W Iłży biją w barabany!

W Iłży biją w barabany!
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ


To wyjątkowy moment związany z obchodami Wielkiego Tygodnia na ziemi radomskiej, a prawdopodobnie i w całej Polsce. Jak głosi legenda, obrzęd wziął swój początek od wydarzeń, które miały miejsce podczas potopu szwedzkiego. Wojska nieprzyjaciela wchodzące wtedy do Iłży miały dawać sygnał do natarcia właśnie poprzez uderzanie w specjalny bęben - baraban. A do ataku Szwedów – według dawnych wierzeń - doszło właśnie w okresie Wielkanocy. Jak doszło do wykorzystania barabanu do ogłaszania zmartwychwstania Zbawiciela, nie wiadomo. Takie barabanienie pamiętają ludzie, którzy żyli na długo przed II wojną światową. Co ciekawe, nie było z nim problemu nawet podczas okupacji; z kotłem chodzili wtedy strażacy. Jedynie podczas stanu wojennego ówczesne władze nie pozwoliły na nocne hałasy i zgromadzenia.

Przez całą noc

Iłżecki baraban pochodzi z XVII wieku. Dokładna data powstania instrumentu nie jest znana; we wnętrzu bębna są cyfry, które prawdopodobnie wskazują rok - 1638 lub 1683. Baraban wykonany został z miedzianej blachy; jest obciągnięty wyprawioną skórą źrebięcą lub cielęcą. Jego średnica wynosi metr, a wysokość 70 centymetrów. Właścicielem bębna jest parafia Najświętszej Maryi Panny w Iłży.

Tradycyjnie bębnienie rozpoczyna się w Wielką Sobotę o północy przy kościele farnym, skąd grupa mężczyzn udaje się w obchód całego miasta. Grają po kilka minut przed wybranymi domami; przechodzą przez osiedle mieszkaniowe, a potem przecinają trasę Warszawa – Rzeszów. Często, zwłaszcza na początku, towarzyszy im sporo grupa mieszkańców Iłży. – Grający starają się obejść wszystkie ulice; podczas takiego obchodu robią kilka kilometrów - tłumaczy Beata Bujakowska z Muzeum Regionalnego w Iłży. - Niektóre rodziny wychodzą przed domy, aby powitać barabaniarzy i poczęstować ich posiłkiem; to podziękowanie za barabanienie. Około szóstej rano mężczyźni docierają do rynku, a przed samą rezurekcją grają przy wielkich drzwiach fary.

Dawniej barabanieniu towarzyszyły liczne psikusy, np. zdejmowano gospodarzom furtki czy bramy.

Z ojca na syna

Barabanienie to często tradycja rodzinna, męska - przekazywana z ojca na syna. - Mój dziadek barabanił na tym samym bębnie. Jestem dumny, że teraz ja to mogę robić – powiedział nam pan Jacek. - W Iłży nikt chyba nie wyobraża sobie świąt bez barabanienia. Ludzie czekają przed wejściem aż bęben „przyjdzie” pod ich dom i wtedy podążają razem z nim. Są tacy, którzy od 30,40 lat towarzyszą barabanowi co roku. Oczywiście nie grają od razu. Najpierw podpatrują, jak to robią starsi, przysłuchują się, by po paru latach dostąpić zaszczytu.

Sama gra na bębnie nie jest łatwa. Na barabanie jednocześnie gra aż ośmiu mężczyzn, a dwóch kolejnych trzyma go, żeby się nie przewrócił pod uderzeniami pałek. Dźwięk iłżeckiego barabanu jest specyficzny. Najpierw solista nadaje rytm cienkimi pałeczkami, a siedmiu pozostałych bębniarzy wybija mocniejszy akcent dużymi pałkami. Brzmi to mniej więcej tak: tam-tata-tam-tata-tam-tata-tam-tam-tam. Potem solista woła „uwaga!”, a wtedy jego koledzy zaczynają - bum-bum-bum - wystukiwać rytm. Solista musi mieć niezły refleks, by uciec z pałeczkami przed uderzeniami pozostałych barabaniarzy.

- Barabanienie dostarcza wiele radości mieszkańcom Iłży, ale i sąsiednim miejscowościom. Odgłos bębna słyszany jest bowiem także w okolicznych wsiach – mówi Beata Bujakowska. - Jedno jest pewne, tej nocy nikt nie może zasnąć.

Mężczyźni niosący baraban często strzelają, np. z petard - to na pamiątkę strzałów podczas szwedzkiego potopu.

Czas nasłuchiwania

- Pamiętam, kiedy byłam dzieckiem, do późnych godzin nocnych wystawałam z rodziną w oknie i czekałam na przejście bębniarzy – mówi pani Anna, iłżanka. - Czy jest za głośno tej nocy? Nie, to tradycja, tak powinno być. Nigdy nie słyszałam, żeby ktokolwiek z mieszkańców miał pretensję o te całonocne hałasy. W domach jest wtedy czas wyczekiwania, czas nasłuchiwania; nie ma tu żadnych negatywnych emocji.

- Dla gospodarza to wyraz wielkiego szacunku, kiedy barabaniarze jego pierwszego odwiedzają. Oczywiście, nie może się to odbyć bez poczęstunku i świątecznych życzeń – opowiada pan Andrzej. - Od dawna zwyczaj jest też gratką dla dziennikarzy i fotoreporterów. Mnie cieszy szczególnie, że z roku na rok na początku drogi z barabanem zbiera się coraz więcej młodych ludzi. Oni zaczynają doceniać tradycję, oryginalność tego, co tu się dzieje.

Mariusz Skopek, fot. Szymon Wykrota

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy