W czasach, gdy jako niewinne pacholę uczyłem się i piłki i sportu w ogóle, modne było chodzenie na Radomiaka albo na Broń. Czarni byli wtedy słabi. Grali w trzeciej lidze. Na ich mecze chodziła garstka kibiców. A jeszcze mniej widzów oglądało popisy piłkarzy Startu na boisku przy Wernera. Chyba tylko rodziny zawodników i w porywach ich narzeczone. Mniej lub bardziej oficjalne. Pewnie bywały spotkania, które gromadziły większą publikę, ale ja nie byłem świadkiem takiego zjawiska.
Jako młody chłopak chodziłem na Radomiaka. Jak bez dorosłych, to siadałem z kibicami. Dziś byśmy powiedzieli, że z „ultrasami”, wtedy nazywano ich „szalikowcami”. To były takie czasy, że na połowie meczów w rundzie nasi lali się z przyjezdnymi. Był wypad na sektor gości, wymiana strzałów, a potem ucieczka przed policją. W zadymach brali udział starsi, zaprawieni w bojach „fachowcy”. Nas młodych przeganiali z sektora.
Dlatego, żeby sobie pośpiewać, chodziliśmy na Czarnych. Razem z kilkoma kolegami stworzyliśmy taki nieoficjalny fan club „wojskowych”, który było słychać na kilku meczach. Dopóki nam się nie znudziło, bo Czarni grali u siebie w niedzielę o 11. Dla dzieciaka, który miał jeden dzień wolny od szkolnego kieratu, nieludzka pora. Ale chodziliśmy. Pamiętam, że mieliśmy nawet idola. Taki chudy blondyn. Grał w środku pomocy albo w ataku. Nazywał się Jacek Nowak.
Ten stadion Czarnych to były po dwa czy trzy rzędy drewnianych ławek z obu stron. Siedziało na nich kilkunastu starszych gości. Bardziej zainteresowanych rżnięciem w karty i popijaniem wódy niż meczami. A poza dniami, w których o punkty rywalizowali piłkarze, obiekt położny na uboczu, okolony od wewnętrznej strony siatki jakimś wysokim zielskiem, był miejscem dyskretnych schadzek par rozochoconych perspektywą przygody w plenerze. No i karcianą szulernią pod chmurką. Bez względu na porę, jeśli tylko było widno, na trybunach toczyło karciane boje kilku zapaleńców.
Stadionik Czarnych zawsze kojarzył mi się również z osobą trenera Bogusława Kaczmarka. Był zawodowym żołnierzem. Nie wiem w jakim stopniu. Był też uosobieniem męskiej urody dla pań w wieku mojej Mamy. Taki radomski odpowiednik Omara Sharifa. Nie za wysoki. Z leciutkim brzuszkiem i ciemnymi, zaczesanymi do tyłu włosami i wąsikiem w tym samym kolorze. Przesympatyczny człowiek, gdy poznało się go bliżej. Dla cywili. Bo żołnierze, a szczególnie leniący się piłkarze – żołnierze, bali się go jak ognia. Podobno, jak jego zawodnicy przegrali mecz w szczególnie kompromitującym stylu, to kazał im na kolanach wyrywać rosnące wokół boiska mlecze. Nie wiem, może to plotka, bo takich akcji nie widziałem, ale opowieści o srogości trenera Bogusława krążyło mnóstwo.
O ile jeszcze Czarni coś tam grali, to z kilku meczów, które widziałem na Starcie, nie przypominam sobie żadnego wygranego przez piłkarzy z Wernera. Dla nas, pozbawionych talentu, futbolowych zapaleńców, Start był ostatnią deską ratunku. Nie przyjęli nas do trampkarzy Radomiaka, Za słabi byliśmy na Broń, to pozostawał Start. Utarła się opinia, że brali wszystkich. Może i wszystkich… Oprócz nas. Nawet na Start byliśmy za ciency. Z naszej ekipy załapał się tylko Piotrek „Stępiona”. Który do dziś zresztą pozostał przy sporcie. Obecnie boiska Startu już nie ma. Na jego miejscu albo już powstają, albo wkrótce zostaną wybudowane, podobnie jak na terenie po Czarnych, bloki mieszkalne. Działa za to i to prężnie, już od lat, sekcja dżudo. W latach mojej młodości treningi prowadzone przez państwa Falkiewiczów odbywały się w obskurnym, wielkim jak stodoła budynku klubowym.
Nie wyszło mi z piłką, to postanowiłem chodzić tam na siłownię. Trochę żelastwa, grzyb na ścianach, dziadostwo okrutne. Aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach wykuwały medalową formę pokolenia dżudoków. Dziś obiekt klubu z Wernera to nowoczesna, funkcjonalna bryła z profesjonalnie wyposażonymi salami do ćwiczeń.J
Ja też wtedy przed laty wykułem formę… Do ciasta. Zapału wystarczyło na dwa, może trzy treningi. Z siłownią przeprosiłem się dopiero po pięćdziesiątce.

Napisz komentarz
Komentarze