SZYMON WYDRA: - MAM NA CZOLE NAPISANE „RADOM”

SZYMON WYDRA: - MAM NA CZOLE NAPISANE „RADOM”
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Przed tygodniem przedstawiliśmy Państwu pierwszą część rozmowy, którą z Szymonem Wydrą – liderem zespołu Carpe Diem przeprowadził Maciej Dobrowolski. Dziś część druga rozmowy.


Nie ma dla ciebie konfliktu między Bronią a Radomiakiem?

- Oczywiście, że nie ma! Moje serce od zawsze jest przy Radomiaku, ale szanuję naszego lokalnego rywala. I mówię to wprost. Zresztą Broń Radom też miała swoje sukcesy i my, radomianie, powinniśmy się z tego cieszyć, jako lokalni patrioci. Przecież Kazimierz Przybyś - piłkarz Broni, jako pierwszy zawodnik z Radomia zagrał na igrzyskach olimpijskich!

A czy to prawda, że kiedyś z własnej kieszeni sfinansowałeś transfer jednego z piłkarzy do Radomiaka?

- Tak, to prawda. Taka była potrzeba chwili. Dopiero później okazało się, że jesteśmy jedynym zespołem muzycznym w Europie, a w Polsce na pewno, który kupił piłkarza do klubu sportowego. Z naszej strony to nie był ruch marketingowy; my swojej popularności nie budujemy na takich zagrywkach. To był odruch serca; razem z chłopakami z Carpe Diem kupiliśmy zawodnika, bo nasz Radomiak był w potrzebie. W klubie wtedy źle się działo. To był taki moment, kiedy brakowało piłek na treningach czy nie było wody w kranie. Dlatego postanowiliśmy wspomóc nasz ukochany klub. A potem rozpoczęła się nagonka medialna. Do Radomia przyjechał „Teleexpress”, później „Panorama” i wiele innych programów informacyjnych. Do dziś nagrania można zobaczyć w Internecie. Było nam bardzo miło z tego powodu, ale nie robiliśmy tego, żeby się komuś przypodobać. Byliśmy już zespołem rozpoznawalnym, więc ani na tym nie zyskaliśmy, ani nie straciliśmy.

Wspomniałeś o telewizji... Dlatego proponuję, żebyśmy porozmawiali trochę o niej. Jak wspominasz tam swoje pierwsze kroki? Czy to była „Szansa na sukces”?

- Nie. Moje początki w telewizji to jeszcze lata 90. i słynny „Rower Błażeja”. Wtedy już powoli zaczęliśmy się przebijać. Bo trzeba przypomnieć, że Carpe Diem założyłem w 1992 roku. Jesteśmy stare konie, a za kilka dni – 18 września – będziemy świętować 23 lata istnienia. Przez pierwsze 10 lat graliśmy muzykę, która oscylowała wokół poezji śpiewanej. Sam Marek Niedźwiedzki powiedział, że jego zdaniem wykonujemy progresywną piosenkę autorską. A my mieliśmy wtedy przyjemność grywać m.in. z Elą Adamiak, ze Starym Dobrym Małżeństwem, z zespołem Raz Dwa Trzy, z Czerwonym Tulipanem czy Jarosławem Wasikiem. I to nie poprzedzaliśmy ich, tylko byliśmy równorzędnymi zespołami. Dziś miło ten czas wspominamy, a kumplujemy się nadal z wszystkim bez wyjątku.

I to ci miało wystarczyć? Tak to sobie planowałeś?


- We mnie zawsze drzemała dusza rockandrollowca! Zawsze chciałem wzmocnić brzmienie zespołu. Wtedy razem z Piotrem Dąbrówką, z którym założyłem zespół, zdecydowaliśmy pójść w inne strony. On postanowił zostać przy dźwiękach poetyckich, a ja wzmocniłem brzmienie. Oczywiście z Piotrkiem dalej się przyjaźnimy. Czas pokazał, że ja dobrze wybrałem. Zostałem wtedy zaproszony do „Szansy na sukces”. Choć jeszcze wcześniej miałem okazję poznać wielkie postaci naszej sceny muzycznej, jak Andrzej Zaucha czy Grzesiek Ciechowski.

Śpiewałeś jego piosenkę…


- Z szacunku do Grześka śpiewamy ją właściciwie do dziś. Obywatel GC, czyli „Tak, tak, to ja”. Z Grześkiem spotykaliśmy się na jego muzycznych imieninach. Wtedy też zespół TSA zaprosił nas na wspólną trasę koncertową; to było zaraz po ich powrocie z USA. Wtedy nie byliśmy znani szerszej publiczności, ale w branży już tak. Jednak ciągle brakowało pieniędzy na nagranie płyty i nasze marzenia były odkładane z roku na rok. Wtedy przyszła „Szansa na sukces”. To był jeden z największych moich osobistych sukcesów. Trafiłem na program z repertuarem Piotra Szczepanika i tam wylosowałem piosenkę „Goniąc kormorany”. Słynny utwór, który zdecydowałem się zrobić po swojemu. Zrobiłem swoją linię melodyczną i dostałem wyróżnienie.

Z rąk legendy, bo Piotr Szczepanik nią jest.


- To mistrz! Pamiętam, że po koncercie ja - młody szczaw podszedłem do pana Piotra i zapytałem, co zrobiłem źle, że dostałem wyróżnienie, a nie pierwsze miejsce. Oczywiście, bardzo mu dziękując za otrzymaną nagrodę. A on odpowiedział, że wszystko było w porządku, tylko nie do końca zrozumiał moją interpretację melodyczną tego utworu. Powiedział, że czuł, że to coś dobrego, ale nie do końca „jego bajka”. A ja mu odpowiedziałem, że nie śmiałem się z nim równać, bo Piotr Szczepaniak jest jeden i koniec! A rok później dostałem drugą szansę występu w tym programie.

Ktoś do ciebie zadzwonił czy sam się tam dobijałeś?

- W tamtych latach nagrywaliśmy wiele singli. Chociażby słynne „Do nieba nie chodzę, bo jest mi nie po drodze, czyli teraz wiem - carpe diem”; taki jest oficjalny tytuł tej piosenki, choć niewiele osób o tym wie. Ten utwór nagraliśmy w 1998 roku i rozsyłaliśmy go po różnych telewizjach i wytwórniach. I miałem to szczęście, że płyta jakimś cudem trafiła w ręce pani Eli Skrętkowskiej. Ona ją przesłuchała i wysłała zaproszenie.

Elżbieta Skrętkowska to producentka tego programu. Producentka, pomysłodawczyni. I w zasadzie to ona była „krwiobiegiem” twojego sukcesu.


- Dokładnie tak. I w ten sposób zdałem ten „casting”. Dobrze, że w ogóle poświęciła czas na płytę jakiegoś tam w ogóle nieznanego nikomu człowieka. I że znalazła namiary. Jestem w szoku do dzisiaj. Zaprosiła mnie do programu z repertuarem Ryśka Rynkowskiego; wtedy jeszcze pana Ryszarda. Dzisiaj jesteśmy z Ryśkiem kumplami. Trafiłem wówczas na piosenkę „Dary losu”. No i znowu zrobiłem to po swojemu.

A tym razem jak to się dla ciebie skończyło?


- Podszedł do mnie wówczas pan Ryszard i powiedział: „Czy byłoby panu przykro, czy czułby się pan nieswojo, gdyby kiedyś usłyszał pan, jak śpiewam ten utwór w telewizji czy na koncercie, ale nie w swojej, tylko w pana melodii?”. Słysząc te słowa, miałem w oczach łzy wielkie jak groch; po prostu się popłakałem. I możesz mi wierzyć, żaden następny taki namacalny sukces w postaci nagród, statuetek - a było ich dużo - nie miał takiego znaczenia. Nie równają się z tymi słowami Ryśka Rynkowskiego nawet razem wzięte. On po prostu docenił takiego prawdziwego Szymona Wydrę, tego autorskiego.

Potem na fali tego twojego wewnętrznego sukcesu - bo to był twój wewnętrzny sukces, nie tylko zewnętrzny - poszedłeś do... „Idola”.

- Jednak szczęście trochę jest w życiu potrzebne. Byłem w dobrym czasie w dobrym miejscu. Ale pamiętajmy też, że szczęściu trzeba pomóc, żeby się nie narazić na śmieszność. No i trafiłem do „Idola”. Akurat - jak się potem okazało - do najbardziej chyba legendarnej jego edycji.

Teraz wszyscy wzorują się na niej właśnie…

- Wszyscy.

Była tam bardzo mocna ekipa.

- Tak.

Zająłeś trzecie miejsce.

- Zająłem trzecie miejsce.

Ala Janosz, Ewelina Flinta na drugim miejscu i ty na trzecim.


- Ale to nie miejsca są istotne. Ważne jest po prostu, czy potem masz dla kogo grać, czy zdołasz zebrać pod sceną ludzi, którzy stworzą z tobą taką muzyczną rodzinę. Mnie się udało, Ewelinie się udało, Tomkowi Makowieckiemu, który był wtedy chyba piąty, też się udało. Ani Dąbrowskiej, która też jest z mojej edycji - ona była wówczas dziewiąta, na końcu - w ostatecznym rozrachunku też się udało. No, jest też Ala Janosz, która miała początek... No, nie najlepszy, generalnie rzecz ujmując. Ale to nie jest jej wina, tylko po prostu stworzono jej piosenki, które okazały się niewypałami.

A teraz jest tyle tych programów, że nie będzie miejsca.


- Nie wiem, czy nie będzie miejsca. Mam nadzieję, że każdy ma... Ja wszystkim dobrze życzę i mam nadzieję, że jak się robi dobrą muzykę, prawdziwą, nie udając, to Bóg wie, kogo wybierze. Nie wszyscy muszą być na pierwszych stronach gazet, prawda? Najważniejsze jest robić, realizować siebie, swoje marzenia, po to żeby na stare lata nie pluć sobie w brodę, że się nie próbowało.

A propos marzeń... Czy oglądasz „M jak miłość”?

- No, zacząłem oglądać. (śmiech)

Nie wiem, czy pamiętasz, jak widzieliśmy się ostatni raz na gali finałowej konkursu „Co za Talent” i życzyłem ci, żeby w „M jak miłość” jak najczęściej scenarzyści uśmiercali bohaterów albo podpalali domy. Bo w każdym odcinku, który kończył się nie najlepiej dla bohaterów, twoja piosenka królowała na końcu odcinka; mówię o „Duchu”. Dla mnie – wybacz - nie twoje poprzednie, ale właśnie ta jest najlepsza.

- Cieszę się bardzo, że to mówisz. I chciałem tutaj, moi kochani, podziękować. Właśnie na antenie Radia Rekord i na łamach tygodnika „7 Dni” podać rękę szefowi Radomskiej Grupy Mediowej, Maćkowi. Za wsparcie, jakie Rekord daje zespołowi Carpe Diem. To jest bardzo ważne. Ostatnio bolała mnie głowa i trafiłem do lekarza. Czekałem w poczekalni na swoje wejście i leciało właśnie Radio Rekord. A tam grany był „Duch”, czyli piosenka, o której właśnie zacząłeś mówić. Tak że tym bardziej zrobiło mi się miło i głowa trochę mniej wtedy bolała. (śmiech)

Szymon Wydra to już instytucja. Możesz zaprzeczać, ale taka jest prawda. Dumny jesteś z tego, co osiągnąłeś?


- Cieszę się, ale nie podniecam. Bo łatwo wtedy o wodę sodową, a już niejeden się na tym wykoleił. Podchodzę do tego z olbrzymią rezerwą... Robię to z szacunku dla naszych fanów; jestem właśnie nieufny z szacunku dla nich. Żeby ktoś - jakaś gruba ryba, tak finansjery czy showbiznesu - nas nie wykorzystała. Dlatego cieszę się, ale nie podniecam. Bo trzeba się z tego cieszyć.

W takim razie ostatnie pytanie - trywialne i dziwne. Gdybyś miał magiczny pierścień Arabeli (bohaterki czeskiego serialu z lat 80.), który spełniał życzenia, jakie byłoby twoje jedno życzenie?

- Chciałbym, żeby po prostu wszyscy byli szczęśliwi. A czym jest szczęście? No i tutaj można mówić bardzo długo na ten temat. Według Szymona Wydry – szczęście to po prostu brak nieszczęść.

To tego ci, Szymon życzę.

- I ja tobie również. Twoim przyjaciołom, wyznawcom Radia Rekord (śmiech) oraz czytelnikom „7 Dni” i portalu cozadzien. I zdrowia. To jest najważniejsze - być zdrowym i mieć oparcie wśród ludzi, którzy nadają z tobą na tej samej fali. Cieszyć się, ale nie podniecać i pracować nad sobą. Kłaniam się bardzo nisko. Niech Carpe Diem zawsze będzie z Wami! A jesienią, obiecuję, spotkamy się na koncercie w jakimś klubie w Radomiu z okazji 23 lat istnienia zespołu.


RED.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy