W tym odcinku zamierzałem kontynuować opowieść o słodkich smakach mojego dzieciństwa. O pysznościach serwowanych w Stylowej, Teatralnej i Ambrozji. Ale to musi poczekać… Z powodu przejazdu taryfą.
Na pozór zwyczajnego, takiego jakich codziennie ludzie odbywają dziesiątki. Lecz tylko na pozór.
Spieszyłem się. Bardzo. Najpierw przez mundial zaspałem do pracy. Potem półprzytomny usiadłem w autobusie na mokrym miejscu i po wyjściu, z plamą na jasnych spodniach wyglądałem jakbym zsikał się w majtki. Co w sumie wpisywało się w krajobrazy z bardzo wczesnego dzieciństwa. I tak samo, jak wówczas fajne nie było.
Żeby to był koniec! Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że chyba nie wyłączyłem żelazka. Nerw totalny.
Co było robić? Zamówiłem taksówkę. Ustaliłem z panem, że jedziemy do mnie, do centrum. Płacę za kurs, a potem biegiem do domu. Ogarniam temat spodni i żelazka, no i wracam do redakcji. Z tym samym panem, ale z nowym kursem.
Nie było nam dane. Zrezygnowałem z dalszej współpracy po zajechaniu na miejsce. W czasie jazdy poczułem się, jak gość, który wsiada do taksówki na Centralnym w Warszawie i taryfiarz wiezie go na Pragę przez Raszyn.
Jednym słowem, gość na bezczelnego mnie naciągał. Z redakcji pod mój dom pan kierowca miał do wyboru trzy trasy. Dwie na skróty, których wybór zważywszy, że mi się spieszyło, wydawał się logiczny i dłuższą. Na około. Oczywiście, pan kierowca wybrał najdłuższą. Miał w pompie moje sugestie, którędy jechać.
Przy płaceniu okazało się, że nie mogę za kurs uregulować kartą, bo terminal nie działa. No i zaokrąglił sumę, która była do zapłaty. Naturalnie z korzystną dla siebie górką.
Walnął mnie w rogi, jak niewierna żona męża osła. Tak jak, jego niektórzy koledzy po fachu ze stolicy walą słoików. W sumie wiedział kogo wali, bo ja też słoik z odzysku.
I nawet bym to przebolał, gdyby zrobił to taktownie, w białych rękawiczkach, jak warszawscy taryfiarze, którzy obwożąc naiwniaków ze swadą prawią o objazdach, korkach, rozkopach i innych remontach. Ten radomski „cierpiętnik” musiał być grubiej ciosany, bo nawet nie silił się na żaden tani bajer. Po prostu grał ciszą.
W drogę powrotną zamówiłem kolejną taksówkę, zastrzegając, że nie życzę sobie, aby jeszcze kiedykolwiek przyjechał po mnie cwaniaczek-naciągacz.
Kiedy taksówkarzowi, który wiózł mnie do pracy opowiedziałem o jego koledze po fachu tylko machnął ręką: - Aaaa Bizon. Stary szofer. I widocznie ma stare przyzwyczajenia…. Ja się z nim nie kumpluję. No wie pan, trzeba być czujnym…
Świadomie nie podaję nazwy korporacji, bo nie zamierzam robić krzywdy zdecydowanej większości – w co wierzę – uczciwych taksówkarzy. Ostrzegam po prostu, żeby być czujnym i uważać na Bizona w suzuki.
Wszystkich, których spotkały podobne „przygody”, tych, którzy zostali naciągnięci, nie tylko w taksówkach, zapraszam do kontaktu i opisania swoich doświadczeń. Mój adres: piotr.dobrowolski@grupa.rekord.pl

Napisz komentarz
Komentarze