Robert Prygiel: Nie żałuję żadnych decyzji

Robert Prygiel: Nie żałuję żadnych decyzji
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ


Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ.


Rok temu w składzie Cerradu Czarnych Radom doszło do rewolucji. Z zespołem pożegnało się 10 zawodników, po tym sezonie mówił pan, że nie chce dopuścić do powtórki z historii, ale ponownie z Radomia odeszła ponad połowa składu, w tym czterech zawodników z wyjściowej „szóstki”.

- Z podstawowego składu z zeszłego sezonu rozstaliśmy się z Michałem Kędzierskim, Emanuelem Kohutem i Bartłomiejem Bołądziem. Ale w przypadku Bartka, to nie był on do końca podstawowym zawodnikiem, bo na koniec sezonu przegrywał sportową rywalizację z Kubą Ziobrowskim. W przypadku Kohuta zakończył się kontrakt. Długo walczyliśmy o niego, ale dostał w Katowicach lepszą ofertę, nie tylko finansową, ale również rodzinną, bo stamtąd ma bliżej na Słowację, a jego dziecko właśnie będzie szło do szkoły. A na odejście Michała Kędzierskiego nie mieliśmy wpływu, bo skończyło się jego wypożyczenie i musiał wrócić do Asseco Resovii Rzeszów.

Zapomniał pan o Davidzie Smithie.

- Bo cały czas negocjujemy z Davidem i jest spora szansa, że David w przyszłym sezonie będzie grał w Cerradzie Czarnych Radom, ale to jest zależne od wielu czynników, również finansowych. W trakcie sezonu złożyliśmy Davidowi propozycję, ale jej nie przyjął. Ze względu na inne ruchy transferowe nasza nowa propozycja dla Davida jest niższa, niż ta z zeszłego roku. On to rozumie i się nad tym zastanawia, ale mam nadzieję, że tego zawodnika w kolejnym sezonie nadal będziemy oglądać w naszym zespole.

Mimo zmian udało się panu zbudować bardzo ciekawą drużynę. Według wielu najmocniejszą od lat, którą stać będzie na walkę nawet o czołową „czwórkę”.

- Na początku sezonu wystartuje 16 zespołów i wszystkie będą walczyć o tytuł mistrza Polski. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś na starcie mówił, że jest inaczej. Oczywiście w trakcie ligi aspiracje zostaną zweryfikowane. Nasz budżet nie jest duży, pod tym względem plasujemy się na 8-10 miejscu w lidze, ale nie możemy narzekać. Komfort pracy w Radomiu jest bardzo dobry zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym. A jeżeli chodzi o skład, to jest tutaj kilka niewiadomych. Cieszę się, że niezmieniona została linia przyjęcia, bo na tych pozycjach zgranie jest najważniejsze. Mam nadzieję, że Wojtek Żaliński i Tomek Fornal szybko znajdą wspólny język z nowym rozgrywającym Dejanem Vinciciem. Moim zdaniem obecny skład będzie nieco lepszy, niż ten rok temu i to z kilku powodów. Dejan może wnieść więcej do drużyny, niż Michał Kędzierski. Tak samo Michał Filip powinien dać więcej niż Bartek Bołądź i nie chodzi tu tylko o umiejętności sportowe, ale również o charakter i wolę walki, bo Michał to typowy fighter, a Bartek jest introwertykiem. Liczę również, że więcej dadzą z siebie Kuba Ziobrowski i Tomek Fornal, którzy cały czas się rozwijają. I mamy też dużo utalentowanej młodzieży. Przyszli Kuba Rybicki i Norbert Huber, a tych zawodników w swoim składzie chciało wiele klubów.

A czy był temat ściągnięcia do Radomia Artura Szalupka?

- Tak, była taka możliwość. Rozmawiałem z Arturem i był on zainteresowany powrotem do Radomia. Jednak stwierdziliśmy, że wysokość kontraktu Artura byłaby znacząco wyższa od obecnych możliwości zespołu. Dlatego nie zdecydowaliśmy się na podpisanie umowy z Arturem. Po pierwsze zarabiałby najwięcej, a po drugie, nie byłoby to najlepsze dla pozostałych przyjmujących. Aktualnie mamy w składzie Tomka Fornala, który już w zeszłym roku pokazał się z dobrej strony. Jest Wojtek Żaliński, który drugi rok z rzędu był najlepszym polskim przyjmującym w PlusLidze. Więc, gdyby przeszedł Artur, ktoś z tej trójki musiałby siedzieć na ławce, a dla żadnego z nich nie byłoby to najlepsze.

Patrząc na tabelę z poprzedniego sezonu i dodając do niej zwolnienie Andrzeja Kowala z Asseco Resovii Rzeszów wychodzi nam, że został pan najlepszym polskim trenerem pracującym obecnie w PlusLidze. Jakie to uczucie?

- W Polsce zrobiła się dziwna moda na zatrudnienie zagranicznych trenerów. Byliśmy ostatnio na obowiązkowym szkoleniu licencyjnym dla sztabu szkoleniowego pracującego w PlusLidze. Na tych zajęciach powinni pojawić się zarówno pierwsi, jak i drudzy trenerzy, którzy w następnym sezonie będą pracować w siatkarskiej ekstraklasie, łącznie ok. 40 osób. Nas było zaledwie kilkunastu. Nie pojawił się żaden zagraniczny trener. Oczywiście, tacy trenerzy jak Antiga czy De Giorgi są zwolnieni ze względu na obowiązki kadrowe, ale pozostali powinni się zjawić w Spale. Jednak zagraniczni trenerzy nie do końca mają na to ochotę, ale to nie przeszkadza prezesom klubów na ich zatrudnianie. Na przykład w zeszłym sezonie w Kielcach woleli postawić na Sinana Tanika, który dopiero co debiutował na trenerskiej ławce, niż dać szansę Polakowi. Mam nadzieję, że wcześniej czy później prezesi się ockną i zobaczą, że zagraniczni trenerzy traktują to tylko jako pracę zarobkową, natomiast Polacy bardziej utożsamiają się z klubami i odwalają kawał roboty przy organizacji klubów. Rozumiem, żeby zatrudniać zagranicznych trenerów, od których mielibyśmy się uczyć, ale zatrudniając zagranicznych debiutantów, którzy jeszcze nic nie osiągnęli to czego mamy się nauczyć? Poprosiliśmy nawet ostatnio o to, żeby Andrea Anastasi udzielił nam szkolenia, w jaki sposób z dobrym budżetem zająć ósme miejsce w lidze i nie mieć przy tym żadnych pretensji od kibiców i działaczy. Bo taki Andrzej Kowal po latach sukcesów raz nie zdobył medalu i od razu stracił posadę. Chętnie byśmy się nauczyli od Anastasiego w jaki sposób porażki przekuwać w sukces.

Zmieniając lekko temat, jak powinien wyglądać idealny system rozgrywek w PlusLidze według Roberta Prygla?

- 16 drużyn to trochę za dużo. Optymalnym rozwiązaniem byłyby występy 12 zespołów. W tym momencie w PlusLidze gra za dużo zawodników, a część z nich po prostu jeszcze nie dorosła do tego poziomu, przez co niektóre mecze stoją na niższym poziomie. Dodatkowo, tegoroczny system play-off był porażką. Od zawsze byłem zwolennikiem systemu, który funkcjonował przez wiele lat, czyli w fazie zasadniczej każdy gra z każdym mecz i rewanż, a potem w play-offach występuje osiem najlepszy zespołów, mamy ćwierćfinały, półfinały i mecze o medale. To pobudza wyobraźnie kibiców i buduje atmosferę. Dodatkowo 12 zespół spada do I ligi, a w jego miejsce wchodzi mistrz tamtej klasy i mamy jeszcze baraże pomiędzy 11 zespołem PlusLigi i wicemistrzem I ligi. To moim zdaniem byłoby najlepszy system.

Sportową karierę zaczynał pan od gry w badmintona. To na zawodach w tym sporcie wypatrzył pana trener Arkadiusz Sawiczyński i zaprosił na trening siatkarski. Czy nie żałuje pan, że nie został w badmintonie?

- To fantastyczna dyscyplina sportu. Polecam ją każdemu, zwłaszcza grę w hali przez siatkę. Można się zmęczyć i porywalizować. A oczywiście, że nie żałuję, że trafiłem do siatkówki. Żałuję tylko tego, że nie zostałem zawodowym piłkarzem, bo jak każdy młody chłopak właśnie o tym sporcie marzyłem. I nie chodzi tu tylko o aspekt finansowy, ale przede wszystkim o popularność tego sportu. Ale jak to powiedział kiedyś słynny piłkarz Gennaro Gatusso zapytany o to czy czuje się piłkarzem spełnionym po tym, jak został mistrzem świata i wygrał Serie A, ma dużo pieniędzy i sławę odpowiedział, że lepiej od niego ma tylko jedna osoba – jego żona, która ma to wszystko, a dodatkowo nie musi trenować.

Wspomniałem trenera Sawiczyńskiego. Później trafił pan pod skrzydła Krzysztofa Jaskulskiego. Obaj ciągle pracują w radomskiej siatkówce i szkolą kolejne pokolenia młodych siatkarzy.

- Zwykły kibic na co dzień widzi tylko pierwszą drużynę i sztab z nią pracujący, a tak naprawdę w naszym klubie pracuje wiele osób, nie tylko tych wspomnianych dwóch trenerów, którzy od wielu lat dbają o rozwój radomskiej siatkówki. Przez te lata zrobiliśmy gigantyczny progres odbijając się od dna i docierając na szczyt, i to właśnie dzięki takim osobom, które stopień po stopniu budują całą piramidę radomskiej siatkówki. W tym miejscu chciałbym im pogratulować, podziękować już i prosić o jeszcze, bo dzięki nim regularnie liczymy się z zawodach juniorskich na niemal każdym szczeblu, czego ukoronowaniem są medale w Młodej Lidze. A dodatkowo, jak spojrzymy na składu PlusLigowych zespołów to zobaczymy w nich ok. 20 chłopaków, którzy mają coś wspólnego z siatkówką juniorską w Radomiu. Jestem przekonany, że żaden inny klub w Polsce nie wychował tylko klasowych zawodników.

Z perspektywy czasu, patrząc na pana sportową karierę jest pan z niej zadowolony? Czy chciałby pan coś zmienić?

- Generalnie jestem zadowolony z tego, co w życiu osiągnąłem. Wiadomo, że zawsze można było wycisnąć coś więcej, ale mogło być też dużo gorzej. Mówiąc szczerze, nie byłem zawodnikiem, który mógł zostać najlepszym siatkarzem świata. Moje warunki fizyczne, zwłaszcza dynamika i skoczność miało ograniczenia, więc patrząc na to, mogę być zadowolony ze swoich osiągnięć. Rozegrałem ponad 150 spotkań w reprezentacji Polski, zdobyłem kilka medali mistrzostw Polski, grałem na mistrzostwach Europy, świata czy igrzyskach olimpijskich, także pod tym względem jestem spełniony. Oczywiście, żałuje, że nie pojechałem na igrzyska do Aten, bo byłem wtedy jednym z najlepszych zawodników ligi rosyjskiej, ale trener Prilożny wolał zabrać swojego zawodnika – Radosława Rybaka. I zawsze można się zastanawiać, jakby moje życie potoczyło się, gdybym podejmował inne decyzje. Na pewno zmarnowałem trzy lata w Legii Warszawa. Trafiłem do klubu, który bił się o medale i miałem duże chęci rozwoju, ale okazało się, że po zmianie szefa jednostki wojskowej nowy zarządca nie miał ochoty na inwestowanie w siatkówkę. I w ciągu trzech miesięcy zespół się rozleciał. Odeszli czołowi zawodnicy i trener, a my, zamiast walczyć o podium, biliśmy się o utrzymanie. Spędziłem tam trzy lata, zdecydowanie za długo. Była okazja, żebym odszedł. Nieżyjący już Aleksander Skiba przyjechał do Warszawy i chciał mnie ściągnąć do włoskiego klubu z Modeny. Byłbym jednym z pierwszych transferów mojego pokolenia do Włoch. Niestety, pan pułkownik, rok czy dwa lata wcześniej, sprzedał do Turcji Romana Koseckiego za miliony dolarów i myślał, że podobne pieniądze dostanie za mnie. Ale Włosi za przeciętnego młodego siatkarza nie chcieli płacić. Po usłyszeniu kwoty po prostu się wycofali. Bardzo tego żałuję, bo przez brak orientacji pana wojskowego nie mogłem przejść do ligi włoskiej i uczyć się tam od najlepszych. Moja kariera mogłaby się zdecydowanie szybciej rozwinąć i nie wiadomo jakby się dalej potoczyła. Ale stało się tak, jak się stało i nie ma czego żałować. Każdy klub, każda decyzja miała swoje plusy i minusy, a doświadczenie nabierane w różnych sytuacjach było dla mnie bardzo cenne.

Jako pierwszy Polak wyjechał pan grać do ligi rosyjskiej. Jak pan wspomina ten czas?

- W Surgucie spędziłem bardzo dobry czas. Jechałem tam z duszą na ramieniu. Kompletnie w nieznane. Nie ma co ukrywać, że kierowały mną pieniądze. Miałem wtedy 26 lat i dostałem ofertę życia. Pojechałem tam dopiero we wrześniu, a już w czerwcu miałem na koncie 50 procent wartości kontraktu, która zdecydowanie przewyższała moje całoroczne zarobki w Bełchatowie. Dlatego stwierdziłem, że niewiele ryzykuję, a jak będzie bardzo źle, to po prostu spakuję walizki i wrócę do Polski. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Surgut to miasto wielkości Radomia i tak samo, jak Radom, zakochane w siatkówce. No i był tam możny sponsor w postaci Gazpromu. Te cztery lata były bardzo ciekawe, miałem wiele różnych doświadczeń i przeżyć. Choć legendy o temperaturze było mocno przesadzone. Ale faktycznie w jednym roku na jakieś 4-5 dni temperatura spadła do minus 56 lub 57 stopni. Był to ponoć najchłodniejszy czas od 30 lat. A tak przy minus 20 czy 30 stopniach nie było najgorzej, ale to przez suchy klimat, który tam panuje. Gorzej było, jak pojawiał się wiatr. Razem z żoną bardzo miło wspominamy czas spędzony w Rosji. Wtedy byliśmy skoncentrowani tylko na mojej grze, żona była spokojna i jej zajęcia ograniczały się do robienia zakupów, odprowadzania dziecka do przedszkola i gotowaniu dla męża i rodziny. A teraz w Radomiu ma zdecydowanie więcej obowiązków, życie jest o wiele szybsze i nieraz zastanawiamy się czy nie pojechać na pół roku do Surgutu i nie odpocząć od tego całego zgiełku, bo tam czas płynął zdecydowanie wolniej.

O pieniądze nie musieliście się martwić?

- Jeżeli chodzi o wypłaty, to zdarzały się opóźnienia, ale nie stanowiło to dla zawodników żadnego dyskomfortu. W żaden sposób nas to nie rozpraszało. Mogę tylko powiedzieć, że przez cztery lata gry tylko w pierwszym roku popisałem kontrakt. W kolejnych trzech sezonach grałem na uściśnięcie dłoni i krótką notkę w kajecie prezesa i nikt mnie tam nigdy nie oszukał. W Polsce jest często tak, że kontrakty mają 10-15 stron, gdzie zapisane są wymogi jednej i drugiej strony, a często się zdarza, że później się tego nie respektuje. W Surgucie prezes nakreślił moją rolę i zadania w drużynie, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie i tyle. Chyba nigdy go nie zawiodłem, bo otrzymałem wszystkie pieniądze, a nawet raz, gdy zostałem najlepszy punktującym i serwującym ligi, dostałem dodatkową premię. To była zupełna niespodzianka, którą pamiętam po dziś. Siedziałem wtedy na meczu Radomiaka, jeszcze na stadionie przy Struga, gdy zadzwonił telefon z informacją, że mają dla mnie niespodziankę. Wysłali mi na konto ekstra premię, czego wcale nie musieli robić. Myślę, że w dzisiejszych czasach w Polsce takie rzeczy się nie zdarzają.

W swojej karierze grał pan w kilku klubach, ale nie zmieniał ich aż tak często, jak na przykład Zbyszek Bartman czy Łukasz Kadziewicz.

- Wydaje mi się, że wynika to z tego, że praktycznie każdy klub chciał ze mną przedłużać umowy. Dlatego to głównie ja podejmowałem decyzję o zmianie barw klubowych. Robiłem to z różnych przyczyn, a często to było dla mnie wielkie wyróżnienie, że jakiś klub chciał mnie zatrudnić. Lubiłem stabilizację i nie chciałem szukać na siłę czego innego. W niemal każdym zespole byłem dłużej niż rok, a czasem nawet trzy lub cztery, i o każdym z nich mogę powiedzieć coś dobrego. W Bełchatowie trafiłem na budowanie wielkiej potęgi, w Radomiu też był fajny okres. Miałem takie szczęście, że zawsze trafiałem do zespołów, które były dobrze organizowane i chciały się rozwijać. A dodatkowo, gdy miałem 24 lata urodziła mi się córka i nie chciałem na siłę czegoś zmieniać. Jeżeli w Surgucie dawałem radę, gdzie rywalizowałem z najlepszym na świecie i zarabiałem dobre pieniądze, to po co miałem wyjeżdżać do Turcji lub Grecji, bo z takich kierunków były o mnie zapytania. Wolałem pilnować swojej pracy i dawać z siebie wszystko, żeby mój pracodawca był ze mnie zadowolony.

Ma pan trzy córki. Czy pamiętają one jeszcze pana występy w reprezentacji Polski czy raczej kojarzą już tylko z funkcją trenera?

- Chciałbym, żeby przede wszystkim pamiętały mnie jako dobrego ojca. Przez zawód, który wykonuję, często do domu przynoszę nerwy i stres, choć staram się rozgraniczać pracę i stres po przegranym meczu z atmosferą w domu. Wiem, że muszę nad tym zapanować i choć idzie mi ciężko, to mam nadzieję, że zmierza to w dobrym kierunku. Mam nadzieję, że będą pamiętać, że chociaż mam pracę z nienormowanym czasem, to zawsze znajdę dla nich chwilę. A jeżeli chodzi o to czy jestem dla nich zawodnikiem czy trenerem? To zdecydowanie trenerem. Moje występy w reprezentacji Polski kojarzy tylko najstarsza córka, która jak przez mgłę pamięta mecze Ligi Światowej rozgrywane przy pełnych trybunach i tatę na parkiecie. Pozostałe córki kojarzą mnie tylko z roli trenera, ale dziadkowie starają się im przypominać o moich występach. Jak do nich przyjeżdżamy, wyciągają jakieś kasety wideo z prehistorycznymi meczami z Brazylią czy Jugosławią, w których tata grał bardzo dobrze. A one oglądają to z zaciekawieniem.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ.


Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy