Alicja Fiodorow: Niemożliwe nie istnieje

Alicja Fiodorow: Niemożliwe nie istnieje
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Najświeższe wiadomości sportowe z Radomia i regionu znajdziesz na profilu Sport.Cozadzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Szykując się do tej rozmowy znalazłem pani zdjęcie z wakacji w Tajlandii. Jaki to był urlop?

– Do Tajlandii pojechałam rok temu, po igrzyskach paraolimpijskiej w Rio de Janeiro. A była to na pewno niezapomniana przygoda. Jako sportowiec zjeździłam już kawał świata, ale w Tajlandii nie byłam, dlatego postanowiłam, że najwyższy czas ją odwiedzić. Mieliśmy dwa i pół tygodnia luzu; to bardzo fajny kraj i dobre miejsce do odpoczynku. Chętnie tam jeszcze wrócę.

Wielu osobom Tajlandia kojarzy się z ekstremalnym jedzeniem. Próbowała pani robaków czy innych miejscowych specjałów?

– Te wszystkie robaki, które można zobaczyć na zdjęciach w Internecie, są robione na potrzeby turystów. Oni na co dzień tego nie jedzą. Ja, niestety, nie skusiłam się na robaki, ale chętnie jadłam inne potrawy, zwłaszcza te najostrzejsze. Jedzenie w Tajlandii jest bardzo dobre, ale oni słyną ze street foodów. To zupełnie inna forma jedzenia niż w Polsce. U nas to nie do pomyślenia, aby jeść na ulicy i myć ręce w baniaku z brudną wodą. Ale wiadomo – po kilku dniach to wszystko nam się przejadło i tęskniliśmy za polskim schabowym.

Przez wszystkie lata kariery zjeździła pani kawał świata, a co za tym idzie spróbowała wielu potraw. Co najdziwniejszego pani jadła?

– Dużo tego było. W Maroku zdarzyło mi się spróbować ślimaków i to było jedno z moich najgorszych doznań kulinarnych. Nigdy więcej nie wezmę ich do ust. Być może, gdyby nie były przyrządzane na ulicy, to smakowałyby lepiej, ale teraz mam obrzydzenie do końca życia. To na pewno była jedna z najdziwniejszych potraw. A jeszcze przypomina mi się sushi z grillowanym kurczakiem, na które trafiłam w Nowej Zelandii. Dziwne połączenie, ale bardzo smaczne.



I na tym pozostawimy temat kulinarny, a przejdziemy do sportu. Co sprawiło, że zaczęła pani zawodowo uprawiać sport?

– Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się trochę przez przypadek. W mojej podstawówce trenowali tenisiści stołowi Broni Radom. Ja podglądałam ich zajęcia przez okno i sama chciałam chwycić za rakietkę. W końcu trener mnie zauważył i zaprosił do stołu. Czyli zaczynałam od tenisa stołowego, ale jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak Radomskie Stowarzyszenie Sportu i Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych „Start”, gdzie zrzeszają się osoby niepełnosprawne, uprawiające różne dyscypliny sportowe. Trafiłam tam przez przypadek, bo mój nauczyciel wychowania fizycznego poznał mnie ze śp. prezesem Adamem Borczuchem. Od tamtej pory dzieliłam swoje siły między lekką atletykę i ping-ponga. Ale w pewnym momencie trzeba było postawić na jeden sport i została lekka atletyka. Może dlatego, że moja mama i siostra też trenowały ten sport i bieganie mam w genach?

Miała pani wtedy 13 lat i dwa miesiące później pojechała na pierwsze mistrzostwa świata.

– Faktycznie, jak patrzę na to po tylu latach, to też się dziwię. Ale wtedy było mniej zawodników startujących w zawodach dla niepełnosprawnych, a ja na mistrzostwach Polski wypadłam dobrze i postanowiono dać mi szansę.

I nie zawiodła pani, zdobywając piąte miejsce.

– Dokładnie; byłam piąta na 100 i 200 metrów. To był mój wielki sukces, który wspominam do dziś, ponieważ to były moje pierwsze zawody, pierwsza zagraniczna podróż. Przeżyć było co niemiara i od tego zaczęła się moja wielka przygoda z lekką atletyką.

Jako 15-latka mogła pani pojechać na swoje pierwsze igrzyska paraolimpijskie. Do Sydney była pani praktycznie spakowana, ale w końcu nie pojechała. Co poszło nie tak?

– Są przyznawane miejsca dla państw, a nie dla poszczególnych zawodników. Wtedy zostało tylko jedno miejsce dla kobiety i zdecydowano, że pojedzie dużo starsza zawodniczka. Na początku mocno mnie to zmartwiło, ale potem powiedziałam sobie: „mam 15 lat, myślę, że jeszcze niejedne igrzyska przede mną”. Fakt, żałuję, że nie pojechałam na igrzyska jako 15-latka, ale nie zniechęciło mnie to do sportu.

Ale od tamtej pory była pani na czterech kolejnych igrzyskach paraolimpijskich w Atenach, Pekinie, Londynie i Rio de Janeiro i z wszystkich wracała pani z medalami.

– Może to niepowodzenie z wyjazdem do Sydney zaowocowało cięższą pracą przy kolejnych igrzyskach i dlatego na nie pojechałam. Choć przed Atenami też istniało ryzyko zostania w domu, ponieważ stawiano wtedy na dziewczyny, które biegały na 400 metrów. Była walka między kilkoma dziewczynami, ale mój trener przekonał koordynatorów i napisał na kartce czas, jaki osiągnę na 400 m i pomylił się tylko o 0,003 sekundy. I dzięki temu pojechałam na igrzyska, a potem niespodziewanie zdobyłam medal, choć nikt na mnie nie stawiał.



Do dziś zdobyła pani siedem medali paraolimpijskich, ale ciągle brakuje upragnionego złota. Czy to jest cel, który panią motywuje do treningów?

– Dokładnie, nie mam jeszcze złotego medalu. Myślałam, że uda mi się to zrobić w Rio. Niewiele zabrakło. Na 200 m byłam przygotowana bardzo dobrze. Ale chyba głowa nie zagrała. Może zadecydowało o tym to, że półfinał był późnym wieczorem, a finał drugiego dnia rano. Nie zdążyłam się zregenerować; nie ukrywajmy – nie jestem najmłodsza, więc ta regeneracja trwa u mnie dłużej, niż u młodszych zawodniczek. Nie ukrywam, że po tym starcie byłam mocno zawiedziona, bo wszystko było zrobione jak należy, a złota nie zdobyłam. No, cóż – muszę trenować dalej i walczyć o ten tytuł.

Czyli pani cel to igrzyska w Tokio w 2020 roku?

– Oczywiście. To mój cel i motywacja do dalszych startów.

Na igrzyska jeździła pani zawsze z koleżanką Natalią Partyką, z którą kiedyś grała pani debla. Czy nadal utrzymujecie kontakt? I czy można ją nazwać największą gwiazdą polskiego sportu niepełnosprawnych? 

– To prawda – Natalia jest wielką gwiazdą sportu niepełnosprawnych. Choć tenis stołowy jest dosyć specyficznym sportem, bo może brak ręki nie jest wielką przeszkodą, ale i tak należy się jej wielki podziw za to, co osiągnęła. A my razem grałyśmy w czasach juniorskich, ponieważ byłyśmy w jednej grupie. Gra nawet fajnie się nam układała, ale nie ma co ukrywać, że Patrycja była o klasę ode mnie lepsza.

Porozmawiajmy chwilę o finansach. Bo w naszym mieście sportowcy niepełnosprawni mogą liczyć na duże wsparcie.

– Radom jest liderem. Nie spotkałam się, żeby w jakimkolwiek innym mieście w Polsce stypendia były na takim samym poziomie dla sportowców pełno-i niepełnosprawnych. Ale dzięki walce pana prezydenta udało się przeforsować uchwałę o zrównaniu obu grup sportowców, za co całe środowisko paraolimpijskie jest mu niezwykle wdzięczne. Doczekałam się tego po 19 latach moich startów. Przez cały ten czas walczyłam o zniesienie różnic, a teraz w końcu jesteśmy jedną, wielką, sportową rodziną. Pod tym względem nasze miasto jest wzorem, od którego mogą się uczyć inne samorządy.

A jak wyglądają stypendia ogólnopolskie?

– Tutaj jest trochę inaczej, ponieważ żeby otrzymać stypendium z Ministerstwa Sportu i Turystyki należy spełniać kryteria zapisane w ustawie. A tam jest zapis, który mówi, że na stypendia mogą liczyć tylko zawodnicy, którzy rywalizują z minimum 12 sportowcami z ośmiu państw. W przypadku osób niepełnosprawnych jest to trudne, ponieważ sport niepełnosprawnych jest rozdrobiony na wiele kategorii ze względu na rodzaje schorzeń. Muszę przyznać, że nie miałam z tym problemów przez wiele lat, ale w tym sezonie na mistrzostwach świata zjawiło się tylko 11 zawodniczek, dlatego teoretycznie stypendium od ministerstwa mi się nie należy.



A premie po medalach z igrzysk są identyczne?

– Tak, wszystko jest zrównane. Podobnie z emeryturą olimpijską. Dlatego, gdy skończę 40 lat, mogę zawiesić buty na kołku i nie martwić się o przyszłość. Bardzo mnie to cieszy, bo ze względu na to, że rozwijam się jako sportowiec, nie miałam okazji pracować w zawodzie, a z wykształcenia jestem nauczycielem wychowania fizycznego. W moim wieku ciężko będzie mi podjąć pracę w zawodzie; z jednej strony – nie mam doświadczenia, ale z drugiej – nie wiem, czy chciałabym być nauczycielem.

To co planuje pani robić po zakończeniu kariery?

– Na razie skupiam się na treningach i startach. Chciałabym dotrwać do Tokio, a potem powalczyć tam o złoty medal. Więc na razie wszystko układam pod ten cel. Potem wiadomo, że przyjdzie czas na decyzję. Na chwilę obecną wydaje mi się, że będę się kształcić w kierunku trenerskim. Może zorganizują grupę dzieciaków, z którymi będę się bawić. Na razie nie mam sprecyzowanych planów. Myślę tylko o Tokio.

Czy każdy może uprawiać sport?

– Oczywiście, że każdy! To nie jest tak, że osoby niepełnosprawne muszą się zamykać w domach i rozpaczać nad swoim losem. W Polsce jest taka mentalność – osoby niepełnosprawne powinny siedzieć w czterech ścianach i nie pokazywać się na ulicach, bo są nieestetyczne. Ale my musimy te stereotypy przełamywać. Jako niepełnosprawni musimy wychodzić często na ulicę i pokazywać wszystkim, zwłaszcza dzieciom, że nie mamy ograniczeń, że jesteśmy w stanie wszystko robić. Na AWF-ie robiłam fikołki, stawałam na rękach i wykonywałam wiele innych ćwiczeń, które wydają się nieosiągalne dla osoby z jedną ręką. Ale jeśli ktoś ma pozytywne nastawienie i chce coś w życiu robić, to wszystko można.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ




Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy