Ryszard Fałek: - Nie biorę udziału w teatrze.

Ryszard Fałek: - Nie biorę udziału w teatrze.
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Panie Ryszardzie, jest pan radnym wszystkich kadencji.

- Tak. Radnym jestem od 1990 roku. Jakoś tak się złożyło, że pan Jan Rejczak, z którym spotykaliśmy się u księdza Domagały, mówi: „słuchaj, będziesz przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego”. Zgodziłem się to zorganizować, ale nie zamierzałem startować. Wtedy dom budowałem, obowiązki, dzieci, gdzie tam był czas na jakieś inne rzeczy. Ale jak ja zrezygnowałem, pani Łęcka zrezygnowała, Tadziu Bator też, to okazało się, że nie ma kandydatów. Nie mogło być tak, że nikt nie będzie kandydował, że oddamy pole. Więc ja się zgodziłem, pani Łęcka się zgodziła i tak wystartowaliśmy; tak się zaczęło. Później okazało się, że to daje satysfakcję w życiu.

Ryszard Fałek kiedyś i obecnie - po godzinach









Nie dostałby pan tej propozycji, gdyby nie miał pan pewnych cech charakteru, które kształtowały się już w 15. roku życia...


- W 15. roku życia to już był sprawdzian. Wtedy wyemigrowałem z domu, poszedłem do technikum, na stancję, do internatu. Do 15 lat byłem pod pieczą rodziców i było to wychowanie tradycyjne, zdecydowane, dyscyplina, porządek, no i katolickie. Te zasady były na porządku dziennym. To była pobożna rodzina; moi dziadkowie szczególnie. To się przydało, jak zostałem sam w wieku 15 lat, kiedy wszystko może się zdarzyć. A wiem, że tak, bo niektórzy moi koledzy już nie żyją, bo poszli w alkohol czy narkotyki i to ich zniszczyło, choć byli w domu pod opieką rodziców. Mnie się udało w życiu – wiedziałem, czułem wewnętrznie, w co wchodzić, z kim się kolegować.

Co pana zdaniem pomogło kształtować charakter? Sport?


- Oczywiście. Tu są jasne zasady – jak nie wypracujesz sobie czegoś, to samo ci z nieba w sporcie nic nie spadnie. A jak to jest jeszcze sport indywidualny, to na nikogo nie zgonisz, nie powiesz, że to nie twoja wina. Systematyczność, konsekwencja, zasady fair play - to jest uniwersalne i to się zawsze sprawdza w życiu.

Czy trenował pan coś oprócz zapasów?


- Grałem jak każdy w piłkę; nawet w jakimś klubie przyzakładowym. Ale zawsze ciągnęło mnie do walki. Ponieważ byłem małym chłopcem - w ósmej klasie miałem 154 cm i w średniej szkole wchodziłem wszystkim pod pachę - to nie miałem wyjścia i musiałem ich wszystkich poprzewracać. Byłem silny, nieustępliwy, nawet miałem przezwisko „Słoń”. Ta determinacja przydaje się również w życiu, choć czasami upór nie przystoi.

Wychowywał się pan przez pewien czas w środowisku Romów. Tam z kolei bardzo ważny jest honor.

- To było jeszcze w podstawówce. Mieszkałem w rynku, wśród Cyganów; tak wtedy mówiliśmy. Byłem śniady, miałem ciemne włosy; pasowałem do nich, jak ulał. Pasowały mi ich zasady. Pasowała mi też muzyka, zabawy... Jako nastolatek, kiedy jechałem nad morze i się szybko opaliłem, do tego długie, falujące włosy, to każdy mówił, że jestem Cyganem. Nie protestowałem.

Co z tego okresu wspomina pan najmilej?


- Chyba tak jak każdy – wszystko. To piękny okres. Próbujemy wówczas życia, kosztujemy. Są obowiązki, szkoła, stres, klasówka; przeżywałem to bardzo. Ale przecież wiele się poznaje, są pierwsze znajomości, zakochania. Byłem poza domem, więc wybierałem z życia to, co mi pasowało. Do technikum farmaceutycznego chodziłem w Jeleniej Górze, więc była okazja chodzić w góry na wycieczki. Tak to polubiłem, że jako nauczyciel woziłem swoich uczniów w góry – pociąg, autobus, trzy dni w górach i pociągiem z powrotem.

Mówi pan o pierwszych zakochaniach. A kiedy poznał pan swoją żonę? Bo jedna i ta sama niezmiennie jest…


- Tak, już 38 lat jesteśmy razem. Poznałem ją w duszpasterstwie akademickim. Ja z kolegą graliśmy na gitarach, koleżanka na fisharmonii. Ksiądz Domagała prosił, żebyśmy zostawali po spotkaniach na zajęciach z młodszym rocznikiem i ja przyglądałem się pięknym niewiastom (śmiech). Jedną z nich sobie upatrzyłem; bawiliśmy się na andrzejkach, odprowadziłem ją do domu... A po roku ślub, na Boże Narodzenie poszliśmy do ołtarza.

Mieszkał pan w wielu miejscach. Kiedy z rodziną trafiliście do Radomia?

- Ojciec pochodzi z okolic Radomia. Urodził się w pobliżu Ciepielowa. W latach sześćdziesiątych nasłuchiwał Wolnej Europy i tam mówili, że Niemcy będą zabierać ziemię, więc wyjechał z Dolnego Śląska i kupił mieszkanie w Radomiu. Ja zostałem tam w technikum, dopiero na studia przyjechałem do Radomia - w 1974 roku i już zostałem. Jestem wartościowym radomianinem, bo z wyboru.

Ukończył pan technikum farmaceutyczne. W aptece jednak pana nie widziałem, raczej w szkole. Nie poszedł pan na farmację.

- Wychowawczyni mi odradziła. Stwierdziła, że nie nadaję się na kierunek, na którym trzeba się uczyć na pamięć łacińskich składów leków itd. Ja muszę mieć taki kierunek, w którym coś z czegoś wynika. Dlatego powiedziała „Ryszard, farmacja jest nie dla ciebie”.

Czyli jednak potrafi pan słuchać dobrych rad mądrych ludzi.


- Oczywiście. Zawsze słuchałem swoich profesorów, wykładowców, trenerów. Dużo łatwiej się później żyje. Warto korzystać ze sprawdzonych wzorców i sposobów na mądre i uczciwe życie. A nie tak, że „chcę być lepszy od niego i ukraść więcej niż on”. To mnie nie interesuje. Tak nie postępowali ludzie, z których brałem przykład.

Pytam, bo pańscy polityczni koledzy mają do pana pretensje, że ich pan nie słucha. Mało tego - że jest pan nieprzewidywalny i potrafi zrobić niespodziankę.


- Owszem. Tak było np. na ostatniej sesji, kiedy głosowałem jako jedyny przeciw likwidacji tzw. niskiej emisji zanieczyszczeń, czyli pieców opalanych węglem. Głosowałem przeciw, bo kopalnie to ważna gałąź gospodarki i moim zdaniem trzeba się skupić nad wprowadzaniem nowych technologii, a nie na likwidacji pieców. Sam mam piec na ekogroszek i jak jest dobrze ustawiony, to nawet dymu nie widać. Żadnego zapylenia. Poza tym musimy mieć w kraju bezpieczeństwo energetyczne.

Skoro pan mówi o ostatniej sesji, to z kolei w przypadku głosowania nad obniżeniem opłaty adiacenckiej, najpierw zgłosił pan poprawkę, a następnie po jej przyjęciu przez radnych głosował pan przeciwko swojej propozycji razem z całą uchwałą. Stwierdził pan: „nie mogę brać udziału w tej głupocie”.

- Zwracałem uwagę, że ta uchwała powinna być wycofana, bo nie była odpowiednio przygotowana. Nie było kosztów, nie było źródeł finansowania; to wszystko w trakcie roku budżetowego, więc prosiłem, żeby tego nie wprowadzać. Jednak na siłę wprowadzono pod obrady. Skoro zatem można bez żadnego uzasadnienia zażyczyć sobie obniżenia opłaty o 10 proc., to ja zaproponowałem, żeby pójść jeszcze dalej i obniżyć o kolejne 10. I co? I przegłosowali to! Byłem pewien, że radni PiS przeciwko sobie nie zagłosują. Aż zgłupiałem, ale w dalszej części tego teatru już nie mogłem brać udziału. Skoro mówiłem, że 10 proc. jest nieodpowiedzialne, to 20 proc. jeszcze bardziej. Dlatego zagłosowałem przeciw.

Gdzie w takim razie pana teraz znaleźć, ulokować politycznie? Są tacy, którzy zarzucają panu zdradę.

- No tak, wyzywają od zdrajców, od plew. Ale ja proszę, żeby w takim razie pokazali moje głosowania, które są przeciwko miastu Radom. Nie ma takich głosowań i nie będzie. Jestem przewodniczącym Wspólnoty Samorządowej. Ustaliliśmy, że - niezależnie, jaka opcja będzie rządziła – będziemy głosowali zawsze za rozwiązaniami korzystnymi dla miasta. Kto by ich nie zgłaszał. Ja nie myślę, żeby kogoś blokować, czy z lewa czy z prawa. Jeśli coś jest korzystne dla Radomia, to to popieramy. Jestem tu, gdzie jestem i reprezentuję mieszkańców. Obecnie, gdyby weszły okręgi jednomandatowe, to mam szanse dalej zafunkcjonować. Jeśli nie wejdą, będzie trudno.

Był pan w hali w Katowicach, kiedy miała miejsce ta straszna katastrofa, gdy pod naporem śniegu runął dach. Odbywała się tam wystawa gołębi rasowych. Wiele osób zginęło. Pan siedzi tu i rozmawia ze mną. Opatrzność czuwa nad panem?


- 65 osób zginęło, sto kilkadziesiąt ciężko rannych. W sumie było tam kilkaset osób. Jechaliśmy z kolegą Zbigniewem Majem, hodowcą gołębi, na Puchar Polski Seniorów do Raciborza. Zabraliśmy jego dwóch kolegów hodowców, zostawiliśmy ich w hali w Katowicach i pojechaliśmy dalej. Po zawodach wróciliśmy do Katowic. O godz. 17 kupiliśmy bilety na wystawę. Mam je do dzisiaj. Weszliśmy do środka, poszliśmy do centrum, gdzie były te nagrodzone ptaki. Padło wtedy ważne zdanie... Teraz wiem, że wszystkie zdania były wówczas ważne … Zbyszek powiedział, żebyśmy poszli do tych regionalnych, jego kolega ze Słupska tam wystawiał. Mówił, że później wrócimy do tych najlepszych, będzie porównanie. Odeszliśmy te kilkadziesiąt metrów. Zaczęliśmy oglądać te inne gołębie i wtedy właśnie hala zaczęła się walić. Nie biegliśmy jak większość do drzwi, tylko do ściany. Pęd powietrza, ciśnienie było takie, że kolega miał dziurę w skórzanej kurtce. Przeciwległa ściana zaczęła się pochylać w naszą stronę. Pomyślałem, że nas przygniecie. Ale zwinęła się jak dywan, później zrobiło się z tego coś w rodzaju namiotu i dopiero pod tym pobiegliśmy w stronę drzwi. Wybiliśmy je, a później z zewnątrz wybiliśmy drugie drzwi, bo ludzie w środku byli tak ściśnięci, że nie mieli jak wziąć zamachu nogą, żeby kopnąć. Wtedy ludzie wybiegli na zewnątrz. Tak to było.

Ma pan bardzo dużo szczęścia. Wiąże pan to z faktem, że pielgrzymuje pan na Jasną Górę bardzo często?


- Na pewno. Bo chodzę na pielgrzymki z przekonania. Od dziecka chodziłem do kościoła i na religię, chociaż wcale nie musiałem. Jak mówiłem – mieszkałem sam, rodzice mi nie kazali. Jestem katolikiem nie tylko z nazwy, nie tylko dlatego, że mnie ochrzczono.

Ile razy był pan na pielgrzymce?


- 22 razy. Teraz się szykuję do 23. W tym roku.

Jest pan domatorem.

- Tak można powiedzieć. Nie przypominam sobie czegoś takiego, jak wyjazdy urlopowe. Pielgrzymka to najdłuższy okres, kiedy z domu wybywam. No i dwa razy byłem w sanatorium, bo mam problemy z kręgosłupem. Sport to zdrowie (śmiech). W sanatorium wylądowałem na L4.

Ale wokół domu robi pan wszystko, kręgosłup nie przeszkadza.

- Lubię majsterkować, wychodzę za dom i od razu jestem na wakacjach. Mam tę zdolność, że kiedy jadę samochodem do domu, to jeszcze jestem w pracy. Ale kiedy zamknę bramę garażową, odłączam się od wszystkiego, wyłączam telefon, głowa się odkodowuje. Skupiam się tylko na tym, co jest do zrobienia wokół domu. Mam całą aparaturę. Lubię murować, mam małą betoniareczkę, mam spawareczkę, potrafiłem sam wymurować piec, zrobić ogrodzenia, boksy dla psów i kotów. Wszystkie skalniaki to też moje dzieło.

Hoduje pan zwierzęta?


- Moją domeną są psy obronne, a koty to domena żony. Jest w nich zakochana. Zawsze były w domu, ale jak to koty – mieszkamy na Kapturze, więc one mają miejsce - gdzieś wyłaziły i chodziły po okolicy. I niestety, zdarzało się, że któregoś z naszych kotów przejechał samochód. Żona w płacz... Pomyślałem, że nie może tak być. I z siedem lat temu zrobiłem wybieg dla kotów. Kupiłem profile, siatkę, wymurowałem, pospawałem taki boks. I dzisiaj koty cały rok wychodzą sobie do tego wybiegu przez wahadłowe drzwiczki na półpiętrze; mają się gdzie bawić. Najważniejsze, że nie giną pod kołami samochodów. Polecam innym, jeśli ktoś ma kawałeczek działki za domem.

Oprócz aparatury do majsterkowania ma pan jeszcze aparaturę do wina. Ponoć nie pije pan nie swojego wina, a jeśli swoje, to tylko kilkuletnie.


- Pierwsze wino mam z 1984 roku. Jest jedna butelka z dzikiej róży i z jabłek kilka butelek. A później to już rocznikami. Co dwa, trzy lata są robione. Mam kilka balonów. Trzy lata temu robiłem wino ostatni raz. Wówczas zrobiłem 70 litrów miodu pitnego. Już teraz smakuje dobrze, ale za pięć, osiem lat to będzie poezja … 60 litrów z winogron i pierwszy raz wino z malin. Niesamowity kolor i wstrzeliłem się w smak. Trzeba kontrolować zawartość alkoholu, żeby nie wyszedł ocet. Nie może zabraknąć cukru. Jeśli będzie nieco za dużo, nie szkodzi – wyjdzie półsłodkie albo deserowe. To z malin wyszło świetnie. Za 10 lat będzie pożytek. Młodszego niż 12-letnie nie pijam.

Mam wrażenie, że gdyby pan nie kontynuował z jakichś przyczyn działalności politycznej, wcale by się pan nie zmartwił. Ma pan co robić.

- Zawsze byłem pracowity. Zawsze do wszystkiego dochodziłem sam. Np. działkę dali teściowie, ale dom to nasza własna praca. Własną głową i rękoma. Nikogo nie okradłem, nikogo nie oszukałem. Mam tę satysfakcję. Dzisiaj nadal lubię pracować. Po okresie pracy w urzędzie wróciłem do szkoły, ale teraz dostałem propozycję ciekawej pracy, poza Radomiem wprawdzie, ale podjąłem wyzwanie i zobaczymy, jak to będzie.

Czego panu życzyć przed październikiem, przed wyborami?


- W tegorocznych raczej nie wystartuję, bo nie ma takiej listy. Chyba, że się pomysł zrodzi z panem Kukizem, że wejdą JOW-y. Zawsze byłem za JOW-ami, bo wiem, jak funkcjonują partie polityczne. Jest grupa, elita działaczy, która ustawia, kto może być na liście, kto nie. Kto był troszkę nieposłuszny, to już go nie ma, w związku z tym nie ma racji bytu. To jest dyktat od góry, finansowanie też duże. Przy jednomandatowych nie potrzeba finansowania. Dzisiaj radni startują, nikt im pieniędzy nie daje. W przypadku wyborów do rady miejskiej muszę zrobić kampanię na jedną piątą miasta. W przypadku parlamentarnych – na jedną trzecią. Jak mnie stać na jedną piątą, to niewiele trzeba dołożyć na jedną trzecią. Nie muszę finansować partii, w związku z czym jest to tanie. I odpowiadam tylko przed ludźmi. Pasuje mi propozycja PO czy PiS – popieram. Nie pasuje – jestem przeciw. Tak jak dzisiaj w radzie. Ludzie wiedzą, jak głosuję. I przed ludźmi będę się z tego rozliczał. Nie muszę przed nikim chodzić na kolanach. Byłem uczciwy, dobrze pracowałem – ludzie mnie wybiorą. Nie sprawdziłem się – nie zagłosują na mnie. To takie proste.



rozmawiał: Rafał Dziewięcki. fotografował: Szymon Wykrota, zdjęcia z archiwum prywatnego

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy