W założeniu, w komunie wszyscy mieli być równi, mieć tyle samo i solidarnie, ręka w rękę tonąć w przaśnej szarości. Tyle że to była ściema. Bo, jak w każdym systemie, tak i w totalitarnej Polsce byli biedni i bogaci. W przeciwieństwie do teraźniejszości wtedy była również mocna klasa średnia, która dziś jest w zaniku. Peweksy były dla bogatych. Tam za dewizy mogli kupić towary niedostępne dla zwykłych ludzi w zwykłych sklepach, w których na początku lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku na półkach królował… ocet. Dziś dla młodych to niepojęte. Wiem. Ale Peweksy również są takim samym science-fiction, jak choćby „Neverending story” i Limahl. Wyobrażacie sobie, że małolaty w mojej redakcji nie wiedzą kim był Limahl?! Nie mówiąc o Europe, Shakin Stevensie, czy Sandrze albo Sabrinie?! Niepojęte…
Ale, wracając do Peweksów. Tam było wszystko. Od amerykańskiej szynki w puszce po klocki Lego, samochodziki, nazywane przez nas resorakami, dżinsy, koszule, papierosy, alkohol. I jeszcze wiele, wiele innych artykułów, które były obiektem pragnień Polaków. W Peweksie kupowało się za walutę. Najchętniej przyjmowane były amerykańskie dolary i niemieckie marki. A najlepszy numer komunistów polegał na tym, że mogłeś zapłacić dolarami, a resztę wydawano ci… w bonach towarowych, które były nazywane „dolarami dla ubogich”, bo rzeczywiście były na nich wypisane nominały o nazwie cent, dolar i tak dalej. Tak naprawdę była to zwykła makulatura, która była w obrocie jedynie w Polsce.
Na wyobraźnię młodych chłopaków strasznie działały kolorowe paczki papierosów. Nie było chyba maty na ścianie w pokoju małolata, na której nie wisiałyby puste pudełka po fajkach przeróżnych gatunków. Podobnie było z puszkami po zagranicznych, dostępnych wyłącznie w Peweksie, piwach.
Pamiętam, jak od babci dostałem na komunię sto dolarów. Wtedy to był majątek. Kupiłem sobie walkmana Sanyo, to taki malutki magnetofonik na słuchawki, kilka czystych kaset, i zestaw Lego, a mama dżiny Levi’sa i jakieś żarcie. I jeszcze sporo zostało… Każde wesele było opędzane Żytnią nabytą za dolary.
Fakt, że ktoś zaopatrywał się w Peweksie, świadczył o jego statusie.
Pewex to był raj, a oferowany w sklepie towar podniecał i nęcił, jak zakazany owoc.
W tamtych czasach obrót walutą był karany. Kantorów oczywiście nie było, więc ludzie zaopatrywali się, powiedzmy, w dolary u cinkciarzy. To byli goście stojący pod PKO i Peweksami. Wygadani, świetnie ubrani i dobrze pachnący. Handlowali walutą. Przy wymianie większej sumy trzeba było patrzeć im na ręce, żeby w domu nie odkryć, że plik dolarów czy funtów to w rzeczywistości zwitek ścinków gazet.
Z tego, co pamiętam, w Radomiu Peweksy były przy Żeromskiego, na Placu Konstytucji, przy 1 Maja (dziś 25 Czerwca) i przy Kościuszki. Era sklepów spod znaku Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego skończyła się w latach dziewięćdziesiątych.
Kończąc, proszę o wyrozumiałość, jeśli w powyższym artykule dopatrzą się Państwo nieścisłości. To wspomnienie małego chłopca, który niekoniecznie musiał pamiętać ceny, czy asortyment.


Napisz komentarz
Komentarze