MAREK WIKIŃSKI: Kandydaci SLD to mięso armatnie

MAREK WIKIŃSKI: Kandydaci SLD to mięso armatnie
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Od kilku lat nie można było spotkać pana w mediach. Obraził się pan na świat za przegraną w wyborach?

– Na nikogo się nie obrażałem. Oczywiście przykro mi było, że w 2011 roku wyborcy obdarzyli zaufaniem człowieka, który opowiadał niestworzone historie, „kity żenił” mieszkańcom Radomia, że wybuduje tor Formuły 1...

Mówimy o pośle Armandzie Ryfińskim.

– A jeśli chodzi o media... Pamiętam historię, jak jechałem samochodem z żoną i dzieckiem i zadzwonił telefon. Pani redaktor zapraszała mnie do telewizji. Odpowiedziałem jej bardzo szczerze, że gdyby zadzwoniła jakiś czas temu, kiedy byłem posłem, to natychmiast pojechałbym do telewizji, a żona z dzieckiem musieliby czekać w samochodzie. Natomiast teraz jedziemy na rocznicę śmierci mojej mamy i to jest dla mnie znacznie ważniejsze niż pokazanie się w „okienku”. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dzisiaj mam większy dystans, szersze spojrzenie. I nic nie muszę.

Cofnijmy się nieco w czasie, bo od czegoś ta działalność polityczna i społeczna się zaczęła. Sięgam pamięcią do czasów studenckich, kiedy Marek Wikiński był szefem Zrzeszenia Studentów Polskich w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu.

– To już prehistoria. W 1991 roku miałem zaszczyt po raz pierwszy startować w wyborach demokratycznych, całkowicie wolnych, z listy znanego działacza Zbigniewa Bujaka; nazywało się to ugrupowanie Ruch Demokratyczno-Społeczny. Później, w 1993 roku, startowałem z list SLD; następnie w 1997, 2001, 2005, 2007, 2011. Siedem razy z rzędu dawałem swoje nazwisko, wkładałem ciężką pracę w wyborach parlamentarnych. I kiedy słucham niektórych polityków, że na listach powinni być ludzie w wieku 25-45 lat, to znaczy, że ja się już nie kwalifikuję.

Pierwsza lista, z której pan kandydował, to lista Zbigniewa Bujaka. Jak to się ma do określenia „Wikiński – stary komuch”?

– To krzywdząca opinia. Ci, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, że nigdy nie byłem członkiem PZPR. Moja przygoda z demokracją rozpoczęła się od aktywności w ruchu studenckim. Byłem działaczem samorządowym na naszej uczelni, byłem działaczem ZSP aż do objęcia funkcji przewodniczącego Rady Naczelnej. Co później – na mocy koalicji zawartej pod auspicjami prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – dało mi możliwość startu z listy radomskiej, ale jednocześnie byłem umieszczony na tzw. liście krajowej, która została w wyborach roku 2001 zlikwidowana. Wtedy Leszek Miller umieścił mnie na siódmym miejscu i udało mi się zdobyć najlepszy wynik. Wygrałem m.in. z Tomaszem Nałęczem, który był liderem listy w naszym okręgu.

Co spowodowało, że w tym 2011 roku się nie udało? To przecież nie tylko wspomniany kandydat.

– Przyczyn było kilka. Przede wszystkim sztab krajowy SLD zlekceważył Janusza Palikota. Pamiętam, jak dzwonił do mnie rzecznik prasowy, pytając o opinię, czy przewodniczący Napieralski powinien wziąć udział w debacie zwołanej po spontanicznej reakcji Donalda Tuska na propozycję dziennikarki Polsat News. W tej debacie wziął udział premier Donald Tusk i wicepremier Waldemar Pawlak. Moje stanowisko było jednoznaczne – Grzegorz Napieralski, jako lider SLD musi pojawić się na tej debacie, bo już żadnej innej debaty na szczeblu liderów partii politycznych nie będzie. To była typowa ustawka, mająca na celu to, aby rządzący mogli powiedzieć „przecież my już udział w debacie braliśmy, już debata się odbyła”. Moi koledzy mieli inne zdanie. Uważali, że uda się doprowadzić do debaty takiej, jaką zorganizowałem jako szef sztabu w 2010 roku, a w której uczestniczyli Bronisław Komorowski, Jarosław Kaczyński, Waldemar Pawlak i Grzegorz Napieralski. Po niej Grzegorzowi poparcie wystrzeliło do 16 proc., później, w wyborach było to 14,6 proc. Ale wracając do 2011 roku... Wtedy Grzegorz nie zgodził się na udział w debacie. I to był ten moment, kiedy Janusz Palikot zaczął się naigrawać z naszego lidera: że stchórzył, że nie podniósł rękawicy, itd. Wtedy było bardzo duże poparcie dla Palikota. To był fenomen. Człowiek bez żadnej struktury i praktycznie bez pieniędzy – bo opowiadał, ile to przeznaczy na kampanię, ale wystarczy sprawdzić sprawozdanie złożone do PKW, żeby zobaczyć, że to wszystko było fikcją – zdobył 10-procentowe poparcie społeczne. Mało tego – był taki pęd, taka wiara, że ten nowy ruch wniesie świeży powiew do polityki. Kandydaci Twojego Ruchu mieli większe poparcie niż kandydaci SLD. Sam Messi nie wygra meczu, musi być drużyna. Polityka jest grą zespołową, a w SLD panowało przekonanie, że jeśli zdobędziemy mandat, a uznawano to za pewnik, to ów mandat weźmie Marek Wikiński. No i ludzie się nie angażowali. Co innego, kiedy do zdobycia jest hipotetycznie kilka mandatów... Wtedy ludzie z ostatnich miejsc na liście „gryzą trawę”, żeby ugrać jak najwięcej dla siebie i co za tym idzie – dla całej listy, która ma wówczas dobry wynik. Przez cztery lata od tamtych wyborów dużo wody upłynęło w polskich rzekach. W tym czasie miałem rozmowę z jednymi z moich przyjaciół, co do których byłem przekonany, że całą rodziną głosują na mnie. Okazało się, że zagłosowali na PO, żeby PiS nie wygrał. Nic w polityce nie jest dane raz na zawsze, a przy urnie wyborczej ludzie głosują, kierując się różnymi kalkulacjami. Poklepują po plecach, zapewniając, że zagłosują, a później przy liczeniu głosów okazuje się zupełnie co innego.

Na podsumowanie tego, co usłyszeliśmy do tej pory, poproszę o wyjaśnienie czegoś, czego kompletnie nie rozumiem. Dlaczego w nowej składance politycznej o nazwie Zjednoczona Lewica (ta z SLD) nie ma Grzegorza Napieralskiego, a jest Janusz Palikot?

– Trudno mi to wytłumaczyć, bo ja sam tego nie rozumiem. Janusz Palikot od czci i wiary odsądzał SLD, jeździł po Millerze niesamowicie, obrzucali się zresztą wzajemnie takimi epitetami, że wydawało się, iż ręki sobie nie podadzą. Natomiast Grzegorz Napieralski w 2010 roku po katastrofie smoleńskiej i śmierci Grzegorza Szmajdzińskiego wziął na siebie odpowiedzialność za formację i kandydował w wyborach. Teraz kandydatką była Magdalena Ogórek. Do momentu wyborów, jako lojalny członek partii nigdy nie krytykowałem tej kandydatury, ale dziś powiem, że to był strzał w kolano. Przyznam się, że po raz pierwszy nie poszedłem głosować w wyborach prezydenckich. Ani w pierwszej, ani w drugiej turze. Dla mnie to było olbrzymie, negatywne przeżycie, że w dniu śmierci wielkiego człowieka, męża stanu, jakim niewątpliwie był Józef Oleksy, moja formacja zgłosiła taką kandydaturę na urząd prezydenta mojej ojczyzny. Pewne rzeczy są trudno wytłumaczalne, ja ich wytłumaczyć nie potrafię.

Pojawili się przedstawiciele Sojuszu z propozycją, aby kandydował pan w tym roku?

– To jest właśnie najbardziej miłe, sympatyczne i przyjemne, że pierwszy telefon wykonał przewodniczący mojego macierzystego koła SLD w Radomiu, który zapytał, czy do banku kandydatów na kandydatów w Radomiu moje koło może rekomendować moją osobę. To było wiele miesięcy temu. Miłe, że była to taka propozycja oddolna, bez tych wszystkich partyjnych układanek; cieszy, że ludzie chcą, żebym ich reprezentował. Teraz jestem po wielu rozmowach z szefami struktur powiatowych z okręgu radomskiego, którzy różnymi argumentami próbują przekonać mnie, żebym zgodził się kandydować. Usłyszałem, na przykład, że gdybym został posłem, to niezależnie od tego, jaki będzie rząd, lobbowałbym na pewno za regionem radomskim i Radomiem. Pewnie tak by było, bo zawsze tak postępowałem, natomiast wszystko jest bardziej skomplikowane.

Konkretnie proszę. Zobaczymy Marka Wikińskiego na listach? Decyzje już zapadły czy nie?

– To jest tak, jak z tym góralem, który się ciągle wahał. Ja też się waham. Z jednej strony mam taką atawistyczną chęć pokazania, że można żyć bez sejmu, bez pracy parlamentarnej. Ja sobie poukładałem życie zawodowe, mam znacznie lepiej zorganizowane życie rodzinne niż wtedy, kiedy byłem posłem. Wielu ludzi uważa, że być parlamentarzystą to jest szczyt szczytów. Ja byłem cztery kadencje posłem na Sejm RP. To jest naprawdę wielki honor i zaszczyt. Do tej pory dzwoniąc gdzieś tam, starając się załatwić coś dla rozmaitych samorządów, przedstawiam się „Marek Wikiński, poseł III, IV, V i VI kadencji: i słyszę „Marek, nie wygłupiaj się, przecież pracowaliśmy razem w tej czy innej komisji”. To jest bardzo miłe z jednej stronty, ale z drugiej – czas pokazać, że można nie kandydować, że można nie żyć z polityki, że można mieć grono jeszcze bardziej oddanych przyjaciół. Na chwilę obecną przewodniczący struktur województwa mazowieckiego Włodzimierz Czarzasty zaproponował mi start z pozycji trzeciej. Podziękowałem za taką możliwość. Na pytanie, czy w ogóle chcę kandydować, odpowiedziałem, że moim marzeniem jest, abym mógł się zrehabilitować i wystartować z pozycji drugiej, za posłem Armandem Ryfińskim. Tak, abym mógł pokazać, że zwyczajnie jestem lepszy. Usłyszałem jednak od Włodka, że Armand Ryfiński w tym projekcie nie będzie uczestniczył.

A czy przypadkiem powodem pańskiej niechęci nie jest to, że lewica się nieco pogubiła? Że część programu lewicy wzięła Platforma, część PiS, a lewica ma dawny program Leszka Balcerowicza?

– Nie do końca tak jest. Owszem, część naszego programu została zaanektowana przez inne siły polityczne, ale to się wiąże z siłą przekazu w mediach. Łatwiej partii rządzącej i pierwszej partii opozycyjnej przebić się z informacją niż ugrupowaniu, które ma niewielką siłę parlamentarną. W sejmie wszystko jej uzależnione od liczby krzeseł, które przynależą danej partii politycznej. Każdy czas w debatach, wystąpieniach przelicza się na liczbę mandatów. To powoduje, że ugrupowanie silne, duże ma kilkadziesiąt razy więcej czasu, aby trafiać do ludzi ze swoją argumentacją. Zawsze, kiedy jest trzygodzinne wystąpienie klubu, jakiś deputowany powie coś takiego, co media podchwycą i później jest cytowane. Łatwiej mediom coś wybrać z trzech godzin materiału, niż z 15 minut.

Ale ja mówię o pewnych konkretnych działaniach. Grzegorz Napieralski został zapamiętany m.in. z tego, że rozdawał jabłka ludziom idącym do pracy, Piotr Ikonowicz – człowiek lewicy, który rzeczywiście i dosłownie walczy o ludzi, stawiając się w sądach, blokując egzekucje komornicze. Może ludzie oczekują od lewicy konkretnych działań? Na przykład bronienia kobiety, która nie ma pracy, nie dlatego, że nie chce pracować, tylko dlatego, że państwo jej pracy nie zapewniło, a teraz ją wyrzuca z mieszkania razem z dziećmi.

– Byłem ostatnio kilka razy w Irlandii. I tam rzeczywiście ten model państwa socjalnego, mimo iż kapitalistycznego, funkcjonuje znakomicie, jest znacznie lepszy niż to, co mamy u nas w kraju. Oczywiście w sytuacji, kiedy kobieta nie ma pracy, ale mieszka np. w apartamencie odziedziczonym po swoich rodzicach i nie płaci zobowiązań, to jest cały system windykacyjny. I następuje zamiana czterech pokojów na dwa pokoje, pojawia się pomoc społeczna, która zapewnia podstawowe potrzeby życiowe owej pani. U nas z tym bywa różnie, ale trzeba takie działania podejmować, aby każdy człowiek miał godne warunki życia i czuł się pewnie. Bo we wspomnianej Irlandii ktoś, kto straci pracę, dostaje przez dziewięć miesięcy zasiłek, który pozwala mu na godne życie. I to państwo szuka mu ofert pracy. Oczywiście którąś z kolei musi przyjąć, bo jeśli tego nie zrobi, to spada z zasiłkiem na niższy poziom. U nas tych mechanizmów musimy się dopracować.

Największa porażka Marka Wikińskiego jako parlamentarzysty? Coś, czego nie udało się zrealizować?

– Największa porażka nie tylko moja, ale i radomskich elit, to brak wspólnego województwa radomsko-kieleckiego. Coś na wzór lubuskiego, gdzie Zielona Góra i Gorzów Wielkopolski wspólnie koegzystują, czy kujawsko-pomorskiego, gdzie udało się zniwelować antagonizmy między Bydgoszczą a Toruniem. Te województwa dobrze się rozwijają, znacznie szybciej niż peryferyjny subregion radomski w wielkim województwie mazowieckim. Kiedy rząd AWS i UW wprowadzał reformę administracyjną, to była moja pierwsza kadencja, byłem wybrany do sejmu z listy krajowej i nie miałem takiego mandatu społecznego, jak w roku 2001, po demokratycznych wyborach z listy regionalnej. Gdyby wówczas była wprowadzana reforma, zaręczam, że w Radomiu byłaby albo siedziba wojewody, albo siedziba marszałka naszego województwa.

Co powinna zrobić lewica, aby odzyskać społeczne zaufanie?

– Gdybym to wiedział, to SLD miałby 52 proc. poparcia, a nie sześć czy siedem. Dzisiaj scena polityczna jest tak spolaryzowana, że ciężko będzie szpilkę wetknąć między rządzących a aspirujących do rządzenia. Patrząc na spadające notowania projektu pana Kukiza, widać, że polaryzacja napędza przede wszystkim notowania PO i PiS. Stabilny elektorat ma PSL. Eksperyment pod nazwą Zjednoczona Lewica powoduje, że wyborcom Sojuszu będzie trudno głosować na listę, na której jest Janusz Palikot. Negocjacje SLD, który oddał jedną czwartą jedynek Twojemu Ruchowi, a na 920 wszystkich kandydatów 90 proc. mają stanowić kandydaci Sojuszu, spowodowały jedynie to, że większość moich koleżanek i kolegów czuje się jak mięso armatnie.

Co by pan powiedział dzisiaj na konwencji SLD?

– Jestem szeregowym, zwykłym członkiem Sojuszu. Nie chowam głowy w piasek. Powiedziałbym, że w sytuacji, jaka zaistniała, jest jeszcze kilka dni na to, aby podjąć męską decyzję i wystartować jako SLD, bez jednoczenia się. I próbować samodzielnie przekroczyć próg wyborczy. To jedyna szansa na to, aby lewica była reprezentowana w polskim parlamencie.  

Rafał Dziewięcki / fot. archiwum prywatne Marek Wikiński

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy