RÓWNY TYDZIEŃ: Przyszedł petent do doktora..., czyli felieton na piątek

RÓWNY TYDZIEŃ: Przyszedł petent do doktora..., czyli felieton na piątek
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
PRZYSZEDŁ PETENT DO DOKTORA...

Jako że do lekarza chadzam bardzo rzadko (i modlę się, by tak zostało), każdy kontakt z polską służbą zdrowia jest dla mnie niezwykłą, ożywczą (intelektualnie) niespodzianką. Inni nazwaliby to może ciężkim szokiem, ale nie egzaltujmy się. W końcu ludzie żyjący w XIX wieku na pewno mieli gorzej.

Ostatnio, jako że dopadł mnie jakiś wyjątkowo paskudny, zielonogluty wirus, zadzwoniłem w końcu do przypisanej mi od lat przychodni. Pierwszy telefon wykonałem przed ósmą rano. Dodzwoniłem się około godz. 13 - po piętnastu próbach (numer zajęty). Pani w słuchawce oznajmiła, że numerków już nie ma na najbliższe trzy dni, więc mogę przyjść ot, tak - może inni pacjenci do lekarza mnie dopuszczą.

Wyobraziłem sobie zaraz poczekalnię pełną chorych, podenerwowanych ludzi i siebie pytającego grzecznie: - Przepraszam, czy ktoś z państwa wpuści mnie bez kolejki? Trochę mnie ta wizja zmroziła, ale wirus był jednak na tyle upierdliwy, że przed godz. 16 zameldowałem się w przychodni.

Cisza, spokój, czysto, schludnie i... pusto. Przyjmuje do godz. 17 w dwóch gabinetach dwóch lekarzy, a w poczekalni... jeden pacjent. To gdzie te tłumy, które trzy dni naprzód zajęły sobie kolejkę?

Radośnie idę do okienka rejestracji i proszę o kartę.

- Pan najpierw spyta, czy lekarz pana przyjmie – rzuca zachęcająco pani zza szybki.

- Czemu by miał nie przyjąć, skoro nie ma innych pacjentów, a jeszcze godzinę jest w pracy? – pytam.

Pani zza szybki patrzy na mnie jak na debila. Widocznie czegoś nie wiem o polskiej służbie zdrowia, czegoś nie zrozumiałem, coś przeoczyłem. No, dobrze, idę spytać. Jeden gabinet zamknięty. Podchodzę do drugiego.

- Pan da spokój, od pół godziny ktoś tam siedzi – rzuca do mnie jedyny w poczekalni pacjent.

- A drugi lekarz? – pytam.

- A wyszedł gdzieś... – ze stoickim spokojem odpowiada mężczyzna, który najwyraźniej o polskiej służbie zdrowia wie coś więcej ode mnie.

Najgorsze jest to, że w człowieku odzywają się w takich chwilach jakieś niewolnicze instynkty. W sumie bulę miesięcznie kilkaset złotych na pensje dla pracowników tej przychodni i powinienem huknąć, ryknąć, w drzwi kopnąć, zażądać gorącej herbaty z miodem i natychmiastowej obsługi przez piękną blondynę ze stetoskopem. Ale gdzie tam, potulnie siadłem na plastikowym krzesełku i tylko spytałem towarzysza niedoli obok: - Pan też bez zapisu?

- Też – odparł tamten szeptem, zdradzającym rezygnację z wszelkiej ambicji. Zresztą, może facet po prostu praktykował zen?

Los bywa sprawiedliwy, więc choróbskiem zaraziłem żonę. Żona kilka dni później również trafiła do jednej z radomskich przychodni, chociaż innej. Miała więc prawo mieć (cichą, ale jednak) nadzieję, że będzie inaczej. I było. Tutaj, obok wyżej opisywanych przeze mnie perypetii, biedaczka zaliczyła dodatkowo 45-minutowe czekanie na lekarza, kiedy ten rozprawiał o czymś z przedstawicielem handlowym. To jak kolejny level w grze komputerowej – czym jeszcze zaskoczy cię przeciwnik, jakie pułapki wygeneruje?

Moją żonę zaskoczył jeszcze tym, że kiedy przyszło do wypisywania zwolnienia, lekarka oświadczyła: - No, nie mogę pani wypisać, bo nie mam druczków. Proszę przyjść jutro...

To się chyba nazywa hardcore level. Kiedy masz gorączkę, leje ci się z nosa, masz dreszcze i od kaszlu wyrywa ci płuca, taka przygoda może sprawić, że naprawdę odlecisz. Witajcie w wirtualnym świecie!

Wiem oczywiście, że Państwo – jeśli nie są przypadkiem posłami, ministrami, czy krezusami - takie historie bardzo dobrze znają. Ale zrozumcie - czasami człowiek chce się wygadać. To ponoć pomaga. Chciałem dziś po prostu wyjść na mównicę i - jak to robią w amerykańskich filmach na zebraniach klubów AA - powiedzieć: - Cześć. Mam na imię Sebastian i korzystam z państwowej służby zdrowia...

Ale jest jeszcze coś. Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wiadomość, że radomski Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny zamierza uruchomić kierunek lekarski. Jak rozumiem, wykładowcami będą tam radomscy medycy. Ciekawe, czy przed zajęciami studenci będą ich pytać: - Przepraszam, panie profesorze, czy dziś łaskawie poprowadzi pan ćwiczenia?

Sebastian Równy

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy