Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu Radio Rekord Radom 29 lat z Wami Radio Rekord Radom 29 lat z Wami
środa, 7 stycznia 2026 12:34
Reklama

RÓWNY TYDZIEŃ: Maso krytyczna, nadejdź, czyli felieton na piątek

MASO KRYTYCZNA, NADEJDŹ!

Kiedy 14 lat temu zaczynałem pracę w radomskich mediach, zarabiałem 1200 zł. Ba, mogłem liczyć nawet na umowę o pracę – wprawdzie ze cztery razy odnawianą na pół roku, ale zawsze. Dziś moi młodsi, wchodzący w zawód koledzy mogą o tym tylko pomarzyć. Znam takich, którzy w radomskich portalach internetowych harują (a jest to robota w piątek, świątek i niedzielę) za 800 zł. Miesięcznie, nie tygodniowo. Umowa? Wolne żarty. Samozatrudnienie – jeszcze od biedy. Najlepiej, gdyby takiego młodego pracownika mediów opłacał PUP, WUP albo może Unia Europejska.

Nie piszę tego po to, żeby użalać się nad losem pracowników mediów. Po prostu daję ilustrację przerażającej zmiany, jaka zaszła w ostatnich latach w Polsce. Teoretycznie przecież kraj się rozwija. Jeśli się rozwija, ludzie zarabiają coraz więcej; powoli, ale jednak równamy pensje z tymi w Niemczech, Francji, Szwajcarii...

A tu masz ci los - coś ta rzeczywistość skrzeczy. Bo może kraj rozwija się z punktu widzenia urzędnika czy nauczyciela? Budżetówka siłą rzeczy ma podwyższane płace, więc jakiś progres może zauważać. Ale co z milionami, które na naszej zieloniutkiej, rozwijającej się wyspie mają pensje obniżane, którym jednocześnie obowiązków przybywa, bo trzeba robić za zwolnionego właśnie z pracy kolegę?

Stereotyp rodem z PRL głosi, że u „prywaciarza” zarabia się świetnie, a budżetówka bieduje. I w PRL podstawy do takiego myślenia były, i jeszcze w latach 90. chyba też. Bo nauczyciel ze swoją pensyjką mógł tylko zazdrościć komuś, kto porządnie zarabiał np. u „badylarza”. Dziś zazdrość płynie w drugą stronę. Role się odwróciły i świadczy to o głębokim zepsuciu państwa. Bo z całym szacunkiem dla pracowników budżetówki – oni nie wytwarzają majątku. Ten wytwarzają przedsiębiorcy. A jeśli ci są tępieni, to co musi stać się z państwem?

W 2007 roku Donald Tusk zarzekał się, że będzie zmniejszać podatki i wesprze przedsiębiorców, bo przecież oni są solą tej ziemi. I wielu przedsiębiorców – co słyszałem z ich ust – uwierzyło i zagłosowało. A pan Donald zaczął ich wspierać. Podwyższaniem płacy minimalnej, podwyższaniem składek ZUS, podwyższaniem podatku dochodowego, podatku VAT...

Wsparcie takie, jak widać po latach, okazało się niezwykle skuteczne.

Hasła, że cały czas żyjemy w socjalizmie, może i brzmią demagogicznie, no ale - co poradzić - są stwierdzeniem faktu. Sorry, taki mamy klimat. Zaznaczę tylko, że ten socjalizm utożsamiam z kontrolą gospodarki przez instytucje państwowe, samorządowe, korporacyjne, spółdzielcze. A mówiąc wprost – z okradaniem tych, którzy coś wytwarzają na rzecz rozrastającej się klasy urzędniczej.
Mogą tego socjalizmu ludzie zatrudnieni w budżetówce nie zauważać, ale zauważają go na pewno ci, którzy harują po 10-11 godzin dziennie i za swoją pensję nie są nawet w stanie opłacić wszystkich rachunków.

Opozycja podaje , że w ciągu ostatnich siedmiu lat kadra urzędnicza w Polsce rozrosła się o 100 tysięcy ludzi. Nawet jeśli dane te są prawdziwe tylko w połowie, mamy do czynienia ze zbrodnią.
Mnie fascynuje w tym wszystkim istnienie punktu granicznego, masy krytycznej. No, gdzieś to istnieć musi. Przecież niemożliwe, że nie.

Jak długo pracodawcy będą pozwalali na okradanie się przez państwo i jak długo pracownicy mogą znosić zmniejszanie im pensji przy dokładaniu obowiązków? Co jest zjawiskiem naturalnym, jeśli pracodawca biednieje. Biednieje, bo państwo każe mu utrzymywać rozrastającą się armię urzędników. Na przykład tych z ZUS, którzy tylko w tym roku otrzymali w ramach premii... 150 mln zł.

Masa krytyczna. Dziwię się, że ciągle nie została osiągnięta. Czekam już kilka lat.



Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama