Niestety, w ostatnim roku miałem wiele randek ze szpitalami. W Warszawie. Odbywały się w mniej lub bardziej komfortowych warunkach. Jednak żaden ze stołecznych Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych, do których miałem wątpliwą przyjemność trafić, nie umywa się do SOR-u przy szpitalu na Józefowie.
Z lat młodzieńczych kojarzyłem to miejsce głównie z betonowym podjazdem dla karetek, tzw. ślimakiem. Kręta, prowadząca, tak mniej więcej, na wysokość pierwszego piętra droga, to była… droga przez mękę. Golgota normalnie.
Już tłumaczę dlaczego. Jak wieźli pacjenta karetką, to cofka obligatoryjna, bo w głowie na tych zakrętach kręciło się, jak na plaży od patrzenia na dary natury.
Piechotą nie było lepiej. Przy założeniu, że można było dojść o własnych silach, to biedny, obolały człek szedł, jak na obiad do teściowej. Z opuszczoną głową, powoli… Pogodzony z losem. Szedł, szedł, szedł i szedł. Nie raz na tym „ślimaku” zapomniałem, po co w sumie tam idę.
Na górze było jeszcze gorzej. Nie za duża salka. Pełna chorych czekających na przyjęcie do lekarza. Duszno, parno. Zapach mało ekskluzywny. W powietrzu unosił się pot zmieszany z bólem i irytacją pacjentów. A do tego „piguły”, że bez kija nie podchodź. Ważne, odpowiadające z łaski, traktujące chorych na zasadzie, jak zbędny dodatek do pracy. Rządziły się, jak kury na grzędzie. A wszystko z fochem…
Byłem świadkiem totalnego absurdu. Na dawny SOR przyjechał gość z podejrzeniem złamania ręki. A orlica intelektu z rejestracji kazała mu tą chorą ręką podpisywać jakieś papiery…
A teraz? Proszę państwa! Europa!
W poniedziałek u członka mojej bliskiej rodziny potrzebna byka interwencja pogotowia. To człowiek w podeszłym wieku, chory na Alzheimera w zaawansowanym stadium. Co kilka minut tracił przytomność. Ratownicy medyczni uznali, że zabierają go na SOR na Józefów.
Dojechałem tam za karetką. Podjeżdżam pod wejście i jakbym się znalazł w innej bajce. Nowy, efektownie wyglądający z zewnątrz budynek. W środku. Sala wielka, jak hangar na Piastowie. W środku prawie pusto. Klimatyzacja. Podłogi na błysk. Przemiłe panie w rejestracji. Do Triażu, czyli pokoju, gdzie dokonywana jest wstępna diagnoza, numerki. Z poczekalni ruchome schody na oddział. Na lewo od sali głównej korytarz, a w nim dwie oszklone poczekalnie dla dzieci. Kolorowe, pełne zabawek, które mają milusińskim osłodzić niechciany pobyt w lecznicy. Po prawej pokoje do EKG, rentgena czy tam innych prześwietleń. Sala albo dwie dla chorych.
Pielęgniarki niezłe, a przy tym miłe. Co w tym zawodzie zbyt często nie chodzi w parze.
Pani doktor, hmmm, do schrupania. Przesympatyczna, komunikatywna, wyczerpująco odpowiedziała na wszystkie pytania. I co najważniejsze: zasugerowano nam, że nie ma sensu abyśmy kilka godzin czekali na wyniki badań i decyzję, co dalej z pacjentem. Otrzymaliśmy numer telefonu i dyspozycje, za ile mamy dzwonić. Tak zrobiliśmy. Połączono nas z panią doktor, która poinformowała, że chory zostaje w szpitalu.
Jeśli, trochę na siłę, miałbym się do czegoś przyczepić, to po co przy sali głównej kawiarenka z kawą i zimnymi napojami, skoro była zamknięta? I nie jest dla mnie tłumaczeniem, że było po 21. W takich miejscach, jak SOR, kafejki powinny być czynne całą dobę. Żeby samodzielnie poruszający się pacjenci i członkowie ich rodzin mogli ugasić pragnienie czy coś zjeść. Wiadomo, że czas oczekiwania na konsultację lekarską, badania, a potem ich wyniki, może mocno się dłużyć.
Słyszałem, że SOR na Tochtermana to jeszcze większy wypas. Nie wiem, nie sprawdzałem. I oby, jak najdłużej ten stan rzeczy się utrzymał. Jeśli już jednak los zrządzi, że spadnie na nas choroba, to przyjemniej leczyć się w cywilizowanych warunkach niż w jakiejś peerelowskiej oborze.
Jeżeli chcą się Państwo podzielić swoimi doświadczeniami z radomskich lecznic, proszę pisać na adres: [email protected]

Napisz komentarz
Komentarze