Start z Komańczy i bieg od szczytu do szczytu: Jasło, Fereczata, Smerek, połoniny... Meta w Ustrzykach Górnych po 80 kilometrach bezustannej mordęgi - tak w skrócie wygląda Bieg Rzeźnika, wersja podstawowa. Dla tych, którzy nie mają dość, dodatkowe 20 km. To tak zwany hardcore. W tym roku hardcore zdołały ukończyć 23 pary. Na 597 startujących.
Biega się po glinie i kamieniach. Każdy kto kiedyś był na bieszczadzkim szlaku wie, że trasy po deszczu zamieniają się w grzęzawiska. To największa trudność.
W tym roku, w XI Biegu Rzeźnika wystartowały jeszcze dwie pary z Radomia. Nam udało się skontaktować z Arturem Praskiem, radomskim przedsiębiorcą i wielbicielem sportu (do niedawna był nawet prezesem Jodły Jedlnia Letnisko). Z Biegu Rzeźnika wrócił tydzień temu. Z partnerką z Warszawy Dorotą Czamarą w kategorii open zajęli 175. miejsce, w parach mieszanych świetną 13 pozycję (na 200 par), z czasem 12 godz. 23 min. 24 sek.
- Jak na pierwszego "rzeźnika" to świetny czas. Ale teraz piaty dzień od zakończenia biegu śpię z nogami w górze, a one wciąż bolą - żartuje Artur Prasek.
PARTNER NAJWAŻNIEJSZY
Dlaczego starują tyko pary? Sprawa jest prosta - dla bezpieczeństwa. W Bieszczadach jest mnóstwo żmij, podczas biegu łatwo też o poważna kontuzję. W razie ukąszenia lub złamania, partner może pomóc lub wezwać wsparcie. Na 6 pomiarach podczas Biegu Rzeźnika pary muszą meldować się razem.
- Dobór partnera do takich wyczynów jest ciężką sprawą. Chodzi o to, żeby obaj czy oboje biegli w równym tempie, żeby jedno nie opóźniało drugiego. Ludzie wyszukują się w internecie, jeżdżą na obozy... Z Dorotą zgadałem się właśnie na obozach biegowych. To niesamowity zawodnik, potrafi biec 100 kilometrów w równym tempie. Brała udział już w 6 ultramaratonach górskich, pokonuje też trasy po 160 km - opowiada Artur Prasek. - Ale ta glina w Bieszczadach i ją wymęczyła...
Wystartowali 20 czerwca o 3.30, bieg zakończyli o 15.54. W tym czasie mieli dwie trzyminutowe i jedną sześciominutową przerwę. Nie zatrzymywali się nawet na tzw. przepakach, czyli punktach kontrolnych, gdzie można się przebrać, uzupełnić napoje.
- Na pierwszym przepaku wszyscy rzucili się do napojów, my pobiegliśmy dalej i przez to zyskaliśmy przewagę. Najgorzej było na 55 kilometrze na Smereku. Błoto po kolana. O biegu trudno tu mówić. Na 56 kilometrze na przepaku potrzebowałem 6 minut na regenerację, przebrałem się. Potem było już pod górę, a ja pod górę lubię biegać. Bardzo szybko zbiegliśmy ostatni odcinek z połoniny do Ustrzyk. Ci, których mijaliśmy, pytali "Macie jeszcze paznokcie?". Teraz wiem dlaczego... - relacjonuje biegacz.
NAJBRZYDSZY MEDAL
42-letni Artur Prasek biega od 15 lat. Teraz jego pasją stały się ultramaratony. Myśli już o wyjeździe na marcowy Baikał Ice Marathon - jeden z najtrudniejszych. Biegnie się tu na mrozie, po zamarzniętym Bajkale.
Artur Prasek trzy razy w tygodniu wstaje o 5 rano, by ćwiczyć. Do "rzeźnika" przygotowywał się, biegając w Galerii Słonecznej po ruchomych schodach pod prąd.
- Jednak zaczepiało mnie zbyt wielu znajomych - śmieje się. - Dlatego przerzuciłem się do na wieżowiec. Do dwóch godzin biegu po schodach w tą i z powrotem...
Teraz Artur Prasek obraca w dłoniach medal z Biegu Rzeźnika. Zgrzebny, z gliny, na sznurku. I mówi:
- To najbrzydszy medal, jaki w życiu dostałem. I najcenniejszy.














