W zasadzie dworzec z mojego dzieciństwa i ten dzisiejszy, z zewnątrz, niewiele się różni. Budynek jest ten sam. Tyle że odnowiony i dlatego robi zdecydowanie lepsze wrażenie. No i jest zegar. Tak… Ten słynny zegar. Ileż to razy człowiek umawiał się „pod zegarem”... Jak wiele myśli, marzeń, oczekiwań wykluwało się w głowie, kiedy nerwowo spoglądało się co chwilę na wielki czasomierz, gdy nasza aktualna wówczas wybranka, spóźniała się…
Ostatnio też miałem „randkę pod zegarem”. Z panią policjantką. Blondyneczka. Niewysoka. Miała najpiękniejsze zielone oczy, jakie w życiu widziałem. Na początku nie było miło. A powinno, bo to ona mnie zaczepiła. Tyle, że stanęła przede mną w otoczeniu dwóch umundurowanych kolegów. Młodych chłopaków z marsowymi minami. Czekając na pociąg, paliłem. Przy wejściu do tunelu. Wszyscy tam jarają, jak głupi, ale wiadomo, spisać musieli mnie. Trochę pogadaliśmy. Mocno oficjalnie. Kiedy już przyjąłem pouczenie, panowie zmienili narrację, a pani, hm… Uśmiech Mony Lisy przy uśmiechu blondyneczki byłby profanacją kobiecości…
My w Radomiu jesteśmy jacyś tacy zakompleksieni. Wstydzimy się swojego miasta. Widzimy w nim same wady, niedociągnięcia. Wszystko to, co złe. A tymczasem jest wiele miejsc, przestrzeni, z których powinniśmy być dumni. Takich, których ci wszyscy szydzący z Radomia płytcy szpanerzy z wielkich aglomeracji, mogą nam zazdrościć.
Jednym z takich budynków jest ten dworcowy. Na pewno nie wygląda gorzej niż podobne budowle w innych miastach. Wrażenia wizualne psują nieco miejscowi amatorzy procentów, którzy w różnych porach i w różnym stanie okupują ławeczki przed wejściem. Ale oni są wszędzie. Kręcą się przy każdym dworcu w Polsce. Taki lokalny folklor. Stały element krajobrazu, gdziekolwiek by człowiek nie pojechał.
Do hali dworcowej wchodzimy przez jedne z trojga automatycznych drzwi. A po prawdzie to jednym z dwóch wejść, bo trzecie rotacyjnie, co jakiś czas inne, jest nieczynne.
W środku spoko. Dworcowa klasa średnia. Kasy, nie pamiętam, czy za moich młodych lat były w tym samym miejscu, kilka ławeczek dla podróżnych, dwie wielkie elektroniczne tablice z rozkładami przyjeżdżających i odjeżdżających pociągów. Jest sklepik z prasą i napojami, a po prawej toalety. Płatne. Tanio nie jest. 4,50 zł. To też ogólnopolski standard.
W sumie w hali jest czysto. Na piętrze zamiast zapyziałego WAR-su, gdzie strach było cokolwiek zjeść, dziś jest Mac. Żarcie, jak to w sieciówce. Takie samo na całym świecie. Podobno… Radomski Mac odróżnia od innych tego typu lokali fakt, że nie ma w nim toalety. Trzeba schodzić na dół do tej dworcowej. Za 4,50. Słabe…
Nie ma też takich ni to budek, ni straganów ze wszystkim, które były przed wejściem do tunelu prowadzącego do peronów. Zamiast tego jest Żabka z koszmarnie niemiłą małolatą za ladą.
Nie wiem dokładnie, w którym miejscu był usytuowany, chyba przy Prażmowskiego, ale co sobotę jeździłem z Mamą na targ „pod dworzec”. Tylko tam można było kupić moje ulubione komiksy – „Kapitana Żbika” i „Klossy”. To tam odkryłem książkę, w której się zakochałem. Zniszczoną, z pobrudzoną kiedyś białą okładką. „Tajemnice Paryża” Eugeniusza Sue. Mam ją do dziś. Zjeździła ze mną pół świata. Jak mi jest źle, to do niej wracam. Jest takim moim prywatnym pomostem łączącym teraźniejszość z bezproblemową, radosną młodością.
Idąc tunelem, mijamy perony i w końcu wychodzimy na ulicę Mazowieckiego. Nie pamiętam, jak nazywała się dawniej. Ale wiem za to, że tuż po wyjściu z podziemi, po lewej stronie był sklepik z 1001 drobiazgów. Z takim mydłem i powidłem. Jedyne miejsce w Radomiu, gdzie można było kupić gumowe figurki Muppetów. Dziś lokal po „moim” sklepie wciąż stoi. Z zamkniętymi na głucho, pomazanymi żaluzjami. Obok są wciąż czynne „Artykuły szkolne”.
Dworzec kolejowy podoba mi się. Może nie do przesady, ale daje radę. W przeciwieństwie do dworca PKS-u, który z dworcem ma tyle wspólnego, co ja z baletnicami z Teatru Bolszoj. Ot, kilka stanowisk dla autokarów przedzielonych podwyższonymi krawężniakami. O skali dziadostwa niech świadczy fakt, że nie ma nawet kasy, w której można kupić bilet. Przynajmniej ja takiej nie znalazłem.
Odjeżdżałem PKS-ami, czy innymi busami z różnych miejsc, ale tak smutnego, niechcianego i sprawiającego wrażenie niepotrzebnego dworca, nigdzie nie spotkałem.
Pozostając w dworcowej konwencji, za tydzień opowiem Wam o podróżach pociągami. Tymi z przeszłości. To dopiero była jazda...

Napisz komentarz
Komentarze