Radom po dwudziestu latach beze mnie wypiękniał. Stał się nowoczesny, kolorowy, tętniący życiem. Prezentuje się znacznie lepiej, niż te kilka byłych narzeczonych, które przez dwie dekady nieco naruszył ząb czasu.
Ale wciąż są tu miejsca, w których wszystko zostało takie, jak zapamiętałem. To targowiska. Serce i dusza każdego miasta. Nieoczywiste centra wymiany informacji, ploteczek i newsów z życia sąsiadów,
Kiedy już nasyciłem się Radomiem, ruszyłem w tour de targowisko. Zacząłem od Śląskiej. Z sentymentu.
Dziś ta radomska świątynia handlu mydłem i powidłem jest mniejsza, niż za moich młodych lat. Ale wciąż ma w sobie jakiś trudny do zdefiniowania magnetyzm. Kusi, przyciąga… Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że nie widać, a przede wszystkim nie słychać chłopaków grających w trzy karty. A raczej odchudzających portfele przybyszów z zapadłych rubieży dawnego województwa. Zniknęli. Albo jeszcze nie wyszli, albo już na tyle się dorobili na drobnych szachrajstwach, że dziś, dwadzieścia lat później, to poważni biznesmeni.
Na Śląskiej szukałem Wali czy tam Wiery. Dwie dekady temu była piękna. Pełne usta, orzechowe oczy i hebanowe włosy. Figura modelki. Głośna, pewna siebie i własnych wdzięków, była niekoronowaną królową targu. Mówiono, że jest wyjątkowo gościnna, ale niestety, wtedy nie mieściłem się w jej kryteriach wiekowych oraz finansowych i z tej jej legendarnej gościnności nie dane mi było skorzystać… Pamiętam, że handlowała drobiazgami ze wschodu. Od figurek matrioszek po maleńkie puszki kawioru. Było u niej prawie wszystko, co w tamtych czasach oferowała gospodarka spod znaku sierpa i młota.
Przeciskając się między straganami zastanawiałem się, czy będzie? Czy wciąż handluje?
Była. Oferowała totalne badziewie. Jakieś powyciągane ze strychów, czy innych szaf szpargały. W każdym razie nic godnego uwagi. Podobnie, jak ona.
Mocno przybrała na wadze. Oczy straciły ten blask… Nadal łasiła się do klientów, ale choć jej „ramiona” były szeroko otwarte, nie zauważyłem kolejki chętnych do skorzystania z tej słynnej gościnności.
Śląska ma swój aromat. Wachlarz zapachów. Właściwy tylko temu miejscu. Zapach pieczonego kurczaka, cebuli, czosnku i tanich perfum. Targowisko na Ustroniu ma też swój język. Kod znany tylko wtajemniczonym. Język, jakim porozumiewają się ze swoimi klientami handlarze papierosów. To jeszcze jeden relikt z przeszłości. Nieprzemijający, jak sam bazar.
Chodziłem i wspominałem. Na stosikach z ciuchami szukałem dekatyzowanych dżinsów. W późnych latach mojej podstawówki absolutnego modowego topu. Nie znalazłem.
Rozczarowany rzeźbioną wiatrem, zmęczoną twarzą Wali czy Wiery, ruszyłem na Korej. Za swojską kiełbasą od pani Iwony. Mięciutka, rozpływająca się w ustach. Jej smak towarzyszył mi przez te wszystkie lata słoikowania.
Korej też była mniejsza, niż targ zapisany w mojej pamięci. Dochodząc od ulicy Warszawskiej nie znalazłem leciwych dam z rozłożonymi na gazetach starociami. Nie było też szczeniaków ras wszelakich, które można było kupić za czasów mojej młodości. To stamtąd czterdzieści lat temu wróciłem z włochatą kuleczką, z której wyrosła Kora. Prawie bokser. Mój pierwszy psi przyjaciel.
Pozostał za to zapach świeżego drewna. Jakby zawieszony w powietrzu przy stoiskach z meblami kuchennymi, wersalkami, abażurami, żyrandolami, półeczkami i innymi bajerami do domu.
Kiełbasa pani Iwonki też była taka sama. Nie straciły na jakości wyroby, przemijaniu nie poddała się i ich producentka. Pani Iwonka, jak zawsze, imponowała dowcipem i ostrą jak Polsilver puentą, którą gasiła klientów narzekających na ceny przetworów. Była żywa, jak obudzona spacerem po targach tęsknota za beztroską przeszłością.














Napisz komentarz
Komentarze