Trochę męskiego szowinizmu czyli o zakupach z małżonką


Pamiętam, to było jak olśnienie. W markecie obserwowałem pary na zakupach. One – szczęśliwe. Z werwą i nadzieją wkraczają do kolejnych sklepów, z błyskiem w oku wyszukują, oglądają, przymierzają ciuchy i buty, by zaraz ruszyć do kolejnego stoiska... Oni – zgaszeni, przygarbieni, w najlepszym wypadku mląc przekleństwa w ustach. Idą za swoimi kobietami, a w oczach mają przegraną lub zniecierpliwienie.

Obserwowałem sobie tak te pary, aż nagle zauważyłem: - Zaraz, zaraz, przecież ja też tak - naburmuszony - snuję się po tym markecie, pół kroku za kobietą mojego życia, z rękami w kieszeniach. Ona prowadzi mnie jak przewodnik po świątyniach konsumpcji, pokazując coraz to nowe i fikuśne ubrania, uszyte przez pracowitych Chińczyków. A ja, cóż.... Marzę, żeby być już w domu i obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu. Albo może skoczyć na godzinkę na basen. Albo w fotel się zapaść z dobrą książką... A może mecz dzisiaj jest? Liga Mistrzów? Do tego zimne piwo... Wszystko, tylko nie chodzenie po sklepach i oglądanie kolejnej pary spodni! Spodni na skądinąd zgrabnej pupie żony. Ale w markecie, wśród tych tłumów, pośpiechu i tych cholernych ton szmat na wieszakach, nawet piękna pupa blednie. Zero romantyzmu. Są tylko słone ceny, znane (kobietom) marki i te, no... fasony. I sukienki, spódnice, żakiety, sweterki, bluzeczki, zaszewki, kontrafałdy, bufki, dekolt w karo, dekolt w łódkę... Jaki mężczyzna używa takich słów? Który wie, co to w ogóle znaczy?

Więc ja też dałem się w to wciągnąć? W jaki sposób? Kiedy nastąpił ten moment? Kiedy się poddałem? Kiedy powiedziałem: - No dobrze chodźmy do tej galerii...

Jak to się stało, że potulnie chodzę od stoiska do stoiska i nawet odburkuję, kiedy ona pyta: - No i jak? – A w tym? Ładnie? – Dobrze leży? - Jak ci się podoba?

Przecież mogła iść z koleżanką. Przecież koleżanka lepiej by doradziła. Przecież koleżanka nawet byłaby szczęśliwa, mogąc doradzić. Mniemanie, że to facet doradzi najlepiej (bo niby dla niego to całe strojenie się), jest kompletnie mylne. Facetów to nie obchodzi. Nie rozumieją znaczenia kontrafałdy, nie rozróżniają żorżety od kaszmiru (to jakieś warzywa?), uznają tylko jeden rodzaj dekoltu – głęboki. Z kolorami też jest problem. – Ładna ta niebieska bluzka? – Przecież ona jest zielona! – No nie, to taki turkusowy... – Jaki? To zielony, taki jakby z pleśni....

Przecież kobiety widzą, że my inaczej postrzegamy kolory. Po co więc nas pytać i prowokować konflikt?

No jesteśmy różni i już. No widać, że kobiety robienie zakupów cieszy. Że to dla nich przyjemność – oglądanie, przymierzanie, rozmowa o tym... A my podchodzimy do życia zadaniowo. Trzeba zrobić zakupy. Proszę bardzo, wchodzimy do sklepu, kupujemy i wychodzimy. Ale żeby się tym delektować, rozmawiać jeszcze o tym? Litości! Sklep trzeba opuścić jak najszybciej, wrócić do domu i najlepiej ułożyć się w pozycji horyzontalnej, która jak wiadomo pomaga na myślenie i przemianę materii.

Kobiety o tym nie wiedzą, a bardziej prawdopodobne jest, że niewiedzę udają. Dlatego trzeba im różnice płciowe ciągle uświadamiać. W rozmowie podeprzyjmy się badaniami.

A mówią one, że 62 procent mężczyzn tygodniowe zakupy do domu wykonuje w niespełna 30 minut. Taka sztuka udaje się zaledwie 8 procentom kobiet! 69 procent pań na tygodniowe zakupy przeznacza do 2,5 godziny i więcej!

I w tym momencie możemy podsunąć pani naszego serca inne badania, według których kobiety coraz chętniej i częściej godzą się na to, by mężczyzna odwoził je do centrum handlowego, wrócił do domu i pod telefonem czekał na sygnał, kiedy ma odebrać swą połowicę z pakunkami.

Czyż to nie świetne wyjście? Takie rozwiązanie daje nam trzy – cztery godziny spokoju...

Możliwe jednak, że związaliście się z kobietą, która jest głucha na oczywiste racje i badania. Wtedy pozostaje argument ostateczny. Jeśli wasza partnerka upiera się, by zabrać was - w ramach ciała doradczego - na zakupy, mówicie: - W porządku, ale potem idziemy na mecz. Akurat są piłkarskie derby Radomiak – Broń. Przez półtorej godzimy będziemy dopingować, krzyczeć, emocjonować się grą, słuchać wesołych i pieprznych przyśpiewek kibiców...

Są dwie opcje. Kobieta powie: - Dlaczego chcesz mnie zmuszać do robienia czegoś, czego nie lubię?

I już jest nasza!

Druga możliwość jest taka, że wasza pani bardzo ucieszy się na propozycję i zaraz wyszuka w szafie szalik ukochanej drużyny. Wtedy upewnijcie się, że związaliście się z kobietą...

Towarzysz niedoli

S. Równy

.


Polecany artykuł

Kobiety wyszły na ulice Panie były ubrane w piękne białe żakiety, jeszcze piękniejsze białe spódnice, a efektu...

x