PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjEiIGRhdGEtcmV2aXZlLWlkPSI0NGIxNzY0MWJjOTg4OTU5NmEyZDdiN2ZkNTRiNWZlNSI+PC9pbnM+DQo8c2NyaXB0IGFzeW5jIHNyYz0iLy9yLmNvemFkemllbi5wbC9zZXJ2ZXIvd3d3L2RlbGl2ZXJ5L2FzeW5janMucGhwIj48L3NjcmlwdD4=
PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjEiIGRhdGEtcmV2aXZlLWlkPSI0NGIxNzY0MWJjOTg4OTU5NmEyZDdiN2ZkNTRiNWZlNSI+PC9pbnM+DQo8c2NyaXB0IGFzeW5jIHNyYz0iLy9yLmNvemFkemllbi5wbC9zZXJ2ZXIvd3d3L2RlbGl2ZXJ5L2FzeW5janMucGhwIj48L3NjcmlwdD4=

Jacek Skrok: Nie mam problemu z kobietami

Jacek Skrok: Nie mam problemu z kobietami
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Był pan zarówno siatkarzem, jak i trenerem. W której z ról czuł się pan lepiej?
 
– Można powiedzieć, że byłem w trzech rolach. Najpierw byłem zawodnikiem, potem zawodnikiem i trenerem w jednej osobie, a potem już tylko trenerem. Każda z tych ról jest nieco inna i ma swoje dobre i złe strony. Na pewno bycie zawodnikiem jest komfortowe, bo ma się wpływ na wiele sytuacji na boisku, za to rola trenera ogranicza się do komentowania i podpowiadania. No i nerwów, które czasami trzeba w sobie chować.
 
Przez co trener sypia krócej niż zawodnik.
 
– Oj, zdecydowanie. Jest więcej pracy, więcej obowiązków, bo trener musi być po trochu psychologiem, organizatorem i pedagogiem.
 
A która funkcja daje więcej radości? Ta, kiedy jako zawodnik wygrywa się ważny mecz, czy wtedy, kiedy jako trener zdobywa się medale?
 
– Trudno to porównywać. Mnie najtrudniej było łączyć funkcję zawodnika i trenera. Ale jednocześnie miałem wtedy największą radość z sukcesów. Do szatni wracałem roztrzęsiony, bo łączenie tych obowiązków to było spore wyzwanie, zwłaszcza że z czasem rosła presja zespołu i otoczenia. Teraz jako trener też mam sporo do robienia, ale i satysfakcja bywa ogromna. Choć nie brakuje zawodów. Ja uwielbiałem pracować z młodzieżą; kiedy prowadziłem juniorską reprezentację Polski albo pracowałem w Młodej Lidze w Czarnych, zawsze czułem dużą radość z tej pracy. Młodzież jest materiałem bardzo plastycznym i gołym okiem widać, jak się zmienia i robi postępy. Natomiast prowadzenie seniorów czy seniorek to ciężka praca. Ale nie ma tak ogromnej satysfakcji, bo i rozwój zawodników ciężej zauważyć.
 
Wspomniał pan o prowadzeniu reprezentacji Polski, z którą wywalczył pan mistrzostwo Europy. W tym składzie były zawodniczki, które potem sięgały po laury seniorskiej siatkówki, m.in. Katarzyna Skowrońska.
 
– Mieliśmy mocny skład, który potem ściągnąłem do Poznania. W tej drużynie znalazła się mistrzyni Europy – Gosia Niemczyk i wchodząca do poważnego grania Kasia Skowrońska. Przy ich pomocy awansowaliśmy do Ekstraklasy i w kolejnym roku zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Wtedy w naszej drużynie wiodącą postacią była Kasia Skowrońska, ale były też inne zawodniczki. Kilka się tych dziewczyn przewinęło, np. Izabela Żebrowska, Agata Sawicka czy Alicja Szajek i całe mnóstwo innych dziewczyn, który nie chciałbym pominąć. Ale to były czasy, kiedy z SMS-ów wychodziły zawodniczki gotowe na grę w Ekstraklasie. Dzisiaj jest troszeczkę inaczej.
 
Ale dla trenera to chyba duża radość – patrzeć na niegdysiejsze podopieczne juniorki, które teraz sięgają po największe laury w światowej czy europejskiej siatkówce. Jak było chociażby w przypadku Katarzyny Skowrońskiej.
 
– Z Kasią do dziś pozostajemy w dobrych stosunkach. Choć w sumie nie zdarzyło mi się, żebym z jakąkolwiek swoją podopieczną definitywnie zerwał kontakt. Zdarzało mi się, że czasem z zawodniczkami miałem ostre scysje czy anse, ale potem – po roku czy dwóch – okazywało się, że miałem rację i dziewczyny wracały i przepraszały. Myślę, że dzięki temu do dziś mam sporo kontaktów i utrzymuję dobre relacje z zawodniczkami. A jeżeli chodzi o Kasię Skowrońską, to z nią pracowałem krótko i ona była wtedy jeszcze na etapie rozwoju. Potem nad jej karierą pracowało jeszcze wielu szkoleniowców, którzy również dołożyli swoją cegiełkę do tego, co ona osiągnęła w sportowym życiu.
 
 
Powróćmy do pana zawodniczej kariery. Jako siatkarz zdobył pan dwa złote medale mistrzostw Polski z Legią Warszawa, a potem dwa brązowe krążki z Czarnymi Radom. Jak z perspektywy czasu ocenia pan swoją karierę? Czy można było zrobić coś więcej? Jest pan zadowolony z tego, co osiągnął?
 
– Za moich czasów liga była bardzo mocna. Było w niej mnóstwo klasowych zawodników. A ja grając w Legii czy potem w Czarnych wielokrotnie łapałem się do szóstki kolejki, a na koniec sezonu byłem zawodnikiem siódmym czy ósmym i zawsze w dwunastce ligowej się znajdowałem. Nigdy jakoś mocno się nad moją karierą nie zastanawiałem, ale jako zawodnik byłem spełniony. Byłem w kadrze na Uniwersjadę; koło reprezentacji też się kręciłem, ale nigdy do niej nie trafiłem. To chyba przez to, że za późno zacząłem grać w siatkówkę. Wiek juniora właściwie mnie ominął, ale dzięki temu dłużej występowałem. W swoich ostatnich latach byłem najstarszym zawodnikiem w lidze, bo miałem prawie 40 lat; rzadko się zdarza, żeby ktoś tak długo występował. Na swoją karierę narzekać nie mogę zwłaszcza, że zostało mi wiele wspomnień. Byłem chociażby podopiecznym Huberta Wagnera i to poza studiami była dla mnie dodatkowa lekcja trenerki. Jak dołożymy do tego medale w Legii i Czarnych, to chyba można powiedzieć, że moja kariera nie była zła.
 
Ale trochę tej reprezentacji panu brakuje?
 
– Nie chcę się nad tym zastanawiać i stwarzać sobie problemów. Minęło. Było dobrze. Moja kariera to ogromna przygoda i to mi wystarczy.
 
Potem został pan trenerem i jest nim od wielu lat. Początkowo pracował pan z mężczyznami, a teraz głównie z kobietami. Patrząc na pana CV możemy uznać, że woli pan prowadzić żeńskie zespoły. Czy to prawda?
 
– Ja poszedłem tą łatwiejszą drogą, czyli od mężczyzn do kobiet. Takie rzeczy się zdarzają, ale odwrotnie rzadko. Bo prowadzenie zespołów żeńskich i męskich to zupełnie inna sprawa. Kobiety potrafią być wrażliwe i trener musi mieć to na uwadze. Bo czasem człowiek coś zrobi, a zawodniczka zaraz to zauważy i komentuje. Ale nigdy nie miałem problemu, żeby pracować z kobietami. I teraz mogę powiedzieć, że mi się z nimi pracuje zdecydowanie lepiej. A to, że trafiłem do żeńskiej siatkówki, zawdzięczam Radomce. Bo po tym, jak w 1996 roku w Czarnych nie znalazło się dla mnie żadne miejsce, ówczesny prezes Radomki, pan Waldemar Gołąb wziął mnie do swojego klubu. Wtedy ten zespół się rozsypywał, ale było tu kilka fajnych dziewczyn. Pojechałem zobaczyć jeden trening i szybko się zdecydowałem. I to była jedna z prac, które dawały mi największą satysfakcję. W tym zespole było wtedy wiele młodych dziewczyn i doświadczona Halina Zielińska i Kasia Górka. I te starsze zawodniczki dawały wzór tym młodszym. Zrobiliśmy wtedy awans do II ligi, wygrywając m.in. ze Skrą Warszawa. Wtedy zostałem zauważony i to właśnie w warszawskim zespole dostałem pierwszą pracę w żeńskiej Ekstraklasie i rozpocząłem poważną przygodę z kobiecą siatkówką. 
 
Często słyszy się, że pracując z kobietami trenerzy narażeni są na ataki złości zawodniczek i ich fochy. Czy panu zdarzyło się, że siatkarka obraziła się na pana z błahego powodu?
 
– Takie sytuacje są nie do uniknięcia. Mogę podać prosty przykład. Jest czas, mam coś do przekazania zawodniczkom i zdarza się, że biorę jedną na bok i coś jej tłumaczę. A potem słyszę od innych siatkarek, że z tamtą to trener rozmawiał, a mnie przez cały mecz nic nie podpowiedział. To jest wręcz nagminne. Inny przypadek to przekleństwa. Wiadomo, że nie powinno się używać mocnych słów przy kobietach. Choć same zawodniczki znają ich całkiem sporo i nie stronią od nich. Ale jak coś takiego rzuci trener, to od razu są fochy. Zwracanie uwagi kobietom wymaga sporych umiejętności i nie jest to rzecz łatwa. Ale na tym polega moja praca.
 
Ponoć zawodniczki dobrze umalowane i uczesane grają lepiej od tych siatkarek, które nie zwracają na swój wygląd większej uwagi. Taki pogląd wygłosił kiedyś Andrzej Niemczyk. Czy pan zwraca na to uwagę swoim zawodniczkom i każe się im malować, czy przeciwnie – zabrania tego?
 
– Czy zawodniczka umalowana gra lepiej? To kwestia indywidualna. Oczywiście, kobieta musi się dobrze czuć. Mecz to widowisko, to teatr, a one są w rolach głównych. Dlatego to bardzo ważne, żeby wyglądały dobrze, bo kibice również po to przychodzą na mecze. Na dodatek zdjęcia po chwili trafiają do Internetu. A kiedyś miałem taki przypadek; to były początki telewizyjnych transmisji spotkań siatkarskich... Już nie pamiętam, czy prowadziłem Skrę czy Bielsko, ale pojechaliśmy na mecz wyjazdowy, bodajże do Piły. To był nasz pierwszy mecz telewizyjny. Pamiętam, że jak zobaczyłem moje dziewczyny wchodzące na salę, to ich nie poznałem. Jak dojechaliśmy do hotelu, było O.K., ale potem okazało się, że wolny czas spędziły w salonach piękności i wyszły na salę wymalowane i wyczesane. A ten mecz przegraliśmy z kretesem, bo byliśmy skupieni nie na tym co trzeba. Ale malowania kobietom nie da się zabronić, bo one muszą na to poświęcać uwagę – nieważne, czy tego chcemy, czy nie.
 
A teraz zmieńmy temat i porozmawiajmy o pana ostatnim klubie Developresie Rzeszów, z którego został pan zwolniony w dosyć nieciekawych okolicznościach.
 
– Mogę powiedzieć, że rozstanie było zaskakujące. Zespół był wtedy na prostej drodze do dużych sukcesów. Osobiście czuje się zawiedziony i oszukany, bo podczas pracy tam nie miałem większych problemów. W zespole była dobra atmosfera, przed moim zwolnieniem został nam jeden mecz, który powinniśmy wygrać i wywalczyć awans do finału Pucharu Polski. A przed startem sezonu nikt od nas takich wyników nie oczekiwał. Nikt nie zakładał, że będziemy się bić o medale, a ja w kontrakcie miałem zapisaną premię nawet za siódme miejsce. A to co się wydarzyło, było moim obowiązkiem. Musiałem to zrobić i oddać synowi nerkę. W klubie wszyscy o tym wiedzieli, a że terminy były przekładana? No, cóż – tak to bywa, bo podczas operacji trzeba być w 100 procentach zdrowym i najmniejszy katar powoduje przesunięcie zabiegu. Ale za każdym razem klub był o tym informowany i wiedział, że w ciągu dwóch tygodni wracam do pracy. Jednak włodarze Developresu podjęli inną decyzję i zrezygnowali z moich usług. Zarówno dla mnie, jak i dla sztabu oraz siatkarek było to olbrzymie zaskoczenie. Ale cóż – takie jest życie trenera.
 
Po „przygodzie” w Rzeszowie wrócił pan do Radomia i objął stery w E. Leclerc Radomka Radom, która w nadchodzącym sezonie będzie występować w I lidze. Na co stać pańską drużynę?
 
– Jesteśmy po generalnym sprawdzianie naszej formy, jakim był turniej Pucharu Polski dla zespołów I i II-ligowych. W tym turnieju zajęliśmy pierwsze miejsce. W tych zawodach po raz kolejny pokonaliśmy Jokera Świecie, czyli mocną drużyną, z którą zmierzymy się w pierwszym meczu sezonu. Łącznie takich turniejów było cztery i do dalszej fazy przeszły cztery zespoły; poza nami to: Wisła Warszawa, Solna Wieliczka i MKS Kalisz. Jeżeli po rundzie zasadniczej tak będzie wyglądać czołowa czwórka, to nie będę miał nic przeciwko.
 
Czyli celuje pan w czołową czwórkę. A czy zarząd postawił wam jakiś cel minimum?
 
– Nie. Nie mamy konkretnej lokaty, jaką mamy zająć. Radomka to dopiero budowany zespół, w którym jest 12 nowych zawodniczek i dwie juniorki z poprzedniego sezonu. Trudno określić możliwości tego zespołu. Na teraz możemy powiedzieć, że jeżeli dopisze nam zdrowie i będziemy walczyć na miarę swoich możliwości, czyli tak jak w ostatnim turnieju czy w meczu towarzyskim z Wisłą Warszawa, którą pokonaliśmy na ich terenie, to możemy stwierdzić, że w tej drużynie jest potencjał na dobre wyniki.
 
Miał pan problem ze zbudowaniem tego składu? Bo wiele siatkarek nie ukrywa, że przyszło do Radomia dla trenera Jacka Skroka.
 
– To ciekawe. Po fakcie mogą tak powiedzieć, ale to zawsze miłe. Ale muszę przyznać, że pierwsze rozmowy były ciężkie, bo nie wiedzieliśmy czy zagramy w I czy w II lidze. Początkowo rozmawiałem z zawodniczkami z I ligi i zależało mi na dziewczynach z Radomia. Udało mi się ściągnąć dwie, czyli Aleksandry Bator i Przepiórkę. To właśnie Ola Przepiórka jako pierwsza podpisała umowę, a potem było trochę łatwiej. Choć momentem przełomowym było nakłonienie Majki Szczepańskiej. Jak ona się zgodziła, to poszło już z górki i miałem ułatwione rozmowy z innymi dziewczynami. A w momencie, kiedy dostaliśmy zgodę na granie w I lidze, już nie było żadnych problemów. Cieszę się, że udało mi się skompletować całkiem fajną grupę dziewczyn.
 
Czy ten klub stać na awans? Czy jest jeszcze za wcześnie, żeby myśleć o biciu się o miejsce w Ekstraklasie?
 
– Plan walki o awans jest, ale jeszcze nie w tym sezonie. Przymierzamy się do tego, ale raczej za dwa, trzy lata. Musimy okrzepnąć organizacyjnie, poczekać na nową halę. Bo prawda jest taka, że w tym sezonie będziemy niemal wszystkie nasze mecze rozgrywać na wyjeździe. Bo w Radomiu będziemy grać na MOSiR-ze, na którym nie możemy trenować. Oczywiście będę starał się wejść na halę raz czy dwa przed meczem, ale nie jest to dla nas sytuacja komfortowa. A w momencie awansu do Ekstraklasy pogodzenie terminarzy trzech zespołów w najwyższej klasie rozgrywkowej graniczyłoby z cudem. Myślę, że w sytuacji, kiedy będzie nowa hala, można by to ułożyć tak, że my swoje mecze w Ekstraklasie będziemy grać zarówno na dużej, jak i na MOSiR-ze. Ale zanim tak się stanie, musimy się przygotować organizacyjne. Dziś może aż tak dużo nam nie brakuje i jestem zaskoczony, że tak szybko to idzie. Teraz mamy doskonałą obsługę medialną dzięki państwa pracy, mamy fotografa, mamy naklejki na meczach, mamy banery, mamy Facebooka, mamy stronę i spotkania marketingowe. Dziewczyny są wykorzystywane do promocji i to jest super, ale teraz musimy do tego dopasować poziom sportowy. Jedno z drugim musi iść w parze, a dobrze by było, gdyby poziom sportowy wyprzedzał wszystkie inne dokonania. Myślę, że mamy przed sobą wyzwanie i ten rok będzie dla nas wszystkich – i dla mnie jako trenera, i dla zawodniczek, i dla działaczy sprawdzianem i swoistym przygotowaniem do tego, co nas czeka w przyszłości.

Krzysztof Domagała fot. archiwum CoZaDzien.pl

loading...
Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ
Chcemy, żeby portal CoZaDzien.pl był miejscem wymiany opinii dla wszystkich mieszkańców Radomia i ziemi radomskiej.
Chcemy, żeby nasze publikacje były powodem do rozpoczynania dyskusji prowadzonej przez naszych Czytelników; dyskusji merytorycznej, rzeczowej i kulturalnej. Jako redakcja jesteśmy zdecydowanym przeciwnikiem hejtu w Internecie i wspieramy działania akcji „Stop hejt”. Dlatego prosimy o dostosowanie pisanych przez Państwa komentarzy do norm akceptowanych przez większość społeczeństwa. Chcemy, żeby dyskusja prowadzona w komentarzach nie atakowała nikogo i nie urażała uczuć osób wspominanych w tych wpisach.
Anonim
lub
PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjMiIGRhdGEtcmV2aXZlLWlkPSI0NGIxNzY0MWJjOTg4OTU5NmEyZDdiN2ZkNTRiNWZlNSI+PC9pbnM+DQo8c2NyaXB0IGFzeW5jIHNyYz0iLy9yLmNvemFkemllbi5wbC9zZXJ2ZXIvd3d3L2RlbGl2ZXJ5L2FzeW5janMucGhwIj48L3NjcmlwdD4=
PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjMiIGRhdGEtcmV2aXZlLWlkPSI0NGIxNzY0MWJjOTg4OTU5NmEyZDdiN2ZkNTRiNWZlNSI+PC9pbnM+DQo8c2NyaXB0IGFzeW5jIHNyYz0iLy9yLmNvemFkemllbi5wbC9zZXJ2ZXIvd3d3L2RlbGl2ZXJ5L2FzeW5janMucGhwIj48L3NjcmlwdD4=

#WieszPierwszy

PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjE1IiBkYXRhLXJldml2ZS1pZD0iNDRiMTc2NDFiYzk4ODk1OTZhMmQ3YjdmZDU0YjVmZTUiPjwvaW5zPg0KPHNjcmlwdCBhc3luYyBzcmM9Ii8vci5jb3phZHppZW4ucGwvc2VydmVyL3d3dy9kZWxpdmVyeS9hc3luY2pzLnBocCI+PC9zY3JpcHQ+
PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjE1IiBkYXRhLXJldml2ZS1pZD0iNDRiMTc2NDFiYzk4ODk1OTZhMmQ3YjdmZDU0YjVmZTUiPjwvaW5zPg0KPHNjcmlwdCBhc3luYyBzcmM9Ii8vci5jb3phZHppZW4ucGwvc2VydmVyL3d3dy9kZWxpdmVyeS9hc3luY2pzLnBocCI+PC9zY3JpcHQ+
PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjE5IiBkYXRhLXJldml2ZS1pZD0iNDRiMTc2NDFiYzk4ODk1OTZhMmQ3YjdmZDU0YjVmZTUiPjwvaW5zPg0KPHNjcmlwdCBhc3luYyBzcmM9Ii8vci5jb3phZHppZW4ucGwvc2VydmVyL3d3dy9kZWxpdmVyeS9hc3luY2pzLnBocCI+PC9zY3JpcHQ+
PGlucyBkYXRhLXJldml2ZS16b25laWQ9IjE5IiBkYXRhLXJldml2ZS1pZD0iNDRiMTc2NDFiYzk4ODk1OTZhMmQ3YjdmZDU0YjVmZTUiPjwvaW5zPg0KPHNjcmlwdCBhc3luYyBzcmM9Ii8vci5jb3phZHppZW4ucGwvc2VydmVyL3d3dy9kZWxpdmVyeS9hc3luY2pzLnBocCI+PC9zY3JpcHQ+

Polecamy