Ponura historia pięknej kamienicy

Ponura historia pięknej kamienicy
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

W latach 30. XX w. budynek był miejscem zamieszkania kadry inżynierskiej Fabryki Broni. We wrześniu 1939 r. pracownicy zostali ewakuowani na prawy brzeg Wisły. Od ok. 25 września 1939 r. do 15 stycznia 1945 r. kamienica służyła Niemcom.

- W sumie do końca nie wiadomo dlaczego właśnie ją wybrano na siedzibę niemieckiej policji. Przypuszczam, że główną przyczyną był fakt, że budynek był pusty. Trzeba też pamiętać, że wówczas był to jeden z nielicznych budynków w Radomiu, posiadających centralne ogrzewanie i własną kotłownię – mówi dr Sebastian Piątkowski z radomskiej delegatury Instytutu Pamięci Narodowej. - Budynek został obsadzony przez policjantów przybyłych z Niemiec. Przez następne pięć lat był centralą, z której kierowano zwalczaniem polskiego ruchu oporu nie tylko w Radomiu ale w całym dystrykcie. Z niemieckiej perspektywy były to działania bardzo skuteczne.

Większość aresztowanych przez Niemców osób trafiała na oddział specjalny więzienia przy ul. Malczewskiego w Radomiu. Te osoby, które były uznawane przez Niemców za najbardziej niebezpieczne, osadzano właśnie w piwnicach budynku przy ul. Kościuszki 6.

- Ludzie, którzy trafiali do aresztu gestapo przy ul. Kościuszki nie odzyskiwali nigdy wolności – droga stąd prowadziła tylko na miejsce straceń, lub do obozu koncentracyjnego. Tylko nieliczni z nich przeżyli wojnę. Gdyby podliczyć powojenne zeznania więzionych tutaj osób, będzie ich może 10. Wszyscy z zeznających przeszli przez obozy koncentracyjne i uniknęli śmierci wręcz cudem. Szacuje się, że przez cały okres wojny w podziemiach budynku przetrzymywano w różnych okresach w sumie ok. 500 osób – podkreśla Piątkowski.

Piwnica budynku posiada jeden korytarz. Wzdłuż niego umiejscowionych było 15 cel. Więźniów przetrzymywano w nich zazwyczaj pojedynczo. W celach nie było światła, ubikacji czy też dostępu do bieżącej wody. Znajdowały się tam wyłącznie metalowe łóżka. Cały areszt posiadał tylko jedną umywalkę z jednym kranem - więźniów wyprowadzano do niej raz na kilka dni. Okienka były zakratowane i zasłonięte koszami, by zminimalizować jakąkolwiek możliwość kontaktu ze światem zewnętrznym.

- Niektórzy z więźniów byli na stale przykuci do metalowych łóżek. Wśród gestapowców był jeden, który zajmował się karmieniem i myciem takich osób. Inni mieli przez cały czas ręce skute kajdankami. Zdejmowano je trzy razy dziennie na kilka minut, tak, by więzień mógł zjeść posiłek. Warunki życia niewyobrażalnie trudne, zwłaszcza zimą. Chociaż niektórzy więźniowie mieli koce, osoby przykute do łóżek nie miały możliwości przykrycia się nimi – opisuje naukowiec z IPN- u.

Przetrzymywanie więźniów w areszcie pozwalało gestapowcom zabierać ich na przesłuchania w każdej, wygodnej dla nich porze dnia i nocy. Teoretycznie według niemieckiego regulaminu, podczas przesłuchania więzień nie mógł być bity. Przesłuchujący mógł jednak uzyskać od swego zwierzchnika zgodę na prowadzenie przesłuchania w w tzw. trybie zaostrzonym, który pozwalał na zadanie więźniowie maksymalnie 20 uderzeń w pośladki, co miało skłonić go do składania zeznań.

- W praktyce wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Na trzecim piętrze budynku znajdowała się tzw. górka, czyli strych, gdzie jak wspominają więźniowie, znajdował się specjalnie przystosowany do przesłuchań fotel dentystyczny. Więźnia przypinano doń pasami w taki sposób, by naprężyć określone części ciała. W tym momencie rozpoczynało się bicie różnymi akcesoriami: pejczem, pogrzebaczem, kawałkami drewna, szpicrutą. Znajdowały się tam również haki, na których można było podwiesić człowieka za ręce pod sufitem i bić go we wszystkie części ciała. Podczas przesłuchań więźniom zadawano niewyobrażalne cierpienia. Zdarzało się, że więźniowie umierali już podczas bicia. Często trafiali oni do cel nieprzytomni, spływający krwią, z połamanymi żebrani i kośćmi. Rano, podczas wydawania posiłków, okazywało się, że ludzi ci już nie żyją. Częste były także samobójstwa, wynikające zarówno ze strachu przed bólem, jak i z obawy, że człowiek „pęknie” i wyda Niemcom swych swych współpracowników z konspiracji - opisuje radomski historyk.

Niemcy wyprowadzili się z budynku przy ul. Kościuszki 15 stycznia 1945 r. Tuż po wyzwoleniu w kamienicy zorganizowano Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Radomiu. Zajmowano się wówczas zwalczaniem podziemia niepodległościowego i wszelkiej opozycji.

- Jeżeli na kogoś padł choć cień podejrzenia, zabierano go do tego budynku i tam też prowadzono dochodzenie. Wówczas w piwnicy znajdował się wyłącznie tymczasowy areszt. Katowano tu ludzi. Przesłuchania wyglądały w taki sam sposób jak za czasów gestapo – opisują Marcin Sołtysiak i Krzysztof Busse z delegatury IPN w Radomiu. - Sytuacja zmieniła się jednak co do ilości osób przetrzymywanych w celach. Skoro do aresztu mógł trafić każdy, te pomieszczenia znajdujące się w piwnicy kamiennicy były skrajnie przepełnione. Niestety nikt nie podjął się tego, by spróbować obliczyć ile osób w ciągu tych lat było przetrzymywanych przy ul. Kościuszki – dodają.

Kamienica służyła jako siedziba UB jeszcze do końca 1947 roku. Teraz jest to budynek, który zamieszkują mieszkańcy naszego miasta. W piwnicach zamalowane zostały napisy pozostawione przez więźniów na ścianach piwnic. Pozostały tylko drzwi, na których wyryte są napisy z lat wojny i późniejszych (np. nazwiska więźniów i daty, napisy „Jezu, zmiłuj się”, „Matko, zmiłuj się nad nami”). Drzwi te są prywatną własnością i urzędowo trudno jest je zabezpieczyć przed dalszym niszczeniem.

- Był pomysł powstania w tym budynku Izby Pamięci, lecz aktualnie nic się w tej sprawie nie zmieniło i pewnie tak pozostanie. Szkoda tylko, że tak ważne miejsce dla historii Radomia nie jest upamiętnione – podsumowuje Marcin Sołtysiak.

GALERIA ZDJĘĆ PONIŻEJ

Nina Zaborowska/ Foto M. Sołśnia

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy