Nucąc refren piosenki z Kabaretu Starszych Panów można się zastanawiać co można robić w deszczową pogodę? Dla niektórych jest to pogoda barowa. Jednak nie popadajmy w alkoholizm, tym bardziej, że chcę opisać, co miało miejsce w ubiegłym tygodniu w samą obiadową porę. Zatem może wypadałoby ów obiad wtedy właśnie przygotować, posolić, dopieprzyć, podać „dziecku ukochanemu i mężowi drogiemu”?
Nic podobnego! Tego dnia zarówno w Radomiu, jak i w całej Polsce znalazła się pewna grupa kobiet, która postanowiła się zbuntować i zawalczyć o swoje! Tego dnia porzuciły gotowanie, porzuciły „dziecko ukochane i męża drogiego” i w porze obiadowej, a do tego w strugach deszczu i z otwartymi parasolkami, wyszły na główną ulicę Radomia i główne ulice Polski – jak kraj długi i szeroki.. O co zatem kobiety chciały zawalczyć? Czy rząd ostatnio przegłosował jakąś ustawę, która odbierałaby im prawa? Nic podobnego. Kobiety wyszły na ulice, bo... rok temu też wyszły. Taka nowa świecka tradycja. Wyglądało to trochę podobnie do miesięcznic organizowanych przez partię rządzącą, tylko że z mniejszą frekwencją i z mniejszą liczbą osób w stanie duchownym i mundurowym na podorędziu. Podczas deszczowej manifestacji kobiety z Radomskiej Inicjatywy Kobiecej zbierały również podpisy pod projektem ustawy „Ratujmy kobiety”. Tylko przed czym trzeba je ratować? Przecież nic złego się nie dzieje. Protestujące postulowały m.in. dostęp do nowoczesnej i bezpłatnej antykoncepcji oraz rzetelnej edukacji seksualnej, likwidację „klauzuli sumienia” oraz równość płac bez względu na płeć. Choć jednak miałem wrażenie, że najważniejszym punktem demonstracji było prawo do aborcji. - Nie jesteśmy zwolenniczkami aborcji. Jesteśmy zwolenniczkami prawa do decydowania o własnym ciele. Jesteśmy zwolenniczkami rzetelnej edukacji seksualnej w szkole. Jesteśmy zwolenniczkami dostępu do skutecznej antykoncepcji, także awaryjnej i najlepiej refundowanej – mówiły manifestantki. A deszcz padał i padał. I padał.
W innym miejscu radomskiego deptaka w tym samym czasie odbyła się kontrmanifestacja obrońców życia organizowana przez Fundację Pro – Prawo do Życia. Mimo odległości w metrach i w poglądach obie grupy pań dzięki deszczowi właśnie połączył otwarty parasol. Według kontrmanifestantek w projekcie „Ratujmy kobiety” nie ma mowy o ratowaniu kobiet. W ich opinii w tej ustawie feministki chcą prawa do zabijania bez powodu dzieci do 12. tygodnia ciąży. Tak więc tego deszczowego dnia zamiast jeść obiad w suchym i ciepłym domu przy „dziecku ukochanem i mężu drogiem” dwie grupy postanowiły wyjść i pokazać, że są. Że są niezłomne i będą walczyć o swoje. Druga manifestacja również zbierała podpisy. Przecież nikt nie może być gorszy – tym razem zbierano podpisy przeciwko aborcji eugenicznej, która według manifestantek, jest niczym innym jak zabijaniem dzieci chorych. A deszcz padał. I padał.
A co z kompromisem? Kompromis nie istnieje. Taki tytuł nosił wywiad z organizatorkami Czarnego Protestu. I patrząc na obie strony, to mimo łączących ich parasolek, można by powiedzieć, że nie ma cienia szansy na porozumienie. Każda ze stron chce bowiem przeciągnąć wahadło w swoją stronę (nie zwracając uwagi na to, że w pewnym momencie owe wahadło z większą siłą odbije w stronę przeciwną). Może zatem w tej sytuacji trzeba się cieszyć, że wśród rządzących krajem polityków przynajmniej w tej kwestii nic się znacząco nie zmienia? Mamy wypracowany przed laty kompromis i może nie warto go zmieniać? Sam jestem przeciwnikiem aborcji, jednak jestem również za jej pełną legalizacją. Może to zabrzmi kontrowersyjnie, ale przecież żadne zakazy nie spowodują, że coś zniknie. Po prostu przemysł aborcyjny będzie działał w podziemiu i będzie… droższy. Kobiety będące zaś w trudnej sytuacji, gdy zajdą w niechcianą ciążę, nadal nie będą wiedziały, gdzie mogą uzyskać pomoc i wsparcie. Jedyne zatem, co - w mojej opinii - warto zmienić, to edukację w zakresie tego, gdzie dziewczyny mogą ową pomoc uzyskać. Chyba, że wolimy, dla czystości sumienia udawać, że „czego oczy nie widzą...”?
W tej sytuacji panie (zarówno feministki, jak i obrończynie życia) zachowują się trochę, jak dzieci stosując zasadę, że moje zdanie jest mojsze niż twojsze! Przez takie zachowania zanika też odpowiedzialność zarówno za siebie, jak i za dziecko. Bo przecież „moje ciało - moja sprawa”. A może zamienić to hasło na „moje dziecko - moja odpowiedzialność”? Przecież dzieci nie biorą się znikąd. A skrajne przypadki zagrożenia życia czy też gwałtu? To akurat kompromis aborcyjny już reguluje rozsądnie i uczciwie – po ludzku.
A tu ciągle pada. I pada. I pada… Pada?














Napisz komentarz
Komentarze