Była druga połowa lat 90 - tych. Ja, wówczas nieopierzony młokos, byłem na progu dziennikarskiej przygody. To był czas, kiedy marzyłem, że zostanę kolejnym Bohdanem Tomaszewskim, Janem Ciszewskim czy Andrzejem Mędrzyckim. Że będę porywał słuchaczy płomiennym komentarzem i malując słowem, opowiadał o sporcie.
Moim dziennikarskim idolem był Tomasz Jagodziński. Dziennikarski pistolet, który nie bał się niczego ani nikogo. Autor „Cwaniaczku nie podskakuj”, książki pokazującej brud, w jakim tonęła polska piłka. Tomek, z którym później miałem zaszczyt zaprzyjaźnić się, pisał wtedy w „Przeglądzie Sportowym”. Podobnie jak mój lokalny reporterski wzór Zbigniew Puszko. Mój nauczyciel, zawodowy ojciec ze „Słowa Ludu”. W czasach, kiedy „Echo Dnia” było popołudniówką, „Słowo” obok „Życia Radomskiego” i „Dziennika Radomskiego” było najbardziej rzetelnym i najszybszym źródłem informacji. Jako ten młody, gniewny miałem gdzieś, że „moja” gazeta była postrzegana jako tuba partii. Dla mnie liczyło się, że serwuje wiadomości sportowe na najwyższym poziomie.
Pamiętam, że wtedy wstydziłem się zaglądać do Łaźni. Uważałem, że to miejsce dla prawdziwej bohemy, dla ludzi, którzy patrzą szerzej, głębiej, czują bardziej. Dla ludzi sztuki. Bałem się, że nie będę dla nich partnerem do rozmowy.
Dzięki Ani, koleżance z redakcji, a potem przez moment „narzeczonej”, zacząłem bywać w Łaźni. Poznałem jej towarzystwo – kabareciarzy z Michałem Budziszem, Sławkiem, Adamem i ich ówczesnymi żonami Anną i Gosią na czele. Poznałem Elę. Uroczą blondynkę. Wszechstronnie wykształconą, a przy tym delikatną, piękną kobietę o wielkiej klasie.
Na górze w Łaźni odbywały się imprezy artystyczne. Wystawy, wernisaże i koncerty, a właściwie recitale dla wybranych. To tam byłem na jednym z najbardziej wyjątkowych koncertów w życiu. Występie Leszka Wójtowicza, barda „Piwnicy Pod Baranami”. Z mistrzem Leszkiem potem do bladego świtu „rozmawialiśmy” na dole KŚT. Tam, gdzie była kawiarnia, restauracja? W każdym razie część konsumpcyjna. To tam na serwetkach, skrawkach papieru powstawały najlepsze dziennikarskie teksty. Tam rozmawialiśmy o życiu, miłości i sztuce. Jeśli dyskusja schodziła na ostatni z tematów, zwykle, jako totalny ignorant, słuchałem mądrzejszych.
Łaźnia to był intelekt. Bardziej swojskie tematy panowały w Relaksie. To był lokal na Słowackiego, o krok od 25 Czerwca. Nad Relaksem mieszkała Ola. Mądra, piękna posiadaczka totalnie głupiego męża.
Przy stoliku w Relaksie uczyłem się dziennikarstwa od tuzów. Zbigniewa Puszko, nieodżałowanego Wojciecha Ozimka czy Jurka Buszy. Bywał tam czasami inny mistrz pióra Marek Oleszczuk.
W tamtych czasach Relaks kojarzył się z byłymi bokserami Broni Radom, którzy wybrali ten lokal na swoją bazę. Początkowo budzili respekt, ale kiedy ich się poznało, to nie było lepszych towarzyszy do rozmów o sporcie. Za barem Pan Jurek, chyba, tęgi z sumiastymi wąsami, serwował gościom swojej danie popisowe – ozorki w sosie chrzanowym.
Była Łaźnia, Relaks, był i Hel. Studyjne kino z filmami dla koneserów ambitnego kina i – co równie istotne – z kawiarenką, w której spożywaliśmy nie tylko proponowane przez właścicieli napoje. Ile razy szefowa działu miejskiego „Słowa” Iwonka szukała w Helu swoich pracowników – Janka, Jurka i Olka, to najlepiej wie tylko ona. Ale, nie było tak, że wyłącznie balowaliśmy. Między toastami, z komórek wielkich jak cegły, odbywaliśmy dziesiątki rozmów. Zbieraliśmy tematy, żeby ugłaskać srogą Iwonkę.
Piękne czasy. Piękne romantyczne dziennikarstwo, po którym zostało tylko wspomnienie. Dziennikarstwo, w którym liczyła się treść, kontakt z ludźmi, a o wartości tekstu świadczyła jego jakość, a nie ilość odsłon na facebooku czy kliknięć na stronie.
Sentymentalna podróż po Radomiu mojej młodości powoli dobiega końca. Dziękuję wszystkim, którzy w niej towarzyszyli. Dziękuję za wszystkie komentarze. Szczególnie te krytyczne, podważające znajomość zagadnienia, które akurat opisywałem. Ich autorzy mają wiele racji, bo jakaż mogła być wiedza kilkunastoletniego chłopaka, jak wiele szczegółów sprzed lat mógł zapamiętać? Oczywiście, mogłem zgłębić temat, poszerzyć wiedzę, ale przyjąłem konwencję, że opisuje to, co widziałem wtedy, przed wieloma laty. Przedstawiam tamten sposób postrzegania rzeczywistości.
Dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość, a przede wszystkim Drogi Czytelniku, za to, że wróciłeś ze mną do czasów beztroskiego dzieciństwa. Cóż, do zobaczenia. Na koncercie, wernisażu, meczu Radomiaka czy po prostu na spacerze po ulicach naszego pięknego miasta.

Napisz komentarz
Komentarze