Tańce z gwi(a)zdami


Taneczne programy telewizyjne - o co w nich chodzi i czy do czegoś się przydają?


Po 1989 roku polskie stacje telewizyjne zaczęły nadrabiać zaległości z czasów PRL i – z całym dobrodziejstwem inwentarza – przejęły format i styl telewizji Zachodu. Jednym z pierwszych oznak nowych czasów był - sprowadzony przez Wojciecha Pijanowskiego z USA w 1992 r. - program „Koło Fortuny” – kolorowy, kiczowaty i uzależniający nagradzanie uczestników od łutu szczęścia. Krytycy od razu zaczęli porównywać go do zasłużonej „Wielkiej gry”, w której – żeby otrzymać nagrodę – trzeba było popisać się nie lada wiedzą.

A to był dopiero początek. Opracowany w Wydawnictwie Naukowym PWN teleturniej „Miliard w rozumie” okazał się nie wyznacznikiem nowych trendów, w  raczej przedstawicielem ginącego gatunku programów na poziomie. W polskiej telewizji rozrywkę zaczęto utożsamiać z rozmachem, kompletnym brakiem refleksji, wyszczerzonym uśmiechem i odrzuceniem hamulców w autopromocji uczestników poszczególnych show.

Nadeszły kolejne fale programów z Zachodu. Najpierw Polacy zwariowali na punkcie reality shows. „Big Brother” i „Dwa światy” zapoczątkowały nową erę, nową estetykę i... etykę. Seks "Frytki i "Kena" na oczach kamer w domu Wielkiego Brata oznaczał ostateczną utratę dziewictwa przez polskie telewizje.

Potem „Idol” rozpoczął erę szukania wokalnych (i nie tylko wokalnych) talentów. Szybko okazało się, że tego rodzaju programy promują przede wszystkim nadwiślańskich celebrytów, zasiadających akurat w jury.

I tak już pozostało. Kiedy przyszła kolejna moda – programów tanecznych – nikogo już nie dziwiło, że do rywalizacji zaczęli stawać kompletni amatorzy, a nawet antytalenty taneczne - wystarczy wspomnieć Mariusza, Pudzianowskiego poruszającego się na parkiecie jak kulawy niedźwiedź. Najzabawniejsze było zaś to, że członkowie jury za taniec Pudzianowskiego chwalili.

Ale też nie o szukanie talentów w tym wszystkim chodzi, nie o piękno tańca. Chodzi o show. Paradoksalne jest to, że programy z tańcem w tytule tańca mają w sobie akurat najmniej. Większość czasu zajmują mniej lub bardziej udane popisy elokwencji jurorów, pokrzykiwania prowadzących, reklamowe zajawki i zachęty do nadsyłania SMS-ów.

Warto tez odnotować, że tego rodzaju programy stają się – jak to ujęła dziennikarka pewnego tygodnika  - wylęgarnią celebryckich romansów. Np. w drugiej edycji TVN-owskiego „Tańca z gwiazdami” zawiązały się aż trzy pary. Z jednej strony jest to całkiem zrozumiałe – uczestnicy programu są atrakcyjni, zazwyczaj wolni i podczas przygotowań do programu ćwiczą ze sobą godzinami. Coś więc może zaiskrzyć.

Z drugiej strony - polscy celebryci nauczyli się już wykorzystywać wszelkie środki do budowania swojej popularności. Trudno czasami rozróżnić co jest prawdą, co PR-em, co życiem, a co przygotowaną dla fotoreporterów brukowca ustawką. Tak czy inaczej wielu Polaków owymi romansami się emocjonuje i tym bardziej oczekuje kolejnych edycji i sezonów tanecznych programów. Ich producenci celowo kojarzą już taneczne pary na zasadzie „a może coś między nimi będzie”. Kolorowym gazetom w to graj. Omawianie romansów i małżeńskich perypetii tańczących Katarzyny Cichopek, Małgorzaty Foremniak, Rafała Mroczka czy Piotra Gąsowskiego napędza rozrywkową machinę. Ludzie to kupują. Dobra oglądalność już 13. edycji „Tańca z gwiazdami” świadczy o tym najlepiej.

Oddajmy sprawiedliwość – telewizyjne taneczne show zdziałały w Polsce również coś dobrego. Przede wszystkim stworzyły modę na taniec.

Ktoś kto spędził kiedyś wakacje np. w Chorwacji, mógł usłyszeć jak Chorwaci przy butelce wina w restauracji potrafią wspólnie pięknie śpiewać. Kto był w Hiszpanii czy Brazylii – mógł podziwiać jak ludzie ot tak, potrafią wspaniale tańczyć, nawet na ulicy. Polacy niestety tradycję śpiewania biesiadnego zatracili. Za to z tańcem jest coraz lepiej. Ostatnie lata to prawdziwa eksplozja tanecznych szkół w Polsce. Powstaje ich mnóstwo, nie zawsze na dobrym poziomie, ale jednak. Moda na pląsy w rytm muzyki stała się faktem. W końcu „tańczyć każdy może” zdają się mówić telewizyjne show. Polacy – zwłaszcza ci z dużych miast – uczą się tańców latynoskich, uczą się towarzyskich, chodzą na zumbę  (połączenie latynoskich rytmów z aerobikiem). Szkoły zarabiają, a ludzie się ruszają i przynajmniej przez parę godzin w tygodniu nie stresują się w pracy i nie marnują czasu przed telewizorem. Coraz więcej pojawia się również kursów i szkół dla dzieci – dla nich ruch jest zbawienny.

Taniec zmienia nawet naszą kulturę i gospodarkę: robimy musicale taneczne i kręcimy komedie z tańcem w tle. Ba, nową modę chwalą nawet producenci ręcznie szytego obuwia – do tańca oczywiście. Niedawno  na rynku wydawniczym pojawił się pierwszy magazyn dla amatorów tańca „Place for Dance”. Kto wie, może za parę lat będziemy tańczyć na ulicach niczym mieszkańcy Brazylii i Kuby?


ROW


Polecany artykuł

"Zatańcz ze mną" Produkcji filmowych, których wątek osnuty jest wokół tematyki tanecznej powstało już bardzo...

x