Szymon Wydra: Mam na czole napisane „Radom”

Szymon Wydra:  Mam na czole napisane „Radom”
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Rozmawia Maciej Dobrowolski

(część pierwsza)

Szymon, jesteś gwiazdą jubileuszowego pięćsetnego wydania tygodnika „7 Dni”. Tygodnik jest na rynku 10 lat, a ty jesteś na rynku muzycznym dużo dłużej. I dlatego możesz sobie pozwolić na to, by być tą „jubileuszową gwiazdą”. Czy czujesz się już troszeczkę pomnikowo?

Nie. W ogóle czuję się bardzo źle, jak ktoś mówi o mnie w ten sposób. Rozumiem, że taka terminologia istnieje, ale myślę, że ten, kto o sobie myśli, że jest gwiazdą jest po prostu... chm... idiotą.

Nie krygujesz się troszkę?

Nie. Naszą popularność budujemy przede wszystkim na muzyce i na treściach które przekazujemy, a nie na lansowaniu. Szymon Wydra to jest normalny facet, normalny człowiek, jak każdy. Gwiazdy są na niebie i tam niech zostaną.

A czy to nie jest tak, że teraz trochę odstajesz od tego, co dzieje się wokół? Bo wszyscy, którzy chcą być gwiazdami, bardzo dużo mówią o sobie, że są gwiazdami. Taka jest moda i taka potrzeba. Jeżeli ty nie pójdziesz tym nurtem, to może być tak, że ta rzeka cię wyrzuci na piaszczysty brzeg.

Niech wyrzuci, trudno się mówi.

Szymon Wydra i Carpe Diem


Nie boisz się tego?

Oczywiście, że się boję, ale życie to jest taka sinusoida. Raz się jest na górze, raz na dole. Potem z powrotem jest szansa, żeby wrócić. I to nie tylko jest w kwestii muzyki, ale po prostu, w życiu każdego z nas. Nie możemy też na siłę podobać się ludziom, bo wtedy ta druga osoba zrozumie, że jesteś nienaturalny, że udajesz Bóg wie kogo. Jeśli jesteś sobą, to masz szansę, aby zakorzenić się w ludzkich sercach na dłużej.

No ale wtedy możesz nie zrobić wielkiej, oszałamiającej kariery. Także finansowej.

I w tym momencie dotknąłeś kolejnego słowa, którego znowu nienawidzę. Bo oprócz słowa „gwiazda”, którego nienawidzę, jest jeszcze słowo „kariera”, którego też nienawidzę. Szymon Wydra nie jest żadnym karierowiczem. Słowo kariera zastępuję takim stwierdzeniem, że jest to po prostu droga muzyczna. Słowa „show biznes” nienawidzę, bo w Polsce to ani „show”, ani „biznes”. Już się przekonałem, że jesteśmy za grubym murem, jeśli chodzi o tę dziedzinę. Więc nie boję się o moją drogę muzyczną i nie boję się, że nie będą mnie nazywali gwiazdą, bo tego sobie nie życzę.

A nie obawiasz się tego, że mieszkając w Radomiu i mając sto kilometrów do Pałacu Kultury to będziesz co najwyżej na tej trasie E7, a nie na trasie szybkiego ruchu - A12?

Będziemy wszędzie tam, gdzie jesteśmy ludziom potrzebni. W imieniu całego Carpe Diem wypowiadam się. Po prostu, jesteśmy tam, gdzie ludzie potrzebują uśmiechu.

To w takim razie pogadajmy trochę o rzemiośle - ile lat szarpiesz palcami druty gitary?

Od ósmego roku życia, czyli od 31 lat.

Nie leci ten czas za szybko?

Bardzo szybko. Najgorsze jest to, że ja wszystko pamiętam, albo bardzo dużo. Dziewięćdziesiąt procent rzeczy pamiętam. A była ich masa. Masa koncertów. Masa wyrzeczeń, ćwiczeń. Bo przede wszystkim jestem gitarzystą. Poszedłem do szkoły muzycznej na gitarę klasyczną, bo moim marzeniem dziecięcym było grać w grupie Lady Pank. Teraz już nie marzę, żeby grać w tym zespole, ale za to znam się z chłopakami.

A marzyłeś kiedyś, że podejdziecie i przybijesz sobie kiedyś z nimi „piątkę” jak dobry kumpel?

Ale oni o tym wiedzą jakie były moje marzenia, bo kiedyś im wyjawiłem, dlaczego w ogóle zostałem muzykiem. Kiedyś, jak zobaczyłem ich pierwszy teledysk, to postanowiłem być ich gitarzystą. No i poszedłem do szkoły muzycznej, a dokładnie do ogniska muzycznego. Pozdrawiam tutaj swojego nauczyciela Zbyszka Banaszka. Fantastyczny facet, fantastyczny muzyk, który uczył mnie przez sześć lat grać na gitarze. Jestem dyplomowanym gitarzystą klasycznym. Więc jak dzisiaj chwytam za wiosło i robimy tzw. set akustyczny podczas koncertu, to wszystkim otwierają się oczy. Jak to Wydra na gitarze gra? Nigdy w życiu nie byłem nawet na jednej lekcji śpiewu. Nigdy! Życie bywa przewrotne. W moim poprzednim zespole „Nadzieja” nie miał kto śpiewać. Zawsze takie optymistyczne nazwy dajemy naszym zespołom. Teraz Carpe Diem, czyli chwytaj dzień. I postanowiłem coś tam w ten mikrofon warknąć. Ludzie się za bardzo nie skrzywili, no i tak zostało do dzisiaj.

Trzydziestodziewięciolatek, to facet, który ma za sobą już dużą część życia, a przed sobą mniej czy więcej sukcesów?

Mam nadzieję, że te najważniejsze rzeczy jeszcze są przed nami. Chociaż nie ukrywam, że mamy się czym pochwalić. Przede wszystkim naszym największym sukcesem są ludzie, którzy stoją przed sceną. Którzy nas wspierają. I za to im bardzo, bardzo dziękuje. Nie boję się tego powiedzieć, że nasi fani mogą czuć się pełnoprawnymi członkami Carpe Diem. Wszyscy tworzymy jeden wielki zespół.

Mówisz o ludziach. A są tacy ważni i ważniejsi w twoim życiu?

To jest trudne pytanie, bo nie sposób nie dać osobnego miejsca swojej najbliższej rodzinie, którą kocham. Myślę o swojej żonie Joannie, o swojej córce Simonce, o swoich rodzicach. To są dla mnie bardzo ważni ludzie, bo bez ich wsparcia, ciężko by było w tym wszystkim funkcjonować. Bo profesja, którą się zajmuję jest niezwykle... hmmm.. obłudna? Potrafi przynieść dużo bólu.



Ale chyba twój tata wiedział kiedyś o tym? To jest taka rzecz, o której nie wstydzisz się mówić. Nie zawsze było łatwo z ojcem - był przeciwny twojemu graniu. A jak już miałeś grać, takie słuchy mnie doszły, że powiedział: graj synu na weselach, żebyś zarabiał pieniądze.

Dokładnie tak było. Ale wiesz, mój tata nie jest muzykiem, nie jest artystą. Na pewno miał dobre intencje. Znam chleb powszedni muzyka weselnego. To jest ciężka sprawa, to jest harówa. Nikomu tego nie polecam i nie zazdroszczę. Ale jeśli się nie ma szczęścia na tyle, żeby występować na wielkich scenach, żeby spełniać swoje marzenia, to trzeba się bronić. Już nie powiem realizować, ale bronić.

No tak, ale tata nie wierzył w ciebie w połowie lat 90. bo wtedy mniej więcej tak powiedział.

Myślę, że ja byłem takim…, może nie lekkoduchem ale „niebieskim ptakiem”, marzycielem. On chciał sprowadzić mnie na ziemię, żebym przypadkiem nie obudził się z ręką w nocniku, tak jak wielu moich kumpli - bardzo dobrych muzyków. No, ale cóż, postawiłem na swoim. Nie posłuchałem ojca i dzisiaj mam ten zaszczyt być tutaj i rozmawiać z tobą.

A przecież nie było łatwo, bo z tego, co wiem, nie powinieneś w ogóle lubić miodu. W tym trudnym momencie życia zdecydowałeś się jednak odejść i postawić wszystko na jedną kartę. Zamieszkałeś tam, gdzie kiedyś… mieszkały pszczoły.

Dokładnie tak było. Odszedłem z domu w wieku 19 lat. Byłem bardzo młodym człowiekiem, pełnym marzeń i własnych wizji na życie. No i z braku pieniędzy znalazłem taką pakamerę na Młodzianowie, w której kiedyś po prostu trzymano pszczoły. Stojąc dotykałem głową sufitu. Pomieszczenie było strasznie niskie, wąskie. Taki właz, w którym była mała szafka, zlew i jakaś tam prycza. No, ale to było dla mnie nieistotne. Ważne było to, co miałem w głowie i sercu. I to, do czego dążyłem.

Z czego wtedy żyłeś?

Myłem gąbką szyby samochodów na stacji benzynowej i trwało to parę ładnych lat. Ponad cztery.

Nie sięgałeś po pieniądze taty? Nie przełamałeś się i powiedziałeś: tato jest mi cholernie ciężko. Pomóż?

Nigdy w życiu. Tata w końcu zrozumiał, że ma syna, który ma mocną osobowość i zaczął doceniać to. Wiedział, że sobie poradzę, że się tak łatwo nie poddam. Zaczął do mnie przychodzić i staliśmy się najlepszymi kumplami. I tak jest do dzisiaj.

To były trudne ekonomicznie dla Radomian lata 90. Zadecydowałeś się jednak, tak jak większość młodych mieszkańców naszego miasta, spróbować swoich sił w Warszawie. Nie jest bardzo daleko, ale na tyle daleko, że można było się trochę odciąć od naszej biedy.

Tak, było bardzo ciężko. W Radomiu była tragedia. Cztery lata na stacji benzynowej, robota na czarno. Nikt nie chciał mnie przyjąć na jakąś umowę. Do tego żeby wreszcie coś zrobić, spróbować swojego szczęścia gdzieś indziej zmusiła mnie ta robota. No to pojechałem do Warszawy, tam też łatwo nie było, wręcz bardzo ciężko. Byłem ochroniarzem. Pracowałem, pamiętam jak dzisiaj, za 2,70 zł brutto na godzinę i to było po 13 godzin dziennie, każdego dnia. To była masakra.

Nie czułeś się upodlony?

Czułem się. Tym bardziej, że skończyło się to dla mnie niezbyt ciekawie. Któregoś dnia, w Wigilię, kiedy byłem na służbie, był napad na sklep, który właśnie ochranialiśmy, a wtedy miałem długie włosy. Chwycił mnie jakiś bandzior od tyłu za te moje kłaki i zostałem porażony pod pachą paralizatorem. Straciłem przytomność i obudziłem się w Radomiu. Po dwóch tygodniach dopiero mogłem się ruszać, ponieważ byłem sparaliżowany.

Bałeś się, że tak już zostanie?

Jak się obudziłem to lekarz stał przede mną i powiedział mi wtedy, że ma dwie informacje: dobrą i złą. Dobra to taka, że uraz nerwowy, który mi zaserwowano paralizatorem, zawsze mija. Ta zła była taka, że nie są w stanie stwierdzić jak długo ten stan będzie się utrzymywał. Na szczęście paraliż ustąpił po dwóch tygodniach. Teraz mam świadomość tego, jak czują się ludzie, którzy są unieruchomieni fizycznie i jakie ciężkie życie prowadzą.

Aż serce się kraje.

Warszawa też mi się kojarzy z jeszcze jedną nieciekawą historią. Kiedy już pracowałem w Radiu Rekord, jeździłem na studia do Stolicy. Studiowałem w Wyższej Szkole tzw. „show biznesu”. Jeszcze raz mówię - nie lubię tego słowa, ale tak się nazywała. Moim sukcesem było to, że przyjęli tylko 20 osób na rok, ja byłem wśród nich. Tutaj w Rekordzie miałem, nocne zmiany, które kończyłem w okolicach godziny szóstej i o ósmej powinienem być już na wykładach. Więc jechałem tą słynną „bonanzą” (pociągiem-przyp. red.) do Warszawy. I kiedyś jakaś zorganizowana grupa przestępców weszła do pociągu. Wszystkim pasażerom wyrzucali rzeczy przez okno nie pozwalając wyjść z pociągu aż do Warszawy Wschodniej. Ci, którzy byli odważniejsi zostali bardzo mocno pokiereszowani.

I wtedy…?

I wtedy powiedziałem sobie, że jednak będę w Radomiu! Kocham to miasto. Tu mi się za wiele złego nie stało, a przede wszystkim spotkały dobre rzeczy. Zawsze mówiłem, że miasto to są ludzie. Radom jest fantastyczny! Cudowny! Nigdy nie dam powiedzieć złego słowa o naszym mieście i zresztą znawcy tematu Szymona Wydry wiedzą, że ja mam na czole napisane Radom. Kiedy jest tylko cień szansy, gdziekolwiek w jakieś ogólnopolskiej telewizji czy radiu powiedzieć skąd jesteśmy, to mówimy to z dumą i satysfakcją, że jesteśmy właśnie z tego miasta, które naprawdę wiele przeszło! I już nie mówię tylko o słynnym 76. roku, ale w ogóle. Kiedyś jeden z premierów, tu nie powiem nazwiska, przyjechał do Radomia i powiedział wprost młodym ludziom, że nie widzi alternatywy dla tego miasta. Dokładnie takie słowa padły.

Zacisnąłeś zęby i doczekałeś do końca tej wypowiedzi?

Nie wiedziałem co mam zrobić czy wyjść wtedy czy słuchać go dalej. Generalnie zamurowało wszystkich. Przyszliśmy na wykład byłego premiera, mając nadzieję, że tchnie jakiegoś dobrego ducha w nas. Da nam nadzieję, że będzie dobrze, a on to powiedział prosto w twarz, normalnie cios między oczy wyprowadził nam, Radomianom, że nie widzi alternatywy dla nas.

Masz inne zdanie?

Widzę alternatywę - dużą szansę. Bardzo dużo się zmienia, przede wszystkim jesteśmy nauczeni odporności psychicznej, jesteśmy wytrzymali. Bo przecież już nie jeden pluł nam w twarz, nam radomianom, ale jakoś wstawaliśmy z kolan i szliśmy dalej! Mówi się, że Radom to stan umysłu. Nieprawda - Radom to fantastyczne miasto, a najczęściej o tym w takich negatywnych słowach mówią ludzie, którzy nigdy tu nie byli. Podam przykład. Moja żona jest spod Zielonej Góry, to ponad 500 km stąd. Dopóki nie poznaliśmy się to nie miała okazji być w Radomiu. Słyszała to, co wszyscy inni, czyli nic dobrego. Przyjechała… no i jest urzeczona.

Od ilu lat Twoja żona – Joanna – jest radomianką?

Oficjalnie od czterech ale tak naprawdę zaczęła się „zarażać” tym miastem ponad osiem lat temu.

Mówisz, że na czole masz napisane „Radom”, a na koszulce „Radomiaka”.

Faktycznie. Na czole mam napis „Radom”, ale jak mnie skaleczysz to zobaczysz, że w moich żyłach płynie zielona krew. Mieszkam na „XV-leciu”, 70 metrów od stadionu Radomiaka więc nie sposób nie kochać tego klubu! Po drugie, wiele lat temu, miałem dziką rozkosz być zawodnikiem Radomiaka. Trwało to krótko, ale pozostały mi wspaniałe wspomnienia. Jednak kiedyś stanąłem przed dylematem: złota piłka czy złota płyta. Wybrałem złotą płytę. Ale z klubem jestem zawsze na dobre i na złe. Jestem zwolennikiem dobrego sportu. Chcę, żeby się wszyscy szanowali. Uważam, że antagonizmy pomiędzy klubami czy kibicami są idiotyzmami.

Szymon, na dzisiaj dziękuję. Do zielono – białej krwi i konsekwencji lokalno -patriotycznych napisów na Twoim czole wrócimy za tydzień.


M.D.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy