Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu Radio Rekord Radom 29 lat z Wami Radio Rekord Radom 29 lat z Wami
czwartek, 15 stycznia 2026 05:12
Reklama

Jak wyglądały święta przed 70, 50 czy 30 laty?

Świątecznie przybrane ulice i witryny, sklepowe półki pełne bożonarodzeniowego dobra, przepiękne bombki i pachnące choinki nieomal na każdym rogu. Świętowanie Bożego Narodzenia wydaje się dzisiaj takie proste! Ale nie zawsze tak było. Jak wyglądały święta przed 70, 50 czy 30 laty?

Sabina Dzierzbicka miała 14 lat, kiedy wybuchła II wojna światowa. – Na początku wojny mieszkaliśmy w małym domku, w którym choinka się zwyczajnie nie mieściła. Ale wtedy ubieraliśmy... doniczkowego kwiatka. Było u nas drzewko cytrynowe i na nie zakładaliśmy ozdoby – wspomina. – Potem, jak przenieśliśmy się do nieco większego mieszkania, pojawiła się choinka. Pani Sabina pamięta, że w czasie okupacji drzewka nie można było kupić. Nie dlatego, że choinki były drogie albo ich nie było. Niemcy za posiadanie bożonarodzeniowego drzewka karali obozem koncentracyjnym. – Ale my mieszkaliśmy blisko lasu i tata w nocy przynosił choinkę. Ubieraliśmy ją ozdobami sprzed wojny; były normalne bombki i łańcuchy. I ciasteczka. Brakowało tylko cukierków.

PREZENTÓW W ŚWIĘTA NIE BYŁO

Rodzina Bednarczyków radziła sobie także z aprowizacją na Boże Narodzenie. – Zawsze coś było – twierdzi pani Sabina. – Cały rok mogło być biednie, ale na święta mama zawsze się starała, żeby było uroczyście. Starała się zdobyć karpia; był bigos i mięso, były też ciasta. Ale wszystko trzeba było zdobywać, bo legalnie nic nie można było kupić. Prezentów w święta nie było. Spędzaliśmy je tylko w najbliższym gronie, do nikogo nie chodziliśmy. Pasterka w czasie wojny odprawiana była nie o północy, ale o szóstej wieczorem. Wydawać by się mogło, że dla Polaków najradośniejsze od 1939 roku powinno być Boże Narodzenie '44. Część Polski była już przecież wolna, radomianie więc zapewne spodziewali się, że wyzwolenie od niemieckiego okupanta nastąpi lada dzień. – Nie, właśnie Boże Narodzenie w 1944 było najsmutniejsze. Bo jak zbliżał się front, to Niemcy wprowadzili stan wojenny. Pełno wojskowych wszędzie. I nie można wychodzić z domu. Świateł też nie paliliśmy, bo były bombardowania – opowiada pani Sabina.

NIEPRZECIĘTNA KOLACJA ŚWIĄTECZNA

Także reporterzy „Życia Radomskiego” (nr 354), ale w 1948 roku, postanowili w przeddzień Wigilii namówić radomian, a dokładniej „przedstawicieli radomskiego świata pracy”, na wspominanie okupacyjnych i obecnych świąt. „W roku 1944-tym już było trochę lepiej, choć było nam bardzo ciężko, ale sama myśl wyzwolenia, hamowała moim najbliższym łzy” – mówił reporterowi „ŻR” Piotr Panek, woźny Powiatowej Rady Związków Zawodowych, żonaty, pięcioro dzieci. – „Obecnie w tym roku jestem bardzo szczęśliwy, bo nie ma nawet porównania z latami 1937, albo 1938. Teraz widać sprawiedliwość społeczną i pomoc Rządu przede wszystkim dla najbiedniejszych. Święta przygotowałem odpowiednio, a dzieci wszystkie mam należycie ubrane”. Dla Bolesława Hermanowicza, przewodniczącego Powiatowej Rady Związków Zawodowych wieczerza wigilijna w 1944 roku była „wyczekiwaniem wielkich wydarzeń dziejowych”. „Front był blisko zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów. Przebłyskiwała już wielka gwiazda nadziei i wieloletnich pragnień”.Wigilia '48 to dla Bolesława Hermanowicza „nieprzeciętna kolacja świąteczna” „Nastrój wybitnie wesoły, pełen olbrzymich nadziei na przyszłość. Zjednoczenie dwóch partii robotniczych wytyczyło drogę dobrobytu i spokoju” – zwierzał się „Życiu”. Jan Warchoł, garbarz nie chciał wspominać wojennych Wigilii, poza tą ostatnią. „Wieczerza wigilijna w 1944 r. miała już zupełnie inny charakter, bowiem wiedzieliśmy wszyscy, że zimowa ofensywa radziecka rozpocznie się w najbliższym czasie i przyjdzie to upragnione Wyzwolenie. Nastrój pomimo okupacji był wybitnie bojowy i pomimo różnych niedomagań wesoły” – przekonywał reportera „Życia”.

SARDYNKI NA WIGILIĘ

Czy w 1948 roku, kiedy reporterzy prasy codziennej nie słuchali zwierzeń, w radomskich domach najczęściej używanym słowem było już „załatwić” i „zorganizować”? Czy zawrotną karierę zaczęły robić te czasowniki dopiero w latach sześćdziesiątych? Bo to, co w PRL-u pojawiało się na świątecznych stołach, było w znakomitej większości właśnie „zorganizowane”, „załatwione”, a nie zwyczajnie kupione w sklepach. – To nawet nie była kwestia pieniędzy. Obojętnie, czy ktoś zarabiał dużo, czy mało, to i tak musiał mnóstwo rzeczy załatwić. Zwłaszcza, jeśli nie miał rodziców lub teściów emerytów, którzy mogli całymi dniami stać w kolejkach po szynkę, karpia albo zwykłego śledzia – mówi Krystyna Wesołowska. – Pamiętam takie Boże Narodzenie, kiedy mieliśmy aż trzy szynki; na plasterki niczego się nie kupowało, bo o maszynach do krojenie nikt nie słyszał. A te trzy szynki to stąd, że jedną mąż dostał w zamian za jakąś załatwioną rzecz, drugą wystała moja mama, a z trzecią w Wigilię przyszedł znajomy. Ale była raz i taka Wigilia, kiedy z ryb były tylko... sardynki w puszce. Wszyscy – ja, mąż, rodzice i nawet dzieci – staliśmy w różnych sklepach po śledzie i karpie, ale nikomu nie udało się ich dostać. A trzeba pamiętać, że kupowało się „po jednym” albo „po dwa”. Dwa chleby, po jednym karpiu, tylko pół kilo śledzi... Jedna cytryna, jedna pomarańcza. Bo każdy chciał coś kupić, a tego towaru dla wszystkich w dowolnej ilości nie było.

TAK SIĘ KOMBINOWAŁO, ŻEBY BYŁO

Poza dziećmi, które po lekcjach mogły polować w sklepach na świąteczne wiktuały i rodzicami – emerytami, którym czas pozwalał stać w kolejkach, bardzo się w PRL-u sprawdzała rodzina na wsi. Taką miał tata Beaty Gierwatowskiej. – W PRL-u wszystko było trudno dostępne, ale nie przypominam sobie, żeby czegoś na święta nam zabrakło. Tak się kombinowało, żeby było – wspomina. – Chociaż nam było łatwiej, bo mój tata miał rodzinę na wsi. A oni, oczywiście w tajemnicy, bili przed świętami świnię. Część kiełbas i mięs była wędzona tam, a część mięsa przywoził tata do domu. I wtedy było od groma pracy! Mięsa w solankach, wiszące kiełbasy nad kuchenką. Ależ to był zapach! Choinkę państwo Gierwatowscy też „zdobywali”. – Tata był kierowcą w PKSie, więc gdzieś po trasie zatrzymywał się w lesie i wycinał drzewka. Dwa lub trzy, żeby dać znajomym. Oczywiście wszystkie musiał w drodze ukryć, bo inaczej byłyby problemy. Był jednak taki rok, że tego drzewka nie mieliśmy. I moi dwaj starsi bracia przypomnieli sobie, że przy płocie „budowlanki” rosną choinki. Wpadli więc na pomysł, żeby pod osłoną nocy wyciąć jedną. I tak mieliśmy „szkolną” choinkę w domu.

HANDEL WYMIENNY

Magda Mastalerek zapamiętała szczególnie przedświąteczny czas w 1981 roku. – To był już stan wojenny. I w sklepach nie było dosłownie nic. Tak naprawdę nawet śledzi nie było, a o karpiu można było tylko pomarzyć – mówi. – Ale ja pracowałam w „tytoniówce”, a papieros był wtedy najbardziej pożądanym artykułem. I za papierosy można było załatwić wszystko. Dzwoniliśmy więc w różne miejsca, czy da się gdzieś załatwić jakąś rybę za papierosy – śmieje się. – I dało się! Odezwali się do nas ludzie z Iławy i za papierosy dostaliśmy trzy ogromne balie, przywiezione żukiem zresztą, sandacza. Mnie się dostał wyjątkowo piękny – ponad dwa kilo. To były cudowne święta... Bo okazało się, że mamy rybę i Wigilia była bardzo udana.

O ZABAWKI BYŁO TRUDNO

Dzisiaj mamy problem, co wybrać na prezent pod choinkę. W PRL-u – żeby znaleźć jakikolwiek prezent. – Kupowało się głównie kapcie, rękawiczki, skarpety. To był wtedy prezent niesamowity – przypomina sobie pani Magda. – Najgorzej było z prezentami dla dzieci, bo o zabawki było trudno. A jak się zdarzyły owoce cytrusowe, to dopiero był prezent! Zapach pomarańczy pamiętam jeszcze z wczesnego dzieciństwa. Za komuny też, bo tych owoców cytrusowych nie było. Jeśli przychodził jakiś transport, to się rozchodził „po znajomości”.

Ewentualnie pomarańczę – jedną – można było dostać w paczce świątecznej. Bo zakłady pracy organizowały dla dzieci swoich pracowników choinki i tam dawali paczki. – Kiedy dzisiaj siedzimy przy stole – na Wigilii albo w Boże Narodzenie – zawsze się coś wymsknie o tamtych, słusznie minionych, czasach – przyznaje pani Krystyna. – Wnuki nie mogą uwierzyć, że karpie w PRL-u „rzucali” w Wigilię, że wtedy pojawiały się pomarańcze... Ba, nie mieści im się w głowie, że po chleb na święta, np. od Wojcieszka, trzeba było ustawić się w kolejce na długo przed otwarciem piekarni. Bo mogłeś zostać na całe Boże Narodzenie z niczym. Wspomina się to teraz, po latach lekko, ze śmiechem, w żartach.
Ale kiedy się to działo, nie było nam do śmiechu. Z drugiej strony... Jaka to była radość, kiedy udało się wystać, załatwić, wyprosić, zorganizować, przynajmniej część tego, co człowiek chciał mieć na wigilijnym i świątecznym stole.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Chcemy, żeby nasze publikacje były powodem do rozpoczynania dyskusji prowadzonej przez naszych Czytelników; dyskusji merytorycznej, rzeczowej i kulturalnej. Jako redakcja jesteśmy zdecydowanym przeciwnikiem hejtu w Internecie i wspieramy działania akcji "Stop hejt".
 
Dlatego prosimy o dostosowanie pisanych przez Państwa komentarzy do norm akceptowanych przez większość społeczeństwa. Chcemy, żeby dyskusja prowadzona w komentarzach nie atakowała nikogo i nie urażała uczuć osób wspominanych w tych wpisach.

Komentarze

Niuniek 25.12.2018 22:50
W końcu 50 lat pamiętam jak nigdy z rodzeństwem budziliśmy się wcześniej niż zwykle. Tak jakoś wypadało. Wstawaliśmy i po cichu szukaliśmy schowanych prezentów. Tata był już w pracy. Pracował w Zakładach metalowych. Mama od wczesnych godzin krzątała się po kuchni,skąd dobiegały zapachy pieczonego mięsa i placków. Większość artykułów spożywczych rodzice wystali w kolejkach. O bananach czy innych południowych owocach można było tylko marzyć. Z cytrusów dostępne były cytryny i pomarańcze. Pomarańcze w okresie świątecznym.. Były tak zwanym rarytasem na ogół nie dostępnym dla mas. Za oknem śnieg i siarczysty mróz. Jeszcze było ciemno a z okna widać było jak od wczesnych godzin na podwórzu dozorca ze swoją żoną uwijali się przy śniegu. Ludzie nim wstali porobione były przejścia w zwałach śniegu. Każdy kto przechodził na chwilę zatrzymywał się by zamienić kilka słów z dozorcą. Jedni śpieszyli do pracy inni do sklepów. Ale też byli i tacy którzy szli z plackami do pobliskiej piekarni. Wtedy,mimo że były w domowych kuchennych piecach dochówki sporo mieszczuchów nosiło placki do piekarni. W piecach piekarniczych makowce,serniki i inne wypiekały się fantastycznie ( obecnie piekarniki ). Wstawał wigilijny dzień. W powietrzu już od rana czuć było atmosferę świąt. Wraz z rodzeństwem przez okno obserwowaliśmy zaśnieżone podwórze. Ktoś szedł z bańką po mleko. Inny z wiadrem do komórki po węgiel. Inny sąsiad otwierał komórkę,wyciagał pieniek i rąbał drwa. Jeszcze inny chyłkiem przemykał się do wychodka. Wtedy nie wszędzie w mieszkaniach były sanitariaty. Pan z piętra taszczył ogromną choinę. Pani z oficyny pochylona niosla dwie ogromne torby z zakupami. W moim domu stała już choinka. Przyozdobiona kolorowymi świecidełkami i ogromnym fioletowym czubkiem. Na gałązkach kłaczki waty imitujące śnieg. Orzechy,małe jabłuszka,cukierki,pierniki to wszystko było na mojej choince. Po powrocie taty z pracy atmosfera zrobiła się bardziej podniosła. Dodatkowo bowiem załatwił słodycze i pomarańcze. Około godziny 15 ruch na podwórzu powoli zanikał. Na dworze zapadał dzień. Wstawała mroźna wigilijna noc. Śnieg iskrzył tysiącami światełek. Na niebie pojawiła się pierwsza gwiazka. Z radia dobiegał śpiew kolęd w wykonaniu Mazowsza. Słół wigilijny pięknie zastawiony postnymi potrawami. Pierogi z grzybami i kapustą,karp smarzony,karp w galarecie i śledź z cebulką.racuchy,kluski z makiem,zupa grzybowa,pierniki,ciasteczka,kompot z suszu. Na honorowym miescu na środku stłołu przykrytego białym jak śnieg obrusem w koszyczku z siankiem opłatek.W powietrzu zapach jodły. Wigilię czas było zaczynać. My dzieciaki czekaliśmy na prezenty.

Chcemy, żeby nasze publikacje były powodem do rozpoczynania dyskusji prowadzonej przez naszych Czytelników; dyskusji merytorycznej, rzeczowej i kulturalnej. Jako redakcja jesteśmy zdecydowanym przeciwnikiem hejtu w Internecie i wspieramy działania akcji "Stop hejt".
 
Dlatego prosimy o dostosowanie pisanych przez Państwa komentarzy do norm akceptowanych przez większość społeczeństwa. Chcemy, żeby dyskusja prowadzona w komentarzach nie atakowała nikogo i nie urażała uczuć osób wspominanych w tych wpisach.
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama