"Zemsta jest cierpliwa" w remake'u "Oldboya" (Nasza recenzja)

Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Posiłki podawano mu przez dziurę w drzwiach, a jedynym oknem na zmieniający się świat lat 90. i pierwszego dziesięciolecia XXI wieku był telewizor. To z niego bohater dowiedział się, że został wrobiony w morderstwo własnej żony, a jego malutka córeczka została oddana do adopcji. Z czasem rozpoczął trening, poprawiając kondycję fizyczną i uwalniając swój organizm od dawnych nałogów. Aż w końcu, pewnego dnia obudził się w podróżnym kufrze w parku. Od tego momentu miał dwa cele: odnalezienie drania, który go uwięził oraz spotkanie z córką.

Nowy "Oldboy" to remake koreańskiego filmu z 2003 roku pod takim samym tytułem. Intrygująca fabuła, klimatyczne zdjęcia i unikalny nastrój szybko sprawiły, że film w pewnych kręgach stał się kultowy. Amerykanie najwyraźniej chcieli mieć własną wersję. Ostatecznie, po wielu rotacjach, za reżyserię zabrał się Spike Lee ("25. godzina"), a w rolach głównych znaleźli się Josh Brolin ("To nie jest kraj dla starych ludzi"), Elizabeth Olsen ("Red Lights"), Sharlto Copley ("Elizjum") i Samuel L. Jackson (dajcie spokój...).

Film jest przeciętny, głównie z tego powodu, że jeśli ktoś zna już oryginał, wie, jak historia się skończy. Sam liczyłem na pewne zmiany w scenariuszu, gdyż nie do końca podobało mi się  zakończenie w pierwotnej wersji - i w nowej wersji jest faktycznie zaskakujące (na plus), lecz jednocześnie powodujące pewien niesmak. Remake bardzo kurczowo trzyma się oryginału, zmieniając jedynie miejsce akcji i różne drobne elementy. Niektóre sceny zostały przeniesione 1:1, inne, jak chociażby pamiętna walka młotkiem w korytarzu, zupełnie na nowo zaaranżowane. Ciekawe ujęcia kamery, urozmaicające początkowe sceny, szybko gdzieś się ulatniają, jakby zabrakło pomysłu. Remake wygładza też pewne niedoskonałości pierwowzoru, także skracając niektóre, odrobinę przydługie sceny. A jednak motywy działania głównego złego stały się jeszcze bardziej dziwne...

O aktorach wypowiem się od końca: L. Jackson był jak zwykle ok, wiecznie wkurzony, choć jakby do siebie nie podobny. Czyżby nagle zestarzał się? Sharlto Copleya w ogóle nie poznałem - ani z głosu, ani z wyglądu, co tylko świadcza, jak bardzo elastycznym jest aktorem. Młodsza siostra bliźniaczek Olsen była w porządku jako pomoc głównego bohatera. Wreszcie Brolin jako Joe Doucett: ja wiem, że wszyscy psioczą na ten film, że jest zupełnie niepotrzebny, a jednak łatwiej było mi poczuć targające bohaterem emocje, niż w przypadku Min-sik Choi w oryginale. Od zagubienia, poprzez wściekłość, do rozpaczy - w azjatyckim kinie zawsze mam wrażenie, że aktorzy cały czas mają taką samą minę, jedynie operując zmiennym głosem.

Popadam zatem w konsternację. Co w jednym filmie kulało, w drugim zostało naprawione - i na odwrót. Przychylę się do opinii, że remake był niepotrzebny, ale skoro już jest... może być. Jako kino zemsty, głowy nie urywa, gdyż niespecjalnie buduje napięcie. Jest za to bardziej lekkostrawny, niż wersja z 2003 roku. Po wyjściu z kina zastanowiła mnie tylko jedna rzecz: jaki jest odbiór tego filmu przez osobę, która nigdy nie poznała oryginału. Ja niestety nie miałem takiego luksusu...

Tomasz Woźniak

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy