Kiedy słyszę narzekania na PKP, śmiać mi się chce. No i co z tego, że pociąg się spóźni? Jakie to tak naprawdę ma znaczenie, że klima ledwie zipie, albo nie działa wcale? Wierzcie mi, że w porównaniu do warunków, w jakich podróżowaliśmy w późnym PRL-u, dziś jazda w czystym, nowoczesnym wagonie, w którym każdy ma swoje miejsce, jest jak randka z ekstra dziewczyną.
Dla wielu młodych ta opowieść będzie z gatunku science-fiction. Czymś, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Czymś, co zaistniało jedynie w wyobraźni autora… Ale, tak naprawdę było! Zapytajcie rodziców…
Podróżując pociągiem w czasach mojej młodości, trzeba było przede wszystkim być sprytnym i działać zespołowo. Załóżmy, że rzecz dzieje się w wakacje. Akcja zaczynała się na peronie. Ludzi multum. Dzieci się drą, matki krzyczą, ojcowie zrezygnowani, jak wielbłądy po rajdzie po pustyni, i równie objuczeni pilnują, żeby jakiś cwaniak nie zasunął im walizek. Dobrze, jeśli ruszaliśmy się z domu w większym gronie. Ktoś musiał przepchać się przez tłum i wywalczyć, jak trzeba to wydrapać, miejsce siedzące dla wszystkich, z którymi jechał. Zatem taki „pływak”, zwykle silny chłop, nurkował w tłum pchający się do wejścia. Sprytem, siłą mięśni, sposobem… Nieważne, w każdym razie musiał zająć miejsca. Kiedy już „pływakowi” udało się dotrzeć do wagonu, przebijał się do okna i z krzykiem: „mam !”, „dawajcie!” wyciągał ręce do tych z jego ekipy, którzy jeszcze stali na peronie. Wtedy ojciec rzucał walizy i przez okno podawał „nurkowi” dzieci. Ich zadanie było proste: dzieciaki musiały rozłożyć się na siedzeniach i czekać na dorosłych.
Jak już rodzinie udało się ulokować w przedziale, zasuwało się zakurzone zasłonki i zatrzaskiwało drzwi. Po to, żeby nie zaglądali do nas inni „nurkowie”. Zwłaszcza ci silniejsi, bo mogli zażądać, żeby wziąć dzieciaki na kolana i tym samym zrobić im plac do siedzenia.
Kiedy pociąg wreszcie ruszył, dorośli z ulgą ocierali spocone twarze i wyciągali papierosy. Wyobraźcie sobie, powiedzmy: dwoje dzieci w przedziale w otoczeniu sześciu kopcących, jak lokomotywy, dorosłych. No, masakra jakaś! Kiedy już pety wylądowały za oknem, o ile się otwierało, zaczynało się żarcie. Czasy były ciężkie, w sklepach brakowało wszystkiego, dlatego w powszechnym użyciu były kanapki z jajkiem na twardo. Gorąc na zewnątrz, jeszcze większy w pociągu. Cieknące po chlebie rozpuszczone masło lub margaryna, którymi były wysmarowane kanapki i zapach jajek. A tam zapach! Smród potworny!
Jak ktoś miał dosyć, to mógł wyjść na korytarz. Tyle, że tam było jeszcze gorzej. Gromada pechowców, którzy nie zdobyli miejsca do siedzenia, stała w wąziutkim przejściu. I jarała… Albo piła. Byli i tacy, którzy na stojąco spali. Najszybsi zajmowali toalety. I albo rozkładali się na podłodze, o ile nie tonęła w urynie, albo siadali na sedesie. I tak koczowali nawet kilka godzin, zanim dojechali do celu. Bo wtedy o szybkich Pendolino,czy Intercity nikt przecież nie słyszał. To i podróż trwała niemiłosiernie długo. Do Trójmiasta to chyba z sześć, siedem godzin.
Aha, i nikt nie przejmował się brakiem biletu. A już najmniej konduktorzy, którzy nadstawiali kieszenie i kasowali „zapominalskich”. Oczywiście opłatę karną, jeśli tylko mogli, to przytulali dla siebie.
W tamtych pociągach było wszystko. Poza kulturą jazdy. Dlatego zanim dziś będziecie narzekać na warunki podróży wspomnijcie nasze czasy… Nie polecam. Jak dziś o tym pomyślę, to czuję to jajko. Ono było najgorsze…
Lepiej kojarzy mi się WARS. Kompletnie różny od obecnego. Zatłoczony, hałaśliwy, gdzie tylko najodważniejsi decydowali się zamówić coś do jedzenia. Nigdy człowiek nie wiedział, czy trafi na coś w miarę świeżego, czy na danie, na widok którego, dziś inspektorzy SANEPID-u dostaliby migotania przedsionków. Ale w WARS-ie było przynajmniej wesoło. Niedogodności podróży pasażerowie rekompensowali sobie piwkiem. Bo, choć w normalnych sklepach był to towar mocno deficytowy, to w wagonie restauracyjnym browaru nie brakowało. A jak było piwko, to był i humor. Cięty, ostry, często na pograniczu wulgarności, ale rozbrajający. Wyjątkowy. Na zawsze wpisany w krajobraz czasów, w których się żyło. Humor, który był pancerzem ochronnym przed szarością i absurdami tamtego okresu.
Na koniec słów kilka o zarzutach, że w odcinku o dworcu propagowałem palenie. Generalnie nie wchodzę w polemikę z tymi, którzy wiedzą lepiej. Ale, żeby było jasne. Nikogo nie zachęcam do palenia. Jak każdy nałóg, jest złe. Opisując akcję z panią policjantką, zrelacjonowałem jedynie towarzyszące jej okoliczności przyrody.
Pewnie gdybym napisał, że zamiast ćmić papierosa, jadłem hot-doga, to odezwałyby się głosy, że jak to? Mięso? Dlaczego nie wege?! Albo na odwrót. Wege? Dziad zapomniał, jak się opychał schaboszczakami? Czytelnik ma prawo do swojej opinii. Szanuję każdy komentarz, bo są one dowodem na to, że „Słoik” jest czytany. Szkoda, że nie zawsze ze zrozumieniem intencji autora. Ale i tak kłaniam się Państwu w pas i niezmiennie zapraszam do komentowania.

Napisz komentarz
Komentarze