święto. Od właściwych kortów, tych ceglastych, ten betonowy był „odgrodzony” sporą górką. Ileż my tam godzin przebębniliśmy wściekając się, że piłka nas nie słucha, a rakieta żyje w dłoni swoim życiem.
Kiedy obyłem się już z betonem i coraz częściej udawało mi się tak uderzyć piłkę, żeby żeby zamiast w krzaki, trafiała w pole po po stronie przeciwnika, uznałem, że czas na kolejny krok.
Pokonałem górkę i zgłosiłem się do legendy. Bohatera miejskich bajań i opowieści, a przede wszystkim gwiazdy lokalnego tenisa Kazimierza Gajdy. Pan Kazio po zakończeniu kariery zawodniczej zajął się bowiem szkoleniem swoich następców i udzielaniem płatnych lekcji śmietance towarzyskiej Radonia. Pan Kazio to był gość. Medalista mistrzostw Polski juniorów. Dla totalnego amatora i tenisowego ignoranta, jakim byłem, jawił się jak heros. Bohater. Taki nasz Wojciech Fibak.
Trener, poza obiektem sportowym dusza człowiek, który na każdą okoliczność miał stosowny dowcip, na korcie zmieniał się w kata. Wymagał, korygował, poprawiał, upominał, czasami żartobliwie szydził. W każdym razie dawał taki wycisk, że po zajęciach ja, wówczas chłopaczek mocno krępy i nie wywrotny, nie wiedziałem, jak się nazywam, gdzie mieszkam i skąd się w ogóle na tych kortach wziąłem.
W tamtych czasach, bywanie na kortach Radomiaka było modne wśród lokalnego establishmentu. Do Pana Kazia ustawiała się kolejka prawników, nauczycieli, dziennikarzy czy innych medyków. Jednym słowem ludzi przyzwyczajonych do życia na określonym poziomie, nawykłych do luksusu.
Ich miny, kiedy musieli przebierać się w obskurnym pomalowanym zieloną farbą baraku, były bezcenne. Małe szafki na ciuchy, ciasno, jak w autobusie w godzinach szczytu. Nie pamiętam, czy były tam prysznice. Może i były, ale sięgając pamięcią wstecz i wspominając stan sanitarny klubowego budyneczku, myślę że nawet jeśli natryski działały, to wejście bosymi stopami raczej bankowo oznaczało, ze lekcja tenisa przerodzi się w grzybobranie...
W Radomiu sporą popularnością cieszyły również korty na Broni. Tam jednak nie bywałem, bo dla mnie chłopaka z XV-lecia były, hm… trochę nie po drodze.
Lubiłem za to chodzić na korty przy Curie- Skłodowskiej należące do klubu sportowego Budowlani. Mało uczęszczana wtedy ulica zapewniała „kulawym” graczom ten komfort, że nikt zza siatki nie komentował ich „popisów”.
Tam gdzie dziś stoi ładny blok mieszkalny, były dwa ceglaste boiska do tenisa. Nadal nie umiałem grać. Ale trenowałem namiętnie. Jak nie było Arka, to sam odbijałem o ścianę. Z Jej powodu. Była piękna. W krótkiej białej spódniczce nogi miała od stóp do kosmosu. Burza hebanowych loków, na korcie poruszała się, jak baletnica z Teatru Bolszoj. Miała wtedy piętnaście, może szesnaście lat. Była moją sportową muzą, inspiracją do treningów i… to wszystko. Nigdy się do niej nie odezwałem. Nie wiem, jak miała na imię. Jej piękno mnie onieśmielało. Głupi byłem i tyle…
Dziękuję za komentarze czytelników. Zaznaczam, że moje spojrzenie na tamten Radom sprzed lat, miasto i miejsca zapamiętane z dzieciństwa jest spojrzeniem widzianym oczami kilkuletniego chłopca czy nastolatka i może odbiegać od wspomnień dorosłych już wówczas czytelników. Dlatego z pewnością moje wspomnienia są osobiste, ale nie przesadzone czy przekłamane. Ja tak to wtedy widziałem.

Napisz komentarz
Komentarze