Michał Sokołowski: Czuję głód koszykówki

Michał Sokołowski: Czuję głód koszykówki
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Najświeższe wiadomości sportowe z Radomia i regionu znajdziesz na profilu Sport.Cozadzien.pl na Facebooku - TUTAJ



W czerwcu zmienił pan stan cywilny, a kilka tygodni później wyjechał na zgrupowanie reprezentacji Polski. Czy zdążył pan z żoną pojechać w podróż poślubną?

- Byliśmy w Chorwacji i Słowenii. Spędziliśmy razem dwa tygodnie, więc mieliśmy dużo czasu na odpoczynek. A potem musiałem pojechać na zgrupowanie kadry, ale taką już mam pracę. Moja żona zna mnie od dawna i poświęciła się dla mnie. Gdy jestem w domu, to cały czas staram się spędzać tylko z nią. Ale w zamian ona musi zaakceptować to, że często wyjeżdżam. Myślę, że już się z tym pogodziła.

A decyzję o pozostaniu w Radomiu podjęliście wspólnie?

- Oczywiście. To nie była decyzja podjęta w dwie minuty, więc musieliśmy ją przemyśleć i wybrać najlepsze rozwiązanie.

Z ROSĄ negocjował pan kilka tygodni, ale miał pan też oferty z innych klubów?

- Nie ukrywam, że miałem propozycję z innych drużyn.

Rozpatrywał pan propozycje tylko i wyłącznie z klubów zagranicznych?

- Zgadza się. Nie brałem pod uwagę przenosin w inny rejon Polski. Wybierałem tylko między wyjazdem z Polski a pozostaniem w Radomiu. A to, że teraz rozmawiamy, oznacza, że oferta z Radomia była dla mnie najlepsza.

Cieszymy się, że został pan w Radomiu na kolejny rok, ale czy wiek, w którym pan teraz jest (Michał Sokołowski w grudniu skończy 25 lat – przyp. autor) nie jest odpowiedni do tego, aby zdobywać nowe doświadczenia w ligach zagranicznych?

- Ciężko powiedzieć. Każdy zawodnik jest zupełnie inny. Niektórzy wyjeżdżają w dużo młodszym wieku, inni później. Wiele zależy od tego, do jakiego klubu się trafi. Jest wiele niewiadomych, więc ryzyko jest i każdy musi podjąć decyzję najlepszą dla siebie.

A jaki jest wymarzony kierunek dla pana?

- Na pewno chciałbym trafić do Hiszpanii lub do Turcji. Niczego sobie nie zakładam i nie zamykam żadnych furtek; tak, że wszystko jest otwarte.

W Radomiu będzie pan grał w europejskich pucharach. Czy występy w tych rozgrywkach to jeden z argumentów za pozostaniem w ROSIE?

- Na pewno. Bardzo chciałem grać w europejskich rozgrywkach i nie ukrywam, że jest duża możliwość ponownego grania w Champions League. Liczę, że awansujemy do fazy grupowej. Mamy trzy tygodnie do pierwszego meczu w kwalifikacjach i mam nadzieję, że będziemy dobrze przygotowani.

Drugim czynnikiem decydującym o pozostaniu był trener Wojciech Kamiński?

- Z pewnością. Nie wiem, czy drugim, ale był. Wiem, czego mogę się spodziewać, żadnej wrogości między nami nie ma. Dobrze się dogadujemy i to jest plus.

W Ekstraklasie grał pan do tej pory w dwóch klubach. W Anwilu Włocławek spędził pan trzy sezony, w Radomiu to będzie czwarty rok. Czy jest pan typem zawodnika, który jest mocno przywiązany do klubu, w którym występuje?

- Tak to wynika z mojej kariery. Swoją pozycję w klubie buduje się przez lata. Dużo ciężej jest zawodnikowi, który wchodzi w nowe środowisko co sezon i musi od początku wykonać mozolną pracę, udowadniać trenerowi swoją wartość.

W Radomiu ma pan już zbudowaną pozycję. Jest pan filarem ROSY Radom, występuje niemal w każdym meczu. Zrobiłem statystykę i wyliczyłem, w ilu spotkaniach zagrał pan w barwach ROSY. Czy wie pan, jaka to liczba?

- W oficjalnych meczach stawiam, że ok. 140.

Dokładnie 149. Brakuje tylko jednego spotkania do 150, więc pierwszy mecz tego sezonu będzie jubileuszowym. Co ciekawe, we wszystkich spotkaniach był pan w wyjściowym składzie. Rzadko się zdarza, żeby zawodnik przez trzy sezony utrzymywał formę, która pozwala na grę w pierwszym składzie. Również, co jest rzeczą równie ciekawą, opuścił pan w tym czasie tylko dwa mecze.

- W jednym spotkaniu byłem w składzie, ale nie wyszedłem na parkiet. To było dwa lata temu, po kontuzji kostki. Później, w meczu FIBA Europe Cup byłem gotowy do gry, ale trener nie skorzystał ze mnie.


Przez ten czas omijają pana kontuzje. W czym tkwi sukces pana zdrowotności?

- W głowie. Nie jestem takim zawodnikiem, że jak coś go boli, to powie „przepraszam, trenerze, boli mnie i nie mogę zagrać”. Raczej jestem taką osobą, że nie powiem nic i zagram w meczu, nawet jeśli mnie boli i wezmę trochę więcej środków przeciwbólowych. To są raczej skrajne sytuacje. Tak po prostu to jestem zdrowy i oby tak zostało. Pamiętam swoją kontuzję z czasów Anwilu, gdzie w ostatnim meczu skręciłem kostkę i okazało się, że to było mocne skręcenie i miałem dwa miesiące przerwy. Z jednej strony były to wakacje, z drugiej to były dwa miesiące przerwy od koszykówki i trzeba było się rehabilitować.

Na każdym kroku można pana zobaczyć z piłką w rękach. Podczas treningów rzuca pan do kosza nawet w trakcie wiązania butów. Widać, że koszykówka to pana wielka pasja, ale czy była nią od zawsze?

- Tak. Jak zacząłem grać od małego, to starałem nie opuszczać żadnego treningu. Zawsze przyjeżdżałem na wszystkie dodatkowe zajęcia, nawet w weekendy. Nigdy nie opuszczałem obozów, chciałem jeździć na wszystkie turnieje i nadal tak chcę. Wiem, że czasem trener każe mi odpocząć. Tak było tym razem, kiedy wróciłem z mistrzostw Europy. Byłem gotowy od razu stawić się na treningach, ale dostałem nakaz kilku dni wolnego. Wszystko po to, żeby się nie forsować. Oczywiście, zdarza się, że jak wstanę z łóżka, to nie chce mi się iść na trening. Ale jak już jestem w hali, to wszystko mi przechodzi i od razu czuję głód koszykówki.

Gra pan we wszystkich meczach ROSY, do tego dochodzą sparingi i występy w reprezentacji Polski. Występuje pan praktycznie co trzy dni. Nie czuje pan przesytu koszykówką?

- Widać, żebym czuł przesyt? Nie czuję zmęczenia koszykówką i mam nadzieję, że nigdy nie poczuję.

Jest pan jednym z najefektowniej grających zawodników w PLK. Z czego to wynika?

- Z pasji. Jak wchodzę na boisko, zapominam o wszystkim. I tak naprawdę nie mam żadnych problemów poza boiskiem i nie myślę o nich, więc lubię to, co robię.

Jak przejmie pan piłkę i biegnie sam na kosz, to myśli pan: „A, zrobię coś fajnego, pokażę się przed publicznością”. Czy to wychodzi tak samo z siebie?

- Nie wiem, bo wychodzi tak samo z siebie. Ale kiedyś miałem taki pomysł, żeby „może zrobić coś innego”. Ale nie chcę, żeby drużyna ucierpiała, bo może się nie udać. Wolę pewne dwa punkty dla drużyny, niż efektowne pudło.

A jaki jest pana rekord punktowy w jednym meczu?

- Nie pamiętam; coś ok. 70.

Czyli do wyniku pana kolegi, 227 punktów, brakuje...

- ...Jeszcze trzy razy tyle.

Ale jak ten wynik mógł paść w jednym meczu? Jak wygląda takie spotkanie, że jeden zawodnik rzuca 200 punktów?

- Byliśmy przygotowani do tego meczu; wiedzieliśmy, że drużyna, z którą gramy, jest fizycznie i technicznie nie na tym poziomie, co my. Trener wpadł na pomysł, żebyśmy pobili rekord Guinnessa w różnicy. To się udało - była różnica punktów, najwięcej zdobytych punktów przez jednego gracza i najwięcej zdobytych punktów w meczu koszykówki. A wyglądało to tak, że nasz kolega stał pod koszem, a my cały czas kryliśmy i przechwytywaliśmy piłkę.


Niedawno wrócił pan z reprezentacji Polski. To pana trzeci rok w kadrze; jest pan zadowolony z roli w reprezentacji Polski? Czy chciałby pan spędzić więcej minut w EuroBaskecie na parkiecie?

- Chciałbym grać więcej. Ale taka była decyzja trenera i nigdy nie będę podważał jego wyborów. Od początku zgrupowania wiedziałem, jaką będą miał rolę i zaakceptowałem to. A jak wychodziłem na boisko, to chciałem dać z siebie jak najwięcej.

Czego zabrakło do sukcesu reprezentacji i wyjścia z grupy?

- Konsekwencji w końcówkach. Wszystko zaczęło się od głupio przegranym meczu z Finlandią. Gdybyśmy go wygrali, cały turniej potoczyłby się dla nas inaczej.

Ale teraz wrócił pan do Radomia. Jak wyglądało spotkanie z kolegami po takiej przerwie?

- Dobrze. Wszyscy na mnie czekali. Zawsze miło się spotkać ze starymi znajomymi, ale jest też kilku nowych graczy i bardo chciałem ich poznać. To fajni chłopcy; na razie wszystko jest O.K. i oby tak było do końca sezonu.

A kto jest pana najlepszym kolegą w szatni?

- Daniel Szymkiewicz. To z nim trzymam się najbliżej. Przyjechaliśmy do Radomia prawie w tym samym czasie. Co prawda Daniel zjawił się kilka miesięcy wcześniej, bo wtedy marzył o mistrzostwie Polski juniorów i udało mu się zdobyć ten tytuł.

Co Michał Sokołowski robi w wolnym czasie?

- Odpoczywa.

A w jaki sposób?

- Każdy odpoczywa i ładuje baterie inaczej. Ja spędzam czas z żoną i z przyjaciółmi. A jak jestem w domu, to zdarzy mi się, że pójdę spać, bo regeneracja jest bardzo ważna. Ale staram się nie spać w ciągu dnia, tylko pooglądać filmy czy seriale.

A pograć na konsoli? Bo słyszałem, że jak w ROSIE grać, to tylko z Michałem Sokołowskim.

- No, jasne. Lubię grać na PlayStation. Mam wiele gier i praktycznie gram we wszystkie. Czasem w drużynie urządzamy sobie turnieje w FIFĘ czy NBA i gramy dwóch na dwóch.

Podczas podróży gra pan z kolegami w tysiąca.

- Gramy od trzech lat i myślę, że w tym sezonie nadal będziemy walczyć, bo ja i Robert Witka w autokarach nie śpimy, a podczas podróży coś trzeba robić.

Trzecim do tysiąca był Piotrek Kardaś.

- Za dużo przegrał, więc powiedział, że już z nami nie będzie jeździł i został prezesem klubu (śmiech). A tak poważnie, to będziemy musieli poszukać trzeciego karciarza. Zobaczymy, czy ktoś będzie chętny. Może Robert znalazł już kogoś w drodze do Krosna, ale nie zdążyłem go jeszcze o to zapytać.

Na koniec wróćmy jeszcze do zeszłego sezonu. Zaczynaliście go jako faworyci, zdobyliście Superpuchar Polski, a potem nie było już tak różowo. Czy ten sezon był rozczarowaniem?

- Na pewno. Wpływ miały na to kontuzje. Początek sezonu opuścił Daniel Szymkiewicz, potem wypadł Tyron Brazelton. Ciągle mieliśmy problemy z „1”. Zdrowia się nie oszuka, a często tak się dzieje w sporcie, że to takie detale decydują o końcowym triumfie lub porażce.

Przez różne problemy zajęliście piąte miejsce w fazie zasadniczej. W ćwierćfinale trafiliście na Polski Cukier Toruń i przegraliście w dramatycznych okolicznościach. Czy te mecze, a właściwie ich końcówki, nie śnią się wam po nocach?

- Pierwszy mecz przegraliśmy nie w końcówce, tylko w czwartej kwarcie. Mieliśmy w nim 16 punktów przewagi, ale nie zdołaliśmy dowieźć zwycięstwa do końca. Gdyby wtedy historia potoczyła się inaczej, cała seria z Toruniem mogłaby wyglądać inaczej. Po tej porażce byliśmy załamani, bo tego się nie dało przegrać, a pokazaliśmy, że jednak można. W drugim meczu w Toruniu rywale nas zniszczyli, a w trzecim...

Prowadziliście przez cały mecz, a Toruń tylko w ostatnich sekundach i to on wygrał.

- Jest pewien niedosyt. Jak byśmy mogli zagrać inaczej, to byśmy zagrali.

Przed wami kolejne rozgrywki, a ROSA w mocno odmienionym składzie, choć z tym samym trzonem. Ale będzie zdecydowanie mniej Amerykanów w składzie.

- Poszliśmy nieco innym torem przy tworzeniu składu. Zobaczymy, jak to się sprawdzi. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Trzon zespołu został, więc jestem pełen optymizmu. Poza tym dużo słyszałem o nowych zawodnikach. Na bieżąco byłem w kontakcie z trenerem Kamińskim i Danielem Szymkiewiczem i wiem, że wygląda to dobrze. Już nie mogę się doczekać, kiedy na treningach zagramy „pięciu na pięciu”.

A jaki cel stawiacie sobie w tym sezonie?

- Gram o mistrzostwo Polski. Chciałbym, żeby taki cel przyświecał nie tylko mnie, ale także moim kolegom i całemu sztabowi szkoleniowemu. Bo nienawidzę takiego podejścia: „dobra, to zajmijmy piątą pozycję i będziemy zadowoleni”. W każdym meczu gra się o mistrzostwo, bo każda piłka może okazać się kluczowa. Dlatego zawsze trzeba dawać z siebie wszystko.


Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy