
Jednak o wiele tradycyjniejsze podejście od tego, które prezentuje ostatnimi czasy światek showbiznesowy, ma Dorota Wellman. W swoim ostatnim felietonie dosyć ostro opisana jak wygląda drogie przyjęcie – byleby popisać się przed znajomymi.
Zostałam zaproszona na wesele. Przyznam się bez bicia, hucznych wesel nie lubię, ale obiecałam. Wystroiłam się jak stróż w Boże Ciało, kupiłam prezent i poszłam. Na przyjęcie zaproszono trzystu gości. Poza parą młodą znałam jeszcze tylko kilka osób. W ogonku do składania życzeń stałam ponad godzinę. Sala, w której odbywało się wesele, była tak wielka, że po to, by przejść na drugą stronę, trzeba było zdejmować buty na obcasach. Właściwie można było wynająć Torwar albo Stadion Narodowy. Goście trzymali się w podgrupach, a panna młoda nie przypuszczała, że ma tak liczną rodzinę, i ciągle pytała mamę, kto to jest. Od samych pocałunków nieznanych wujków straciła połowę makijażu. Stoły uginały się od jedzenia, które w większości wylądowało w koszach na śmieci. Torty pod wpływem temperatury nagle traciły wysokość i fason. Humor straciła panna młoda(...)Ludzie, wesela nie robi się dla gości, na pokaz. Nie dajcie się i zróbcie taką uroczystość, którą Wy będziecie wspominać z przyjemnością i wzruszeniem. Chcecie wielkiego polskiego wesela - zróbcie. Chcecie rockowego - zróbcie. Chcecie na środku jeziora - zróbcie. Chcecie w tajemnicy - zróbcie. Chcecie małego, cichego, skromnego, tylko dla dwojga - na co czekacie? A teściowa niech sobie zaprosi 300 gości na imieniny.”
I to są mądre słowa.













