
- Mieszkałem w Warszawie, kiedy wybuchła wojna, miałem 14 lat. Niedaleko mojej ulicy utworzyli getto, po tamtej stronie zostali nasi koledzy. Wszędzie panował głód, tam w getcie jeszcze większy. Zbieraliśmy kawałki chleba, ziemniaków i przy pomocy procy przerzucaliśmy za mur. Ryzykowaliśmy - gdyby ktoś ze strażników zauważył to, zapewne zaczęliby strzelać. W 1943 roku wstąpiliśmy do organizacji bojowej. Kiedyś przenosiliśmy sprzęt, złapali mnie. Podczas tej akcji zginęły trzy osoby, resztę, w tym mnie, aresztowano. To było 18 września. Zawieziono nas na komisariat i przywitano batami. Następnie wrzucili nas do piwnicy, w nocy kontynuowali przesłuchanie. Dwóch osiłków biło nas do nieprzytomności. Ale jest tak, że im człowieka bardziej biją, tym mniej boli. Przewieziono nas na Szucha. Tam był specjalny pokój przesłuchań, zwany „tramwajem”. Na długich ławach siedzieli więźniowie, za nami była krata, nie mogliśmy się komunikować, ten kto spróbował, był wywlekany i bity. Czasami, aby wydobyć zeznania, przywozili rodziny i na oczach skazanego tłukli członków rodziny. Trafiłem na Pawiak do czteroosobowej celi, tam było nas siedmiu. Byłem strasznie poobijany, miałem wybite zęby, leżałem na podłodze. Tam przebywałem do listopada, kiedy znalazłem się na liście do Auschwitz - opowiadał. - Wywieziono nas w wagonach towarowych, po około 100 osób w każdym. Na drogę otrzymaliśmy po pół chleba, nie było jak załatwić swoich potrzeb, panował straszny smród. Kiedy przyjechaliśmy, trafiliśmy pod słynną bramę, gdzie napisane jest „Arbeit macht frei”. Przepędzili nas na koniec obozu, tam kazali stać i czekać... do popołudnia następnego dnia. Później bito nas i przesłuchiwano. Wytatuowano mi na lewym ramieniu numer 156 501 – od tego momentu traciliśmy nazwiska, staliśmy się numerami. Przeznaczono mnie do likwidacji. Nie przeznaczono nas do pracy, nie mogliśmy wychodzić z baraku, oprócz chwil kiedy chcieliśmy iść do toalety. Obowiązywał system piątkowy. Wychodziliśmy w pięciu i strażnik. Toaleta to był dół pełen śmierdzącej brei, a nad nim drąg. Wchodziło się na ten drąg i trzeba było natychmiast załatwić swoją potrzebę. Jeżeli ktoś się ociągał to strażnik zrzucał go, żeby utonął.

Najeść się – to w obozie było dla nas najważniejsze. Mówiło się nawet: Niech mnie rozstrzelają, ale przynajmniej nie z pustym żołądkiem. Dla jedzenia ludzie potrafili zrobić bardzo dużo. Na śniadanie był kubek gorzkiej kawy. Racje żywnościowe były niewielkie, w pracy dostawaliśmy jakąś lichą zupę – ok ¾ litra. Ci co ją nakładali, dla żartu potrafili tak chlupnąć w miskę, że niewiele zostawało na talerzu. Po apelu był posiłek właściwy – kilka deko chleba, do tego łyżeczka masła i łyżeczka marmolady lub sera oraz kawa. Cały czas chodziliśmy głodni, na terenie obozu nie było źdźbła trawy, wszystko, co nadawało się do zjedzenia, było zjedzone.
Kary w obozie były bardzo dotkliwe. To była chłosta lub bicie jakimś kijem - co wpadło strażnikowi do ręki. Dwa razy zwątpiłem w Boga w obozie, chciałem odebrać sobie życie iść „na druty”. Kiedy szedłem odebrać sobie życie, niemiecki strażnik zszedł z wieżyczki, porozmawiał ze mną, powiedział mojemu „blokowemu”, żeby nic mi się nie stało. Powinien mnie wtedy zastrzelić, ale nie zrobił tego… Drugim razem trafiłem do szpitala, wstrzykiwano mi tyfus i jakieś oleiste substancje - to były pseudomedyczne eksperymenty. Kiedy byłem w agonalnym stanie, pielęgniarz Feliks Mocny potajemnie przeniósł mnie na inny oddział – uratował mi życie.
Odwszawianie – przeprowadzano je raz na kilka miesięcy w barakach. Wpuszczali tam gaz i siarkę. Nas w tym czasie wypędzali do łaźni na mycie, tam naprzemiennie puszczali zimną i gorącą wodę. Później niezależnie od pogody kazali nam stać i czekać, aż gaz wywietrzeje. Czasami trzymali nas nagich na mrozie, a dla żartów jeszcze oblewali zimną wodą.
Później pracowałem w obozie, jako sprzątający. Zbierałem po całym terenie ciała na wózek. Widziałem, jak przywożą transporty Żydów do spalenia. Ich traktowali bardzo okrutnie. Kazali im się rozbierać na rampie, wpędzali ich do komory, gdzie wpuszczali gaz. Słyszałem z opowiadań kolegów, że ciała znajdowano w stosach - gaz ulatniał się od dołu, więc ludzie wchodzili na siebie, żeby ratować życie. Później palili ciała, łamali kości, żeby więcej wrzucić do pieca, żeby szybciej uwinąć się z robotą. Kiedy palą się ludzkie ciała, unosi się bardzo specyficzny zapach…

Otwarto magazyny z żywnością, ludzie rzucili się na jedzenie – niektórzy umierali w cierpieniach z przejedzenia. Ja z kilkoma kolegami wyszedłem z obozu, przez jakiś dokonywaliśmy wyroki na naszych oprawcach. Po roku wróciłem do Polski, odnalazłem siostrę w Radomiu i tu zostałem, założyłem rodzinę.
Wzruszająca opowieść Andrzeja Szpotańskiego, została w skupieniu wysłuchana przez uczniów „Ekonomika”.
-Dziękuję młodzieży, że opiekujecie się pamiątkami i miejscami pamięci, związanymi z naszą historią. Jest nas coraz mniej, kiedyś z Radomia i okolic było nas około 15 tys., teraz jest już tylko 70, z czego niewielu zdrowie pozwala na takie spotkania – mówił Andrzej Szpotański.
Na spotkaniu był również obecny Kazimierz Błażewicz, 91 - letni radomianin, były więzień obozu Stutthof , który szczegółowo spisał swoje wspomnienia.
Czwartkowe spotkanie było dopełnieniem lekcji w szkole "Rzeczywistość niemieckich obozów koncentracyjnych”, podczas której została zaprezentowana wystawa pamiątek przekazanych szkole przez środowisko byłych więźniów – czytaj więcej TUTAJ.













