Recenzja filmu "Sierpień w hrabstwie Osage"

Recenzja filmu
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Skuszony wieścią o nominacjach do Oskarów oraz przyjemnym zwiastunem, postanowiłem wybrać się do kina na "Sierpień w hrabstwie Osage". Spodziewałem się pozytywnej historii o rodzinie i przesłania, że łączące ją więzy są zawsze najmocniejsze i pozwalają przetrwać niejeden kryzys. Nagrodzony Pulitzerem literacki materiał wyjściowy i znakomita obsada posłużyły za wystarczającą rekomendację. Lecz czy sielanka faktycznie zagościła na kinowym ekranie?

Przyznaję, że choć "Sierpień w hrabstwie Osage" obejrzałem przed paroma dniami, nadal nie potrafię sobie wyrobić jednoznacznej opinii o nim. To bardzo specyficzny obraz obyczajowy, z elementami czarnej komedii i nieco ciężkawym zakończeniem. Historia zaczyna się w momencie, gdy Beverly Weston (Sam Shepard) zatrudnia pomoc domową do opieki nad swoją schorowaną żoną Violet (Meryl Streep). Tymczasem do położonego na wsi domu przybywają trzy dorosłe córki ww. małżeństwa,  które lata wcześniej wyprowadziły się, dystansując nie tylko od siebie, ale i wspólnej przeszłości.



Pierwsza do domu przybywa Ivy (Julianne Nicholson). Jest najtroskliwszą z sióstr, zamieszkującą najbliżej i w miarę możliwości utrzymującą kontakt z rodzicami.Teja jednak matka najbardziej nie kocha. Barbara (Julia Roberts), przybywa jako druga razem z mężem (Evan McGregor), z którym żyje w separacji i nastoletnią córką (Abigail Breslin). Jest bardzo kłótliwa i ciężka w obyciu - zupełnie jak jej matka. Trzecia siostra, Karen (Juliette Lewis), przywozi ze sobą swojego nowego narzeczonego Steve'a (Dermot Mulroney). Jest bardzo rozrywkową osobą, zamieszkującą na Florydzie, i stara się odnowić dawne relacje zarówno z siostrami, jak i matką. Jest też ciotka Mattie (Margo Martindale), równie uparta jak jej siostra Violet, pomiatająca swoim synem Charliem (Benedict Cumberbatch), w obronie którego staje tylko ojciec (Chris Cooper). Czy taka mieszanka charakterów i nastrojów będzie w stanie wytrzymać parę godzin we wspólnym gronie?

Opowieść bardzo szybko przeradza się we wspólne rozgrzebywanie ran i powolną akceptację, że planów i marzeń nigdy nie uda się zrealizować przy konfrontacji z otaczającą ich rzeczywistością.

Powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, jest najlepiej widoczne w mojej ulubionej scenie wspólnej kolacji. Na tyle długiej, że bohaterowie mają czas, aby usiąść i pogadać, po prostu pogadać, co jest doskonałym instrumentem dla budowania wiarygodnych i żywych postaci. Trochę żartują, trochę mówią o rzeczach poważnych, śmieją się, kłócą, próbują wyciągać od siebie jakieś skrywane sekrety. Kończy się to katastrofą. Od tego momentu wszyscy bohaterowie zaczynają powoli rozliczać się z przeszłością, co trwa już do samego końca filmu.

Na koniec rodzinnego zjazdu Violet wyraża swoje niezadowolenie i zawód wobec młodszego pokolenia. Razem z mężem wychowywali się w zupełnie innych czasach, nie mając nic, starali się jednak razem coś osiągnąć swoim uporem i ciężką pracą. Violet ma żal do córek, że choć mają wszystko, nie zrobiły z tym nic, co uczyniłoby ich życie udanymi. To krytyczny moment filmu, kiedy wszyscy zdają sobie sprawę ze swoich porażek i wszystko zaczyna się rozpadać. Czas wracać do domu, do swojego życia. Najdłużej w rodzinnym domu wytrzymuje Barbara, prawdopodobnie przez to, że najbardziej przypomina matkę i w ostatecznym rozrachunku traci niemalże tak dużo jak ona. "Sierpień w hrabstwie Osage" ma ostatecznie gorzki smak i nie daje nam nadziei, że będzie lepiej.

Gra aktorska w filmie jest naprawdę bardzo dobra. Role męskie zostały tu jednak potraktowane drugoplanowo, pozwalając aktorkom na rozwinięcie skrzydeł. A najlepiej wypadają oczywiście, jak trąbią wszyscy dookoła, Meryl Streep i Julia Roberts, ze szczególnym naciskiem na tą pierwszą. Violet to niesamowita postać. Choroba pchnęła ją w ramiona nałogu, jest lekomanką, uzależnioną od wszelkiego rodzaju środków przeciwbólowych, antydepresantów itd., itp. Ciągłe wahania nastrojów, wybuchy furii, lęku, śmiechu lub rozpaczy to u niej chleb powszedni. I właśnie to jest widoczne na ekranie, bardzo przekonujące i pełne prawdziwych emocji. Wiem, że niektórzy uważają, że Streep przesadziła, czasem starając się aż zanadto, tworząc postać przerysowaną i drażniącą. Ale ja jestem w stanie wyobrazić sobie jak ciężko zapanować nad osobą chorą i że kontakt z kimś tak upartym i niestabilnym naprawdę bardzo działałby mi na nerwy. Jestem więc w pełni urzeczony jej rolą, kto wie, być może oskarową.

Czy warto więc wybrać się do kina na tą tragikomedię? Myślę, że tak, gdyż film pokazuje nam uniwersalne problemy, z którymi zmagamy się na co dzień i z których często nie jesteśmy w stanie wybrnąć. Ale też nie warto szukać tutaj rozgrzeszenia i recepty na życie.

Tomasz Woźniak

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy