Fogiel: Nie chciałem być piekarzem

Fogiel: Nie chciałem być piekarzem
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Mariusz Fogiel – można by powiedzieć piekarz z dziada pradziada, lecz historia piekarni zaczęła się od dziadka, Władysława Fogla.

- Pradziadek nie miał piekarni, ale był piekarzem, więc można powiedzieć z dziada pradziada. Natomiast piekarnię rzeczywiście założył Władysław, młody człowiek, który w pewnym momencie zaryzykował, wziął kredyt, w 1910 roku kupił stary budynek, do którego dobudował nową część i wspólnie z babcią zaczęli produkować pieczywo. To jest ten sam budynek na Glinicach, w którym obecnie znajduje się piekarnia. On został jeszcze rozbudowany. Wtedy był dużo mniejszy. Dziadek miał ciężkie życie i dużo samozaparcia. Pamiętajmy – dwie wojny światowe i związane z tym różne perturbacje, kryzys ekonomiczny.

Mariusz Fogiel - człowiek, który nie chciał być piekarzem

Obecnie mówiono by o nim „młody, przedsiębiorczy człowiek, który miał pomysł na biznes”.

- To bardzo ładne określenie, ale nie jestem pewien, czy obecnie młodzi ludzie są gotowi do tak ciężkiej pracy. Przez pierwsze lata dziadek pracował w tej piekarni sam, a nie były to takie urządzenia jak teraz. Piec opalany drewnem, tzw. łupkami się go zasadzało... Kilka godzin to trwało, później trzeba było wszystko wyczyścić... Ciasto robione i porcjowane ręcznie. Trochę się wypiekło, później wszystko od nowa, rano trzeba było otworzyć sklep. Dopiero później babcia - kiedy już „obrobiła” dzieci, a w sumie było ich sześcioro – mogła zluzować dziadka, żeby mógł się przespać. Spało się chwilę, bo przecież były inne sprawy związane z prowadzeniem biznesu.

Biznes założony przez Władysława przejął następnie Ziemowit Fogiel.


- Tak, ale nie od razu. Pamiętajmy, że w 1945 roku przyszła nowa, jedyna sprawiedliwa władza. Piekarnia dziadka była za mała, żeby ją znacjonalizować, ale za duża, żeby zmusić dziadka do jej zamknięcia. Przez kilka lat dzierżawił ją człowiek, który w tamtych czasach mógł ją prowadzić. I dopiero w latach sześćdziesiątych piekarnia wróciła z powrotem do rodziny.

A pan piekarzem być nie chciał.

- Nie chciałem, bo wiedziałem i widziałem, co to znaczy. Trochę pomagałem i wcale mi się to nie podobało. Stałem i w sklepie, i w piekarni, patrzyłem na pracę ojca, pracę piekarzy i stwierdziłem, że nie chcę tego robić.

I postanowił pan zostać energetykiem.

- Owszem. Jestem absolwentem Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej, specjalność - sieci i układy elektroenergetyczne. Kolega ze studiów, Leszek Jastrzębiowski jest obecnie prezesem zarządu PSE Wschód. Przez pierwsze lata i ja realizowałem swoją drogę życiową w tym kierunku, w Lublinie. A dlaczego tam? Bo żona studiowała jeszcze na KUL-u. W tamtych czasach był pełnomocnik do spraw zatrudnienia, dawał nakaz i trzy lata trzeba było odpracować. Wisiały oferty, poszedłem więc i sprawdziłem, że w Lublinie w „Miastoprojekcie” jest praca, i że oferują w ciągu roku mieszkanie. O, dziwo - dotrzymali słowa. Przepracowałem trzy lata i swoją lubelską karierę skończyłem na stanowisku głównego energetyka w firmie budownictwa przemysłowego.

Przyszedł rok 1976. Źle pan go wspomina i to nie ze względu na wydarzenia radomskiego Czerwca.

- Dla mnie gorsze wydarzenie miało miejsce w lutym. Wtedy jeszcze pracowałem w Miastoprojekcie. Byłem w delegacji w Zduńskiej Woli i kiedy pozałatwiałem wszystkie sprawy, które miałem załatwić, powiedzieli mi, że „właśnie otrzymaliśmy informację, że pański ojciec nie żyje”. Jakby piorun we mnie strzelił. Jednak dopiero później zdałem sobie sprawę, jakie będą tego konsekwencje. Zostałem półsierotą w wieku dwudziestu kilku lat. Ojciec miał wtedy 49 lat. Po dwóch latach mama, która przejęła rodzinny biznes, zadzwoniła i powiedziała, że nie daje rady i albo przyjeżdżam pomóc, albo likwiduje ten interes. Przez dwa miesiące rozmawiałem z żoną. Robiliśmy plusy i minusy. Wtedy była taka sytuacja, że żona nie pracowała przez półtora roku. Nawet chciała mieć jako pierwsza w PRL status bezrobotnego, ale jej się nie udało (śmiech), bo kilka miesięcy przed tą tragiczną informacją dostała pracę, w swoim zawodzie, jako psycholog w szpitalu w Abramowicach. A tu trzeba to wszystko zostawić i jechać do Radomia, którego żona nie znała; bywała czasem na święta czy urodziny. Mimo wszystko – przeprowadziliśmy się. Przez dwa lata pracowałem w piekarni „na pół gwizdka”, bo jednocześnie byłem zatrudniony w ZEOW. Ale kiedy urodził się syn, trzeba było wreszcie podjąć jakąś konkretną i ostateczną decyzję. Albo w lewo, albo w prawo. Żona z mamą zawarły koalicję, która była silniejsza niż ja, i 30 grudnia 1982 roku skończyłem pracę w swoim zawodzie i zacząłem jako piekarz i współwłaściciel piekarni.

Obecnie firma Fogiel & Fogiel jest znana nie tylko w Radomiu. Każdy je chleb, a to jedne z najlepszych wyrobów na rynku. Z perspektywy czasu – żałuje pan podjętych decyzji, ma pan pretensje do losu?

- Nie, absolutnie nie żałuję. Kiedy obchodziliśmy jubileusz 100-lecia, przypomniało mi się, jak jeden ze znajomych mówił w latach osiemdziesiątych - „ty się Mariusz zastanów, co robisz, bo może pieniędzy będziesz miał trochę więcej, ale prestiż dużo mniejszy”. Okazuje się, że się udało, że tych pieniędzy jest trochę więcej, a jeśli chodzi o prestiż – to chyba udało się go rozwinąć.

Prestiżu społecznego w Radomiu dodało panu bycie radnym przez dwie kadencje. Czuł pan odpowiedzialność przed ludźmi, którzy pana wybrali?


- Oczywiście, że była to odpowiedzialność. I kontynuacja mojej drogi, bo społeczną działalność rozpocząłem już na studiach. W ZSP, ale w tym pierwszym ZSP (śmiech). W latach siedemdziesiątych najwyższe władze postanowił, że nie może być tyle tych delegacji studenckich, więc odbyły się kongresy zjednoczeniowe. Byłem delegatem na kongres Politechniki. Politechnika uchwaliła, że jest za zjednoczeniem, ale nazwa nie będzie SZSP, tylko ZSP. Następnie na kongresie ogólnopolskim mój starszy kolega poinformował zebranych, że Politechnika podjęła decyzję o tym, że nazwą będzie ZSP. Tak jakby tamtego naszego kongresu w ogóle nie było. To było moje pierwsze zetknięcie z prawdziwym życiem.
Później miałem co prawda dużo obowiązków - w piekarni, w samorządzie zawodowym, ale pewne rzeczy mi się nie podobały. A jeśli coś mi się nie podoba, to trzeba to zmienić, najlepiej osobiście. Z żadną partią nie było mi po drodze, ale znalazło się kilku ludzi o podobnych zainteresowaniach i założyliśmy istniejące do dziś stowarzyszenie Radomianie Razem i próbowaliśmy coś zmienić. Czy nam się udało, czy nie – to już muszą ocenić inni. Natomiast próbowaliśmy Radom podźwignąć. Gdyby udało nam się rządzić trochę dłużej, być może Radom wyglądałby nieco inaczej. Ale niestety, nasz prezydent - Zdzisław Marcinkowski rządził tylko jedną kadencje i wszystkie przygotowane plany i koncepcje poszły do kosza. Wszystko zaczęło się od nowa. To jest właśnie nieszczęście naszego miasta.

Prezydenturę Andrzeja Kosztowniaka ocenia pan źle?


- Są rzeczy dobre i są rzeczy złe. Wybudowanie szkoły muzycznej, zresztą zgodnie z naszą koncepcją, oceniam dobrze, ale już przeniesienie szkoły plastycznej na obrzeża Ustronia oceniam zdecydowanie źle. Na tym, że ta ciekawa, kolorowa młodzież została wyprowadzona z centrum, Radom dużo stracił. I tak można by wymieniać długo.

Których z rzeczy przygotowanych za czasów prezydentury Zdzisława Marcinkowskiego panu szkoda?


- Przede wszystkim stadionu. Miał być obiektem na 12 tys. miejsc, dziś już by istniał. Kolejna sprawa to koncepcja zagospodarowania Miasta Kazimierzowskiego. Była gotowa, powołaliśmy spółkę Rewitalizacja, ale teraz działa ona nieco inaczej. My planowaliśmy, że wyremontuje ona kamienicę, sprzeda, a z tych pieniędzy wyremontuje następną... Tego wszystkiego nie mamy, ale mamy za to zwężone jezdnie i strefę Tempo 30 (śmiech).

Nie lubi jej pan?

- Skrzyżowania równorzędne istniały wtedy, kiedy robiłem kartę rowerową. Wtedy wszyscy wiedzieli, jak to działa. Dziś większość kierowców zatrzymuje się dla pewności przed skrzyżowaniem i zastanawia się, kto ma jechać. Nie ma przecież znaków. I o ile w północnej części to jakoś działa, to jak słyszę, że Tempo 30 ma być wprowadzone na ul. Sienkiewicza, która jest drogą przelotową, nie lokalną, to mam duże wątpliwości. Nie dość, że niska emisja z kominów, to jeszcze spaliny z jadących wolno i trujących tym samym bardziej samochodów. Nie jest to najlepszy pomysł, a zwłaszcza strefa pieszo-jezdna na ul. Piłsudskiego. Wszyscy się z centrum wyprowadzą. Tu już nie ma po co przyjeżdżać.

Obserwuje pan także to, co dzieje się od grudnia 2014 roku, po kolejnej zmianie władzy w Radomiu. W dobrym kierunku to zmierza?

- To jest za krótki okres, żeby oceniać. Z jednej strony wydaje się, że to są zmiany ewolucyjne, a nie rewolucyjne, co jest dużym plusem. Tyle, że przy tej ewolucji pewne rzeczy przyjęto „z dobrodziejstwem inwentarza”. M.in. Tempo 30. Coś, co mi się nie bardzo podoba to koncepcja Muzeum Miasta w Radomiu. Moim zdaniem lepszym wyjściem byłoby, gdyby powstało jako oddział Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Być może pan marszałek, jako wytrawny gracz doszedł do wniosku, że lepiej dla niego będzie pomóc w budowie budynku, niż go później utrzymywać, wraz ze wszystkimi pracownikami.

Z jakiej listy Mariusz Fogiel wystartuje w najbliższych wyborach parlamentarnych?

- Myślę, że z żadnej. Nigdy nie miałem ambicji bycia posłem. Moja działalność zawsze koncentrowała się wokół tej małej ojczyzny, lokalnej społeczności.

Nie wyobrażam sobie jednak pana siedzącego przed telewizorem na kanapie, w kapciach.


- Z czynnej działalności, mówiąc językiem sportowym, już się wycofałem. Natomiast staram się być w jakiś sposób użyteczny. Albo sam sobie jakieś tematy wymyślam, albo jeśli zostanę poproszony, staram się pomóc. Działam w Bractwie Kurkowym, choć tam teraz zajdą duże zmiany. Ile mogę, tyle pomagam w sferze kultury. Pojawiła się inicjatywa budowy hospicjum stacjonarnego, w którą też się zaangażowałem. Działam w Uniwersytecie Trzeciego Wieku, którego byłem założycielem. Obecnie powinienem być już studentem, ale nie mogę się jakoś przekształcić (śmiech). Póki jeszcze Pan Bóg daje zdrowie i siły, staram się być aktywny. O, właśnie... Zapraszam wszystkich 19 września na jubileusz „Chałubińskiego”. W organizację tych obchodów, jako absolwent, również się zaangażowałem.


rozmawiał: Rafał Dziewięcki. fotografował: Szymon Wykrota, zdjęcia z archiwum prywatnego

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy