Z motylami w brzuchu wybrałem się na Glinice. Chciałem odwiedzić Odeon. W moich czasach największe i najbardziej okazałe kino w mieście. Z widownią na czterysta miejsc i z filmowymi hitami na ekranie. Wiadomo Bałtyk czy Hel też miały swoją renomę, ale w moim rankingu kin pozostawały daleko w tyle za Odeonem. Były jak Syrenka przy Fiacie Mirafiori, żeby trzymać się konwencji tamtych cudownych lat.
No to pojechałem za wiadukt przy Słowackiego. Za moich czasów był to już jakby inny Radom. Pełen domów jednorodzinnych, czyli na logikę bogatszy, ale dla mnie, chłopaka z XV-lecia, jakiś taki groszy. Coś, jak wieś w mieście. Jeśli przybysz zza wiaduktu nie miał szczęścia i natknął się na lokalsów, to bez względu na porę dnia oklep był pewny.
Ale, co tam! Warto było zaryzykować. Ze względu na Odeon.
To w tym monumentalnym, tak go wtedy widziałem, gmachu po raz pierwszy całowałem się z Gosią P., koleżanką z lekcji religii. A zresztą, jakie tam całowałem od razu… Takie buzi, buzi niewinne, ale z gatunku tych, których nie zapomni się do końca życia. Pamiętam, jak pewnego razu w Dzień Wagarowicza umówiliśmy się z Gosią idziemy na religię. Wszyscy na wajsach, a my w salce katechetycznej w kościele przy Miłej. Chłopaki mieli mnie potem przez czas jakiś za lamusa, że nie poszedłem z nimi, ale… warto było… Siedzieliśmy z Gosią obok siebie w ławce, ramieniem dotykałem jej ramię… Podawałem jej długopis…Normalnie Bayer Full!
A wtedy w kinie, to musnąłem ją ustami chyba w policzek i chyba na Wielkiej Podróży Bolka i Lolka…
Odeon… Miejsce dla mnie magiczne… To tam obejrzałem swój pierwszy film na dużym ekranie. To był Powrót Jedi, trzecia część trylogii Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa. Zabrała mnie na niego Mama. Tłum w foyer był nieprawdopodobny. Bałem się, że ta stonka mnie rozdepcze. Autentycznie. Ale film – sztos. Najlepsze były te miśki na takich latających skuterkach. No i Han Solo. Ja byłem Solo, a Gosia księżniczka Lea…
Gosia już dawno zniknęła w pomroce niepamięci, ale fanem Harrisona Forda jestem do dziś.
Mama czytała mi wtedy na głos na tym Powrocie Jedi. Nic się nie działo. Nikt się nie burzył. W przeciwieństwie do Godzilli, na którą do Odeonu wybraliśmy się z moją Mamą i rówieśnikiem, kuzynem Arkiem. Mama usadowiła się po środku i takim scenicznym szeptem nam czytała. Siedzieliśmy w rzędach z przodu. Ale echo niosło i ktoś z końca sali musiał się wkurzyć, bo krzyknął: „kto tam k… tak głośno czyta?!”. Wtedy Arek wstał i wskazując w ciemności palcem na Mamę odkrzyknął: „moja ciocia, bo my nie umiemy”. Sala w śmiech, czułem jak Mama zapada się w fotelu i zjeżdża coraz niżej i niżej…
Uśmiechałem się do wspomnień dojeżdżając do ulubionego kina. Tyle, że uśmiech umarł mi na wargach, kiedy zobaczyłem, że ulubionego kina nie ma. NIE MA! Po Odeonie nie pozostał nawet ślad. Tam gdzie przeżyłem pierwsze porywy niewinnego serca, tam gdzie walczyłem z siłami Imperium, tam gdzie płakałem na ckliwych niedzielnych porankach, stał blok mieszkalny. Nawet niebrzydki z marketem spożywczym znanej sieci na dole. Ale co z tego, że apartamentowiec nie kłuł w oczy, skoro przy każdym spojrzeniu ranił duszę?
Poczytałem, pogadałem z Szymonem Wykrotą, który pięknie dokumentuje dzieje Radomia na zdjęciach i dowiedziałem się, że u schyłku XX wieku Odeon został przekształcony w salę koncertową. Potem był siedzibą jakichś firm i firemek, które jak szybko powstały, tak jeszcze szybciej zwijały żagle. Zapomniany, niekochany, niszczał. Z królestwa kultury stał się Hiltonem dla bezdomnych. I w końcu w 2021 roku ruderę zburzono.
To jedna z nielicznych transformacji Radomia, których żałuję. Może dlatego, że w w tych ruinach Odeonu pozostały okruchy moich niewinnych, pięknych dziecięcych lat.













Napisz komentarz
Komentarze