Za moich szczenięcych lat wypad do Siczek to była cała wyprawa. Autobusem linii „J”. Wsiadało się na Struga, pod Witaminą. Takim sklepem spożywczym, coś jakby miniaturą dzisiejszych supermarketów. Tyle, że z nieporównywanie bardziej tandetnym asortymentem.
Zresztą określenie „wsiadało się” jest mocno na wyrost, bo w okresie wakacyjnym i weekendowo – letnim „Jotka” była tak nabita ludźmi, że kierowca zatrzymywał się dopiero w Siczkach. I miał w głębokim poważaniu tych, którzy chcieli wysiąść, a częściej wsiąść wcześniej.
Ale jak już szofer w swojej łaskawości stanął pod tą Witaminą i udało się dostać do środka, to dopiero była jazda! Impreza w jednym z wypasionych klubów przy Mazowieckiej w Warszawie to małe miki w porównaniu z tym, co działo się w „Jotce”. Kłótnie, bluzgi, złorzeczenia, śpiewy, śmiechy, chlanie, bekanie. Cały wachlarz ludzkich emocji. Kierowcy, którzy obsługiwali linię do Siczek, to albo brali za to szkodliwe, albo jeździli na tej trasie, bo mocno podpadli na zakładzie.
Nie wiem dlaczego, ale z tamtej „Jotki” zapamiętałem akurat zapach psującego się jajka i zjełczałego masła z kanapek, jakie wieźli biwakowicze. Ludzi objuczonych kocami, leżakami, dzieciaki w nadmuchiwanych rękawkach i z kołami ratunkowymi owiniętymi wokół bioder.
I skakanie, które jednego razu, co chwilę, wstrząsało autobusem. To musieli być kibice, bo rytmicznie, w jednym tempie i za porozumieniem skandowali podrygując w górę i w dół: „ kto nie skacze ten z milicji, hej, hej, hej!”. Skakali w zasadzie wszyscy. Nawet ci, którzy z milicji być mogli.
A nad zalewem Muppet Show. Wszędzie walające się śmieci, puste butelki po wódzie i tanich winach. Ludzi w opór. Siedzących, leżących i taplających się w wodzie mętnej, jak spojrzenia pływaków.
I ten nieustanny, rozrywający bębenki, jazgot radyjek tranzystorowych zmiksowany z krzykiem matek upominających dzieci i dzieci protestujących wyciem przeciwko „kazaniom” dorosłych. A do tego jakieś balerony śliniące się do podpitych leszczy.
A jednak młodemu Piotrusiowi ten folklor podobał się. Miał w sobie jakiś dziki romantyzm. Beztroskę i spontaniczność, którymi ludzie zabijali szarzyznę komunistycznej codzienności.
Jakiś czas temu koleżanka Kasia zaprosiła mnie na wypad do Siczek. Pojechałem. Raz, że lubię Kasię, bo to piękna kobieta o pięknej duszy, a po wtóre, że byłem ciekaw jak przez dwadzieścia lat mojej nieobecności zmienił się zalew.
To dziś zupełnie inne miejsce. Czyste. Zadbane. Z plażą, mini mosteczkiem do cumowania żaglówek. Molo nowe. Woda, tak na oko, względnie czysta. Duży parking, miejsca do zabaw dla dzieci. Ławeczki.
W porównaniu do „moich” Siczek, wielki świat. I światowe ceny. Można się poczuć, jak nad Bałtykiem. Serio. Gofr z bitą śmietaną i marmoladą, czy tam z innym nadzieniem, 28 złotych. Duży lód kręcony, śmietankowy, truskawkowy lub czekoladowy – 19 złotych. Lemoniada, dycha. Kulka lodów, osiem złotych. Normalnie szał ciał. W obawie o swoje skołatane serce o ceny zapiekanek, frytek i hot-dogów nawet nie pytałem.
Ale wiecie Państwo co? Mimo, że jest drogo, jak w jakimś kurorcie to wolę takie Siczki, niż te zapamiętane z „Jotki”, z poziomu głowy wciśniętej w falujący biust jakieś, na pewno nie rzymskiej, matrony.

Napisz komentarz
Komentarze