Prędko do kin! Recenzja filmu "Hobbit: Pustkowie Smauga"

Prędko do kin! Recenzja filmu
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Druga część "Hobbita" właśnie króluje w kinach, kontynuując wędrówkę kompanii 13 krasnoludów, hobbita Bilbo Bagginsa i czarodzieja Gandalfa Szarego. Czy film spełnia wygórowane oczekiwania? Jeszcze jak!

Z ekranizacją "Hobbita" J.R.R. Tolkiena od samego początku były problemy. Scenariusz ulegał kolejnym modyfikacjom, do projektu byli podpinani i równie szybko odpinani kolejni reżyserzy, kwestią sporną było również to, czy kręcić jeden, czy dwa filmy. W końcu, po długich namowach, na pokład powrócił Peter Jackson wraz z całą swoją ekipą filmową, a opowiadana przez niego historia rozrosła się do aż trzech blisko 3-godzinnych filmów, wyświetlanych wzorem poprzedniej trylogii rok po roku. I można by pomyśleć: skok na kasę. Też, ale ta krótka książka została tutaj bardzo rozwinięta i wzbogacona o zupełnie nowe wątki, znacznie uatrakcyjniające opowieść i stanowiące ścisłe połączenie z wydarzeniami znanymi nam już z "Władcy...". Środkowy, wyświetlany właśnie w kinach segment pt. "Pustkowie Smauga", miał za zadanie podjąć wątki z "Niezwykłej podróży" i doprowadzić nas do nadchodzącej Bitwy Pięciu Armii, która niechybnie nadciągnie w trzeciej części, czyli "Tam i z powrotem".

Po krótkim, ale ważnym wstępie, szybko trafiamy tam, gdzie rozstaliśmy się z naszą drużyną. Trwa pościg. Po piętach depcze bohaterom Azog Plugawiec ze swoją watahą orków. Bohaterowie z niespodziewaną pomocą ze strony pewnego niezwykłego mieszkańca lasu szybko docierają do Mrocznej Puszczy, gdzie gubią ogon. Tam jednak dochodzi do kolejnych perypetii: ataku ogromnych pająków, niewoli u leśnych elfów, wreszcie ucieczki i dotarcia do Miasta nad Jeziorem. A stamtąd już niedaleko do dawnej siedziby krasnoludów, Ereboru, gdzie czeka na nich smok. Pokazane zostało przy okazji jak Bilbo zaczyna powoli ulegać niszczycielskiej mocy Jedynego Pierścienia znalezionego w grocie Golluma. Co ciekawsze, także u Thorina Dębowej Tarczy możemy zaobserwować powolny rozwój obsesji na punkcie znajdującego się w posiadaniu smoka Arcyklejnotu - tej samej, która niegdyś strawiła jego ojca i dziadka. Opowiadana przygoda przybrała znacznie szybsze tempo niż w pierwszym "Hobbicie", zwalniając na chwilę tylko w paru momentach. Cieszy fakt, że przy tak dużej obsadzie, ponownie udało się poświęcić po parę minut na kolejnych kilku członków wyprawy, aby odpowiednio ich pogłębić i nadać im osobowość, gdyż w poprzedniej części większość krasnoludów mogła wydawać się taka sama.

NOWE POSTACIE

Film wprowadza także zupełnie nowe postacie. O zmiennokształtnym Beornie niewiele da się powiedzieć, gdyż pojawia się on na ekranie dosłownie na chwilę. Dalej mamy trzy elfickie postacie: króla leśnych elfów Thranduila, jego syna Legolasa, którego znamy już z "Władcy pierścieni", oraz dowódcę straży Tauriel. Thranduil składa Thorinowi ofertę pomocy w zamian za pewne klejnoty. Krasnolud odmawia, mając w pamięci dwulicowy charakter elfa oraz zdradę jakiej tamten się dopuścił wiele lat wcześniej. Ten wpada we wściekłość i zamyka naszych bohaterów w lochach.
Jestem odrobinę rozczarowany Legolasem, w filmie jest on pozbawiony swojej dawnej charyzmy z "Władcy". O wiele lepiej wypada za to wymyślona na potrzeby filmu elfka Tauriel. Jest młoda, bardzo wojownicza, pełna marzeń i uroku. Zaintrygowana jednym z członków wyprawy staje w obliczu wyboru pomiędzy lojalnością wobec władcy, a chęcią niesienia pomocy krasnoludom. Ostatnią wprowadzoną postacią jest Bard, przewoźnik z Miasta nad Jeziorem. Choć przez mieszkańców uważany jest za uosobienie męstwa i uczciwości, określenie "ponury" najlepiej pasuje do jego zachowania. Widoczne jest, że cierpi z powodu skrywanej przez siebie tajemnicy. Co więcej, gdy wychodzi na jaw cel podróży krasnoludów, stara się ich powstrzymać, choć bezowocnie. Wie, że w następstwie ich wyprawy powróci smok.

CO ZA SMOK!

A smok właśnie zasługuje na osoby akapit. To jedna z tych najlepiej animowanych komputerowo istot, jakie kiedykolwiek powstały. Wygląda niesamowicie i dostał na ekranie naprawdę dużo czasu, bo około 40 minut, w czasie których bawi się z Bilbem i krasnoludami w kotka i myszkę. Jest też bardzo gadatliwy i bystry: nie daje się zwieść bełkotliwym tłumaczeniom hobbita. Nie da się jednak przez cały ten czas zapomnieć, że jest postacią negatywną, pełną jadu. Gdy pod koniec filmu wykrzykuje: "Jestem ogniem! Jestem... śmiercią!", aż ciarki przechodzą po całym ciele. Myślę, że nawet dla samych scen ze smokiem warto zobaczyć cały film.

EPICKO I EFEKTOWNIE

Technicznie "Pustkowie Smauga" wypada bardzo dobrze. Ponownie możemy zobaczyć wiele zapierających dech w piersiach widoków. Fikcyjne miejsca, które odwiedzają bohaterowie, to zręczne połączenie praktycznych efektów specjalnych, ręcznie zbudowanych scenografii, z komputerowo dorobionymi tłami. Wszystko to wygląda bardzo naturalnie. Scen walki jest w filmie od groma, zostały świetnie zaplanowane choreograficznie. A najlepiej zrealizowane z nich to oczywiście starcie z pająkami, ucieczka w beczkach, walka Gandalfa i pojedynek ze smokiem.

Wariantów obejrzenia filmu mamy w kinach co nie miara: jest wersja zwykła, 3D, z napisami i z dubbingiem - do wyboru, do koloru. Ja byłem na wersji zwykłej z napisami. Efekty 3D uważam w tym filmie za zbędne, gdyż tylko raz w czasie trwania całego seansu zdarzyło mi się stwierdzić, że coś faktycznie mogłoby wyglądać ciekawiej w trójwymiarze. Reasumując: wielkie, epickie kino przypominające szybką jazdę na karuzeli, przygoda, która na wiele lat zapadnie nam wszystkim w naszej pamięci. A przy tym bardzo udany środkowy segment opowieści, co w przypadku wielu innych trylogii nie zawsze się udaje. Teraz pozostaje nam już tylko czekać na zwieńczenie tej historii za rok.

Tomasz Woźniak

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

#WieszPierwszy

Najczęściej czytane

Polecamy