7 pytań do Włodzimierza Zawadzkiego

7 pytań do Włodzimierza Zawadzkiego
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Kiedy i dlaczego zaczął pan trenować zapasy?

- Pochodzę z niewielkiej miejscowości pod Wierzbicą. Tam zawsze było co robić. Po szkole ganialiśmy za piłką, biegaliśmy i wygłupialiśmy się. Wtedy jeszcze nie myślałem o zapasach; one pojawiły się dopiero po igrzyskach olimpijskich w Moskwie. Do mojej szkoły przyjechali trenerzy z Orła Wierzbicy i szukali chętnych do uprawiania zapasów. Zgłosiłem się i tak to się zaczęło.

Ale początki nie były łatwe. Jako młody zawodnik chciał pan zrezygnować z uprawiania sportu.

- Sport oznacza wiele wyrzeczeń. Żeby osiągnąć sukces, musisz poświęcić czas i ciężko pracować. Na początku mojej drogi ze sportem miałem wzloty i upadki. Byłem trochę zniechęcony, bo ja musiałem iść na trening, a moi koledzy szli do dyskoteki. To wszystko mnie zdenerwowało i postanowiłem skończyć ze sportem. Ale wtedy w Radomiu odbywały się mistrzostwa Polski juniorów. Mój trener przyjechał do mnie i rozmawiał z moimi rodzicami. Przekonał mnie, żebym jeszcze spróbował. Pojechałem do Radomia i zdobyłem złoty medal.

To był przełomowy moment?

- Po tym turnieju pojechałem jeszcze na mistrzostwa seniorów. Co prawda, tam mi się nie powiodło, ale wypatrzył mnie trener Legii Warszawa. Byłem w wieku poborowym, więc miałem alternatywę: albo iść do wojska, albo do Legii i dalej trenować. Wybrałem sport i nie żałuję.

Jak wspomina pan swoje pierwsze igrzyska olimpijskie w Barcelonie?

- Zająłem tam czwarte miejsce, czyli najgorsze dla sportowca. Po przegranej walce o brąz byłem załamany, ale trener Krzesiński podszedł i mnie pocieszył. Powiedział, że jestem w tym sporcie żółtodziobem i przed igrzyskami nawet nie myślałem o takim sukcesie. To tylko zmotywowało mnie do dalszej pracy. Ciężko trenowałem i poprawiałem technikę. A cztery lata później w Atlancie już byłem najlepszy. A co więcej w finale pokonałem Kubańczyka, który w Barcelonie zabrał mi brąz.

Długo świętowaliście zwycięstwo?

- Po tym występie byłem w siódmym niebie. Nie tylko ja, ale całe polskie zapasy. Mieliśmy wtedy znakomite igrzyska, wszystko szło nam jak z nut. To i długo świętowaliśmy. Zaczęliśmy już w wiosce olimpijskiej, a później w Polsce. W Warszawie witały nas tłumy. Z lotniska jechaliśmy bryczkami do Victorii, a na ulicach były tysiące ludzi, którzy wiwatowali na naszą cześć. Ten moment będą pamiętał do końca życia.

Poza medalem otrzymał pan również premię i zapewnił sobie emeryturę olimpijską.

- Za złoty medal dostałem od PKOL-u 60 tys. zł. Co więcej, nie musiałem płacić podatku; nasze władze się postarały. A co do emerytury olimpijskiej... To nie jest taka zwykła emerytura, tylko świadczenie dla zasłużonych sportowców. To na pewno dobry system, który pozwala sportowcom spokojnie żyć po zakończeniu kariery. Nie są to wielkie pieniądze, ale dają nam spokój; wystarczy na ten przysłowiowy chleb z masłem.

Po zakończeniu kariery od razu został pan trenerem. Długo pan się nad tym zastanawiał?

- Zawiesiłem buty na kołku w wieku 37 lat. Wahałem się, co dalej robić, a że najlepiej potrafię spędzać czas na macie, to dalej chciałem w tym zostać. Pojawiła się propozycja pracy trenera i ją przyjąłem. Moje walizki nie zostały w domu, tylko dalej podróżują ze mną ze zgrupowania na zawody, bo w takim rytmie cały czas toczy się moje życie.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy