Jak najłatwiej poderwać dziewczynę? Dziś co drugi facet odpowie: na kasę, furę komórę i dobry bajer. Za moich czasów wszystko odbywało się bardziej subtelnie, delikatnie i romantycznie. Najpierw obserwacja obiektu. Potem subtelne zagajenie. Jak przynęta chwyciła, to propozycja spaceru. A wtedy obowiązkowym punktem programu były rurki z kremem w „Oleńce”.
Nie wiem, jak opisać Wam ich wyjątkowość. Dobra, spróbuję… Chyba każdy pamięta pierwszy pocałunek ze szkolną miłością. Delikatny i kruchy, jak pierwszy śnieg. Ledwo muśnięcie warg, szczeniacko zmysłowy, ale taki, którego cień jeszcze długo czujemy na ustach. Z tymi rurkami z „Oleńki” miałem podobnie. Chrupiące ciasto i krem, którym było faszerowane. Nie żadna tam pseudo bita śmietana z torebki, albo inne wynalazki. Tylko porządny, tłusty krem. Słodki, ale nie jakoś ordynarnie. Osiadał na języku i podniebieniu. Normalnie kulinarny orgazm w gębie.
Jeżeli po konsumpcji rurek i intelektualnej rozmowie, np. o tym, jaka to zołza z tej pani od chemii, panienka nie była trafiona zatopiona, to nie warto było na nią tracić czasu.
Oprócz rurek uwielbiałem lody od „Grzeszczyka”. Kiedy chodziłem na mecze Radomiaka, to w takim niby pawiloniku na Kusocińskiego w kierunku Sportowej, gdzie mieściła się cukiernia tej firmy, były najlepsze lody śmietankowe.
Podobnie, jak na Żeromskiego bodaj pod 70-tym.
Z tym drugim "Grzeszczykiem" mam bardzo sympatyczne wspomnienie.
Otóż niemal naprzeciwko cukierni, pod 65-tym w KBM-ie mieściła się redakcja radomskiego oddziału dziennika „Słowo Ludu”. Jako dziennikarskie pacholę wpadłem pod skrzydła redaktora Zbigniewa Puszko. Świetne pióro, kapitalny żart sytuacyjny. Szybko stał się moim zawodowym mentorem. I kiedyś założyliśmy się, czy poderwę ekspedientkę z tego „Grzeszczyka”. Była piękna. Wysoka, szczupła o hebanowych włosach i uśmiechu tak zniewalającym, że człowiek z wrażenia nie mógł wypowiedzieć słowa. Ale pewnego razu zawziąłem się, pokonałem tremę i zaprosiłem laskę na randkę w Kazimierzu nad Wisłą. Powiedziała, że pojedzie, ale z koleżanką. No to ja, zaoferowałem się, że dla towarzystwa owej „przyzwoitki” na wypad zaproszę kumpla z „Echa Dnia”, Jarka. Jarek bardzo się ucieszył i ochoczo zgodził na wycieczkę. Humor mu się zepsuł, kiedy zobaczył „swoją” pannę. Też była piękna, jak moja Eliza, ale trochę inaczej. Bo to jej piękno było ukryte i człowiek dostrzegał je dopiero po zero siódemce na twarz. Ale i tak wypad udał się wyśmienicie, a zabawa była przednia. Oczywiście przy lodach. Z Grzeszczyka.
Również na Żeromskiego, także w pobliżu naszej redakcji była Parkowa. Kultowe miejsce dla radomian w wieku dojrzałym. Specjalnością Parkowej była podawana w wielkich pucharkach Melba. Taki deser przekładaniec. Najpierw warstwa truskawek, potem bita śmietana, znów truskawki, śmietana. Jeśli jest jakiś kulinarny raj, to po Melbie w nim byłem. Za każdym razem.
Parkowa wciąż przyjmuje gości, choć aktualnie proponuje zupełnie inny asortyment. A te amatorki legendarnego już deseru, które wskażą miejsce, gdzie w Radomiu można dziś zjeść taką Melbę, jak przed laty w Parkowej, to zapraszam na konsumpcję w duecie.

Napisz komentarz
Komentarze