"Nie ciągnie mnie do wielkiej polityki"

Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Mówią o nim, że w radomskim Prawie i Sprawiedliwości znaczy wiele, a może znaczyć więcej. Jakub Kowalski - przewodniczący Klubu Radnych PiS.

Chciałbym zapytać o początki pana politycznej kariery. Słyszałem, że rozpoczynał pan tradycyjnie – tak, jak wielu działaczy od roznoszenia ulotek w wieku kilkunastu lat.

- Jako szesnastolatek. Zazwyczaj osoby, które trafiają do młodzieżówki, tak zaczynają.

Szesnaście lat... Który to był rok?

- 2002; rok, kiedy trafiłem do Prawa i Sprawiedliwości. Wtedy kampanie wyborcze prowadziło się na ulicach właśnie za pośrednictwem ulotek i plakatów wyborczych, więc było rzeczą naturalną, że każdy, kto trafiał do młodzieżówki, angażował się, działał w ten sposób. Później dopiero miałem okazję doświadczyć, jak bardzo personalizuje się polska polityka. Jestem dzisiaj młodym, trzydziestoletnim człowiekiem, który ma już bogate doświadczenie w tym zakresie. Często uważam, że zacząłem za wcześnie - jeżeli ma się 30 lat i są już momenty, kiedy mówi się „nie”. Dzisiaj to jest trzynasty rok działalności politycznej na 30 lat życia. To spore doświadczenie. Dobrze jest zacząć wcześnie, ale nieraz sobie myślę, że ja wystartowałem z działalnością polityczną zbyt wcześnie. Bo często mam wrażenie, że może warto zmienić branżę. Ale później - w momencie, w którym gdzieś tam godzę się z pewnymi rzeczami, które oglądam w polskiej polityce - uważam, że nie. Jednak młodzi ludzie muszą działać, żeby tę politykę zmienić.

Trzeba mieć grubą skórę czy stalowe nerwy w polityce?

- Jedno i drugie. Przede wszystkim jednak trzeba chcieć zmieniać politykę i zmieniać dyskusję.

A politykę da się zmienić? Przecież obrzucamy się nawzajem błotem bez względu na opcje polityczne.

- Da się. Wydaje mi się, że są takie momenty, kiedy potrafimy się od tego powstrzymać. Ubolewam, że jeszcze w dużej polityce tak nie jest, ale w polityce samorządowej, którą współtworzę od wielu lat, już tak. Pamiętam niektóre dyskusje w radzie miejskiej... Jako młody człowiek byłem bardzo przestraszony tym, co słyszałem z mównicy rady miejskiej. Później moje apele i apele innych osób doprowadziły do tego, że zmieniliśmy język debaty politycznej. Bo naprawdę rozmowy, dyskusje na sesji obrad rady miejskiej wyglądają dzisiaj dużo lepiej niż wyglądały wcześniej. Wydaje mi się, że jest tutaj zasługa młodych radnych innego pokolenia, które spowodowało, że nie ma tam dzisiaj pyskówek, szarpanin i takich ad personam ataków i obrzucania się błotem.

Brakuje Bohdana Karasia? Bo to na pewno był człowiek, który łączył. Bez względu na opcje polityczne łączył ludzi i tu co do tego nie mamy wątpliwości.

- Śmiało mogę powiedzieć, że Bohdan Karaś był moim kolegą. Mimo dużej różnicy wieku, mimo różnicy poglądów. No, bo z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość, a z drugiej SLD. Ale zawsze szanowałem Bohdana. I będę go pamiętał właśnie jako człowieka, który potrafił usiąść do stołu, rozmawiać, łagodzić spory. Często się spieraliśmy, bo to nie ulega wątpliwości, ale robiliśmy to w sposób cywilizowany. Wspólnie z Bohdanem udało się zrobić dużo na rzecz tego, żeby radomska polityka wyglądała inaczej. Bohdana będę wspominał jeszcze bardzo mocno z tego powodu, że obaj byliśmy prekursorami obecności polityki w mediach społecznościowych. On jako pierwszy założył bloga, ja byłem jedną z pierwszych osób, która używała Facebooka i różnych mikroblogów do tego, żeby komunikować się politycznie.

A miłość do żeglarstwa skąd?

- Z pasji od najmłodszych lat. To była chyba piąta klasa podstawówki.

To był obóz?

- Tak. To był wyjazd na Mazury z mojej parafii, z Glinic; byłem mocno związany ze środowiskiem mojej społeczności parafialnej. I tak się zaczęła przygoda z łódkami. Później pojawiły się pierwsze obozy żeglarskie, szybko porobione patenty. Szkoliłem innych na tych obozach. Aż wylądowałem na pierwszym rejsie po Bałtyku. Wtedy zrozumiałem, jak wiele znaczy dla mnie żeglarstwo.

Jakaś taka nieprzyjemna przygoda na tym Bałtyku się zdarzyła?

- Wiele przygód, które na pewno hartują i uczą pokory dla tego, co dookoła. 2009 rok, duże regaty na Bałtyku, kiedy płynęliśmy z Gdańska do Sankt Petersburga. Sztorm, podczas którego żaglowiec Pogoria złamał dwa maszty.

Pan był wówczas na pokładzie?

- Jedną milę morską w największą zawieruchę. I naprawdę byłem potężnie przerażony tym, co się działo. Obok, ale mieliśmy świetnego kapitana. Mojego rówieśnika, ale mimo to osobę, której bezgranicznie ufałem i wiedziałem, że to, co robi, ma sens i pomoże nam wyjść z tej sytuacji. Szczęśliwie udało się bez szkód. Ani w ludziach, ani w sprzęcie. Pamiętam, że kiedy po tym sztormie poszedłem spać, spałem blisko 20 godzin. Każdy z nas był potwornie zmęczony, przemoknięty. Łódka ciekła wszystkimi możliwymi częściami, wybieraliśmy z niej mnóstwo wody... Wszystkie nasze rzeczy porozrzucane, połamane szafki; urwał nam się stół, przy którym jedliśmy posiłki. To są chwile, które uczą pokory i dystansu do życia.

No, właśnie – woda to ogromne wyzwanie; nie tylko ta na Bałtyku, ale także Mazury. Wiemy, że pan bardzo często żegluje na Mazurach. Tam trzeba liczyć się z takimi zjawiskami jak szkwały.

- Oczywiście. Każda woda niesie za sobą ryzyko i nie ma znaczenia, czy to są Mazury czy inny akwen. Zawsze pogoda potrafi nas zaskoczyć i zawsze trzeba mieć to na uwadze. Dlatego też różne sytuacje życiowe na wodzie nauczyły mnie tego, że trzeba przewidywać, trzeba patrzeć chwilę naprzód, a przede wszystkim trzeba podchodzić z pokorą i szacunkiem do tego, co dookoła.

Czy to ma przełożenie na politykę?

- Oczywiście, że ma. Proszę zobaczyć - ta pokora, której gdzieś, na różnych odcinkach życiowych człowiek się uczy, powoduje, że zachowujemy się tak, a nie inaczej. Mimo że wielu mnie do tego namawiało, nie zdecydowałem się na start w wyborach do sejmu. Zarówno w poprzednich, jak i w tych. Potrafię oceniać, potrafię zobaczyć, co jest lepsze z punktu widzenia grupy w danej chwili. Uważam, że lepsze dla Prawa i Sprawiedliwości jest w tej chwili to, żebym pracował na rzecz moich kolegów, na rzecz zwycięstwa innych kandydatów Prawa i Sprawiedliwości, niż żebym sam startował. Nie mam z tym problemu, żeby powiedzieć „nie, rezygnuję”. Nie będę się bił o miejsce... Bo często w polityce jest tak, że nawet o miejsce trzeba rywalizować z innymi. Pewnie miałbym dobrą pozycję wyjściową w tej rywalizacji, ale po tym, jak Andrzej Kosztowniak i Anna Kwiecień przestali jesienią pełnić swoje funkcje, uznałem, że to oni bardziej zasługują, by być na listach do sejmu. I to z ich startu Prawo i Sprawiedliwość będzie miało większą korzyść i pożytek, niż z mojego.

Pana nie ciągnie do Warszawy?

- Mnie jakoś nie ciągnie do wielkiej polityki. Przynajmniej na razie. Zwłaszcza kiedy patrzę na kariery tych młodych, którzy zaczęli za wcześnie. Uważam, że to źle zacząć za wcześnie. Przykład Adama Hofmana z Prawa i Sprawiedliwości czy Sławomira Nowaka z Platformy Obywatelskiej pokazuje, że na wszystko jest czas i pora. Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Wydaje mi się, że w polityce powinno się przepracować wiele różnych szczebli. Uważam, że solidnie przepracowałem szczebel samorządu lokalnego, dobrze znam jego problemy. Chciałbym popracować na trochę innych funkcjach, na trochę innych odcinkach życia publicznego w Polsce, ale jest jeszcze czas, żeby zaistnieć w dużym życiu parlamentarnym.

A poza polityką, oprócz żeglowania, co pan lubi robić najbardziej?

- Moją pasją – i to taką, której nigdy bym się nie spodziewał - są narty. Kiedy koledzy pierwszy raz namówili mnie, żebym pojechał z nimi na narty, byłem przerażony. Pierwsze zjazdy to była udręka. Ale pewnego dnia zrobili mi psikusa, oszukali mnie - kiedy wsiadałem na wyciąg, powiedzieli, że jedziemy na taką bardzo łagodną, niebieską trasę, z której jakoś tam zjadę. Kiedy wylądowaliśmy na szczycie góry o wysokości 2 tys. m okazało się, że w prawo jest trasa czarna, a w lewo czerwona. Nie za bardzo miałem wyjście. Założyłem narty, zjechałem. Wtedy się przełamałem i zaczęła się moja fajna przygoda z nartami. Dzisiaj bardzo lubię tę formę aktywnego wypoczynku. Pierwszy raz w tym roku pojechałem z żoną nad morze, do jednej z popularnych miejscowości i zobaczyłem, co się dzieje na chodnikach – dziesiątki straganów, na jednym rogu kapela disco polo, na drugim Indianie grający na fletach... Niedługo tam wytrzymałem. Poprosiłem, żebyśmy pojechali na Mazury, w krzaki, gdzie cisza i spokój. No i tak się stało, za co żonie dziękuję. Bo nad morzem nieszczególnie bym wypoczął.

Czyli cisza i spokój pomaga panu odpocząć po nieprzespanych - na przykład z powodu ustawiania życia politycznego – nocach?

- Tak. A poza tym aktywny wypoczynek. Lubię się zmęczyć w ten sposób. Cisza i spokój, aktywny wypoczynek. Nie preferuję takich form wypoczynku, jak leżakowanie na plaży.

To przy tej aktywnej formie wypoczynku pozostaje zdrowia życzyć, bo ono się przydaje.

- Bardzo dziękuję.

RED.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy