Kim jest nowa Prezes Portu Lotniczego Radom?

Kim jest nowa Prezes Portu Lotniczego Radom?
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ
Po powołaniu na stanowisko wiceprezes Portu Lotniczego Radom spodziewała się pani na pewno całej fali tzw. hejtu w Internecie. „Zumba w hali przylotów”, „specjalistka od fitness zarządza lotniskiem” - to jedne z łagodniejszych wpisów w sieci. Komentarze wróciły ze zdwojoną siłą po objęciu przez panią stanowiska p.o. prezesa. Jak pani do tego podchodzi?

Dorota Sidorko - pilot, prezes, przedsiebiorca


- Czytałam te hejty. „Panienka od fitness będzie robiła nam lotnisko”. Oczywiście jeśli chodzi o fitness, jest to biznes jak wiele innych. A zaczęło się od... lotnictwa. Moja przygoda z lataniem zaczęła się od szybowców. Później przeszłam na samoloty, potem postanowiłam zostać pilotem liniowym i praktycznie zrobiłam całe szkolenie. Trwało długo, dużo pracy mnie to kosztowało, bo wstawałam o szóstej rano, żeby ze świeżym umysłem podchodzić do egzaminów na licencję ITPL Frozen, czyli tzw. zamrożoną licencję pilota liniowego w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Taki miałam cel, który prawie osiągnęłam. Oczywiście za teorią szła praktyka. Zwiedzałam różne lotniska, gdzie były różne szkoły lotnicze, zdobywałam uprawnienia pilotów liniowych, latałam samolotami wielosilnikowymi. Uzyskałam uprawnienia do latania nie tylko przy dobrej widzialności ziemi, ale też do latania według przyrządów, tak więc opanowałam wszystko to, co jest związane z lataniem i z lotniskiem. M.in. prawo lotnicze, które każdy pilot zna na wyrywki, ponieważ każdy, kto zdawał choćby na licencję turystyczną wie, jak są skonstruowane pytania w ULC. Wystarczy zamienić „albo” na „lub”, żeby była to prawidłowa odpowiedź lub nie. Niestety, później zmieniła się koniunktura. To były czasy, kiedy Central Wings zbankrutował. Piloci, którzy byli tam zatrudnieni, stracili pracę. Zaczął się taki wyścig szczurów. Przestało mnie to interesować, bo zupełnie inaczej widziałam ten zawód. W tzw. międzyczasie zrobiłam licencję instruktora samolotowego i zajęłam się lataniem jako instruktor. Początkowo latałam na Bemowie, potem na Piastowie. A wiadomo – mamy na Piastowie takie lotnisko, jakie mamy. Nie ma pasa utwardzonego, tylko trawiasty, więc to latanie było od wiosny do jesieni. Co robić zimą? Nie byłabym sobą, gdybym tylko siedziała i nic nie robiła. Poznałam osobę, która chciała ze mną wspólnie coś zrobić – i zrobiłyśmy klub fitness. Wszystkiego uczyłam się od początku. Fakt - ona miała głównie się tym zajmować, ponieważ całe życie zajmowała się pracą w klubie fitness. Ja miałam być gdzieś z boku, do pomocy. Nasze drogi, niestety, się rozeszły, więc cały projekt spoczął na mnie. Nauczyłam się tego, zrobiłam dobrze prosperującą firmę, co w dzisiejszych czasach, na radomskim rynku, nie jest łatwe. Szczególnie przy ogromnej konkurencji.

Czyli prowadzi pani działalność gospodarczą polegającą na prowadzeniu klubu fitness.


- Już w tej chwili nie prowadzę. Odkąd zostałam prezesem, przejęła to moja córka. Mam tyle obowiązków, że na klub brakuje po prostu czasu.

Szkoli pani m.in. pilotów wojskowych, a w zasadzie tych, którzy mają być pilotami wojskowymi. Nie zdarzają się przypadki, kiedy ci właśnie piloci buntują się i mruczą pod nosem „baba mnie będzie uczyć?”?

- Owszem, jest tak. Pierwszy odruch jest taki. W momencie, kiedy są wybierani instruktorzy. Kandydaci są dzieleni na grupy i przydzielani do poszczególnych instruktorów. W zależności od tego, jak ambitny jest młody kandydat, zdarzają się spojrzenia mówiące: „Baba. Czego ona mnie nauczy?”. I naprawdę jest tak do pierwszych lotów, kiedy zmienia zdanie. Zupełnie inaczej widzi moją pracę, zupełnie inaczej odbiera to „latanie z babą”. Bardzo często pojawiają się w Piastowie i chcą ze mną robić licencję turystyczną, bo nie wyobrażają sobie innego instruktora.

Nie obawia się pani, że obowiązki prezesa spowodują, iż będzie pani musiała zrezygnować ze szkolenia pilotów?


- Już to spowodowały. Właśnie rozpoczyna się tzw. szkolenie selekcyjne i nie wyobrażam sobie, żeby w ogóle nie uczestniczyć w tych zajęciach. Będę jednak zmuszona brać w tym udział społecznie, pomagać w wolnej chwili, dolatywać tam popołudniami albo bardzo wcześnie rano. Muszę choć trochę liznąć tego powietrza, tej atmosfery lotniskowej.

Jest pani licencjonowanym pilotem. A może pilotką? Takie rozróżnienie rodzaju jest ważne dla pani? Przepraszam, ale „pilotka” to raczej czapka.


- Dokładnie tak. Pilotka to czapka. Ja jestem pilotem (śmiech).

Jest pani zatem licencjonowanym pilotem, ale pojawia się pytanie - czy pilot ma kwalifikacje do zarządzania lotniskiem? Tu chodzi przede wszystkim o zarządzanie finansami. I tu niespodzianka dla krytyków - bo jest pani również ekonomistą.


- Owszem. Kierunek moich studiów to ekonomika i organizacja przedsiębiorstw, zatem do zarządzania finansami przedsiębiorstwa jestem przygotowana merytorycznie, ale również praktycznie. Od 1997 roku prowadzę jakąś działalność gospodarczą. Miałam nawet spółkę, która zajmowała się sprowadzaniem i wynajmem samolotów, szkoleniami, funkcjonowaniem na lotnisku.

Jako specjalista – ekonomista, zaglądając w finanse Portu Lotniczego Radom, nie złapała się pani za głowę?

- Złapałam się. Ale znacznie bardziej przeraża mnie deficyt czasu. Chciałabym się przygotować do wrześniowych lotów, obsługiwanych przez linię Air Baltic.

Jeśli chodzi o czas... Czy przypadkiem największym pani problemem nie jest obecnie to, że poprzedni prezes pokłócił się z wojskiem?


- Owszem, to bardzo duży problem, ponieważ chciałabym wrócić na wieżę. Przede wszystkim byłyby to dla mnie oszczędności.

Jeśli dobrze rozumiem – wojskowi stwierdzili, że kontrolerzy ruchu lotniczego, mający pracować dla Portu Lotniczego Radom, na ich wieżę nie wejdą. Tak?


- Tak. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej podpisuje umowę z wojskiem, w której wojsko wyraża zgodę na obecność cywilnych kontrolerów i kierowanie przez nich ruchem powietrznym na wojskowej wieży. Ale jest jeden warunek – to my musimy wyposażyć wieżę w niezbędny sprzęt. Radia, anteny… Chciałam wejść na wieżę w Radomiu ze sprzętem, który już mamy. Przy okazji jest to korzystne ze względów bezpieczeństwa, kiedy wojskowa i cywilna kontrola przestrzeni powietrznej są skoordynowane i zlokalizowane w jednym miejscu. Niestety, dziś - z uwagi na animozje z przeszłości - jest to niemożliwe, a ja nie mam czasu. Jeśli mam kupić nowy, dodatkowy sprzęt, to muszę to robić natychmiast. Sześć tygodni oczekiwania na dostawę, później dwa tygodnie certyfikacji. To dwa miesiące, a przypomnijmy – 1 września ma odlecieć pierwszy samolot do Rygi. Czas na decyzję właśnie się skończył.

A jeśli wojsko nie zmieni zdania i stwierdzi, że wy na wieżę nie wejdziecie, to gdzie będą pracowali kontrolerzy?


- Mamy w tej chwili objęte certyfikatem miejsce w kontenerach zlokalizowanych na terenie lotniska. W tej chwili nasza służba, czyli AFIS pracuje w tym kontenerze. Nie ma tam warunków pracy takich, jakich byśmy sobie życzyli. Wytrzymać 12 godzin to trudna sprawa. Tym bardziej latem, kiedy kontener nagrzewa się do granic możliwości, a klimatyzacja nie nadąża z chłodzeniem. Okien otworzyć nie można, bo pod spodem jest strażnica, gdzie strażacy trzymają swoje wozy, wjeżdżają, wyjeżdżają, próbują, a kontroler musi być skupiony, słuchać, czy coś nie nadlatuje czy ktoś go nie woła.

Pani prezes, czy ma pani obecnie hangar dla samolotów, garaż dla samochodów, odladzarkę dla samolotów? We wrześniu rozpoczną się loty, ale - „sorry, taki mamy klimat” - w listopadzie może przyjść zima i latanie zakończyć…

- Tego właśnie się boję – że od września zaczniemy latać, a w listopadzie nie będziemy w stanie przyjąć żadnego samolotu. Jeżeli chodzi o odladzarkę, której też brakowało, mamy coś w rodzaju promesy i chcemy ją kupić. Już mamy znalezioną i sądzę, że uda nam się ją wziąć w leasing. Boję się jeszcze jednego. Oprócz odladzarki, która musi stać w cieple, na lotnisku potrzebne są jeszcze wozy asenizacyjne, służące do opróżniania samolotów z nieczystości i wodniarki, służące do tankowania samolotów wodą, a nie mamy żadnego pomieszczenia, w którym ten sprzęt mógłby stać i nie zamarznąć zimą. Poza tym niby błahostka... Jeśli któryś z naszych samochodów czy autobusów wymagałby zimą obsługi, wymiany żarówki, a jest zimno i sypie śnieg, to też mechanik nie ma gdzie tego zrobić, bo nie ma żadnych ogrzewanych pomieszczeń technicznych. Ale co tam pomieszczenie techniczne... Nie mamy hangaru. Jeżeli przyleci np. jakiś samolot biznesowy i właściciel poprosi o „przenocowanie” samolotu, to będziemy musieli odmówić, bo nie mamy gdzie schować tej maszyny.

Trochę mi to przypomina słynny skecz kabaretu TEY „Z tyłu sklepu”, w którym po dziesiątej odpowiedzi „nie ma”, na pytanie „a co jest?” padła odpowiedź „ja jestem”.

- Nie do końca (śmiech). Jest piękny terminal, piękny parking. Jest dużo ludzi zatrudnionych. Są służby. Każdy swoją pracę wykonuje perfekcyjnie. Jest zatem cała infrastruktura dla ludzi. Ale nie ma infrastruktury dla samolotów i sprzętu, który je obsługuje. Dużo sprzętu kupiono, za naprawdę duże pieniądze. Przykro patrzeć, jak wszystko stoi pod chmurką. Swoje miejsce pod dachem ma jedynie strażacka „pantera”. Drogi i dobry wóz gaśniczy. Nawet Modlin takiego nie ma. Zbytek i przesada? Nie. Na ten sprzęt był leasing, były raty, był fundusz, który sfinansował zakup. Niestety, na zbudowanie dróg kołowania czy płyt postojowych nie dostaniemy dofinansowania.

Płynnie przeszliśmy zatem do podstawowego pytania - skąd pani weźmie pieniądze?


- Radni uchwalili możliwość przejęcia akcji PLR przez jeden z funduszy, od którego w ciągu 15 lat te akcje zostaną wykupione. To w zasadzie forma pożyczki. Opiewa na 70 mln zł. W tej chwili wykorzystano z tego 25 milionów, tak że gdzieś tam jest ten kredyt zamrożony. To efekt decyzji prezydenta Witkowskiego, który chce zobaczyć do końca roku, w która stronę będzie szło lotnisko, a później zdecyduje, czy warto dalej dokładać. Albo mamy szansę, żeby funkcjonować, albo będziemy do końca życia budować. Druga opcja raczej nie wchodzi w grę.

Czy zatem, pani zdaniem, szansa na funkcjonowanie jest?

- Jest, jak najbardziej. Jest dużo elementów, których brakuje, i - tak jak mówiłam – boję się, że przed zimą nie zdążę. Nie to, że nie będzie przewoźnika, który będzie latać, tylko nie będziemy w stanie go obsłużyć. Jednak postaram się zrobić wszystko, żeby dać szansę sobie, i żeby to lotnisko też funkcjonowało. Wiele zależy od klimatu, czy nam się w październiku zima nie zacznie. Jesteśmy zobligowani przetargami, terminami; to nie jest tak, że działamy sposobem gospodarczym – wchodzi ekipa i robi. Zrobią hangar w dwa miesiące, a później będę się martwiła o przepisy. Tak się to nie odbywa. Budowa dróg kołowania, płyty postojowej, dodatkowego oświetlenia, przy dopełnieniu wszystkich procedur, rozpocznie się najwcześniej na wiosnę przyszłego roku. Mamy projekt. Musimy ogłosić przetarg i go rozstrzygnąć. Termin? Najwcześniej listopad. Zimą nikt budowy w ziemi nie rozpocznie. Stąd wiosna.

Wierzy pani, że się uda?

- Gdybym nie wierzyła, to by mnie tam nie było. Nie lubię pracować dla idei. Lubię robić i widzieć efekty.

Kiedy możemy poznać kolejnego przewoźnika, który podobno już zdecydował się na latanie z Radomia?

- Wszystko będziemy wiedzieć w połowie lipca. Nie chcę zawczasu niczego ogłaszać, żeby później, gdyby coś nie wyszło, nie było powiedziane, że obiecali i nie dotrzymali słowa.

Rozpoczęliśmy rozmowę od „baby, która uczy latania”. Jest takie powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.


- Poprzedni prezes powiedział mi, że jest tym diabłem, który już teraz siedzi cicho i nic nie może, a „ty idź i załatwiaj”. Sądzę, że dam radę.


rozmawiał: Rafał Dziewięcki, fotografował: Szyman Wykrota, zdj. archiwum prywatne Doroty Sidorko

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy