W kinach: "Thor: Mroczny świat" (nasza recenzja)

W kinach:
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Za ekranizacjami komiksów ze stajni Marvela stoi bardzo długa i pokrętna historia, pełna upadków, ale w ostatnich latach również i wzlotów...

Po tym, jak komiksowy gigant wstrzymał się z dalszą sprzedażą praw do ekranizacji różnym studiom filmowym i samemu zabrał do roboty, w ostatnich latach zaczęliśmy dostawać coraz produkcje. Wraz z "Avengersami" zakończyła się tzw. faza pierwsza, a teraz w najlepsze trwa druga. Przed wakacjami w kinach gościł "Iron Man 3", teraz możemy obejrzeć "Thor: Mroczny świat", w marcu nadciągnie "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz", a w przyszłe wakacje uderzą kręceni właśnie "Strażnicy galaktyki". Około kwietnia 2015 do kin wejdzie "Avengers: Age of Ultron", który zakończy tą fazę. Wszystkie te produkcje są i z całą pewnością dalej będą kasowymi hitami - niezobowiązującą rozrywką z najwyższych lotów efektami specjalnymi i lubianymi przez wszystkich superbohaterami. A że scenariusz nie zawsze jest najwyższych lotów... to już zupełnie inna bajka, podobnie jak, niestety, wciskane nam na siłę z uporem maniaka towarzyszące tym filmom 3D.

Mamy więc listopad 2013 i kontynuację "Thora" z podtytułem "Mroczny świat". Pierwszy film o przygodach tytułowego półboga był dość specyficzny. Fabularnie nie powalał, w dodatku starał się na raz objąć zbyt wiele różnych wątków znanych z kart komiksu. Dodatkowo przeważająca część pierwszej połowy filmu osadzona została na lodowej planecie nocą, co w trójwymiarze nie wyszło za dobrze, gdyż najzwyczajniej w świecie na ekranie nic nie było widać. Ale film miał też swoje plusy, chociażby głównego bohatera, granego przez Chrisa Hemswortha, którego nie sposób było nie lubić. Także Tom Hiddleston, grający przybranego brata Thora, Lokiego, z miejsca stał się bożyszczem tysięcy fanek. Opowiadana historia była lekka, ale nie było też w niej nic, o czym byśmy teraz, dwa i pół roku po premierze, pamiętali.

Muszę przyznać, że z "Mrocznym światem" jest dużo lepiej. Na wszystkich płaszczyznach. Przez blisko dwie godziny dzieje się naprawdę wiele, ale nie na tyle, byśmy nie mogli za tym wszystkim nadążyć. Historia rozpoczyna się w momencie, gdzie zakończyli się "Avengersi". Thor odstawia Lokiego przed oblicze swojego ojca w Asgardzie, a następnie zabiera się za zaprowadzanie porządku we wszystkich Dziewięciu Światach. Mija jednak rok i pojawia się kolejne zagrożenie ze strony ostatnich mrocznych elfów, którymi przewodzi diaboliczny Malekith. Choć jest on postacią raczej jednowymiarową, pragnącą jedynie zemsty na asgardczykach oraz zniszczenia całego świata, został umiejętnie przedstawiony i umotywowany do swoich działań. Dużą zaletą filmu jest to, że każda postać z dość wielgachnej obsady dostała swój czas na ekranie i dobrze go wykorzystała, a tempo filmu utrzymuje się na stałym, nie za szybkim, nie za wolnym tempie, dzięki czemu nie sposób się nudzić. Miło jest zobaczyć np. Rene Russo, grającą matkę Thora i Lokiego, postać bardzo przyjemną i kochaną, która została wycięta z pierwszego filmu. Anthony Hopkins jako Odyn ponownie zasiada na tronie. Z ziemskiej ekipy powraca oczywiście Natalie Portman jako astrofizyk Jane Foster i bardzo cieszę się, że filmowcy pogłębili jej relacje z głównym bohaterem, gdyż w "jedynce" wątek ten pozostawiał sporo do życzenia. Jej asystentka, Darcy Lewis, którą gra "spłukana dziewczyna" Kat Dennings, w ogóle mnie nie denerwowała - jestem pod wrażeniem! Jest też Stellan Skarsgård jako znany nam już dr Erik Selvig, który - na skutek szaleństwa wywołanego "głosem boga" - biega nago pod Stonehenge... To naprawdę dobra rzecz w tym filmie: dużo lekkiego humoru. Kiedy film powinien być poważny, jest, ale kiedy nie musi, wcale się nie stara, przemycając różne małe żarciki. Ta cecha charakteryzowała kiedyś dobre kino przygodowe. Teraz, gdy takich filmów już się prawie nie kręci, filmy o superbohaterach umiejętnie przejęły ten trend. Przyznam też, że choć pod sam koniec nie wiedziałem, co bohaterowie właściwie próbują zrobić, chcąc uratować świat, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Udało się i tylko to się powinno liczyć. "Mroczny świat" to dobre kino rozrywkowe i kolejna udana cegiełka w budowanym filmowym uniwersum Marvela.

Efekty specjalne w nowym "Thorze" są pierwszej klasy, co zresztą widać już na zwiastunie. Co prawda Asgard dalej przypomina wielkie organy, ale starcia powietrzne, do których dochodzi nad jego murami wyglądają rewelacyjnie, podobnie jak końcowa demolka w Greenwich, południowo-wschodniej części Londynu. Bardzo podoba mi się również wygląd mrocznych elfów, żołnierzy Malekitha. Ich wygląd jest prosty, ale charakteryzuje go wręcz posągowe piękno. Maski na twarzach w ogóle nie zdradzają żadnych emocji, ale wiecznie otwarte czarne oczy nadają upiornego uroku. Odnośnie oferowanego przez film "trójwymiaru", nie przypominam sobie, aby którykolwiek moment wywołał u mnie "szczękopad" lub żebym w ogóle zwracał uwagę w czasie filmu, że jest w 3D, więc było chyba ono zbyteczne... Muzyka w filmie jest standardowa, choć jedna aranżacja, "Into Eternity", utkwiła mi szczególnie mocno w pamięci za sprawą swojej majestatyczności i towarzyszącej jej na ekranie scenie.

Tak, jak w przypadku innych filmów Marvela, polecam zaczekać aż do samego końca napisów końcowych, aby obejrzeć ukrytą scenę rzucającą nieco światła na kolejną, kręconą właśnie superprodukcję... Hype może już tylko wzrastać, tymczasem nasz następny przystanek to "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz" z datą premiery w marcu. Zaprezentowany niedawno zwiastun już spełnił swoje zadanie i na pewno pojawię się w kinie. Reklama jako IV władza... cóż począć?

Tomasz Woźniak

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy