Zakochany klaun - Muzyka - Co za dzień
baner

Zakochany klaun


Z Bartłomiejem Majcherem, lekarzem weterynarii i… gwiazdą disco polo rozmawia Maciej Dobrowolski.


Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ.


Bartłomiej Majcher - radomianin...

- Rodowity.

Rodowity lekarz weterynarii?

- Tak, zgadza się.

Muzyk?

- Lekarz weterynarii z wykształcenia, a muzyk z wykształcenia i pasji.

I?

- I wielbiciel muzyki.

To czym jest muzyka w twoim życiu?

- Pasją. Właściwie można powiedzieć, że tlenem, bo bez niej nie można żyć, tak jak bez tlenu nie można oddychać. Właściwie ona towarzyszy mi codziennie. Nie tylko ta, którą tworzę, ale też i ta, której słucham w moim rodzinnym mieście. A wiadomo, które radio wiedzie tutaj prym. (Radio Rekord – przyp. red.) Dlatego zawsze w samochodzie, kiedy jadę do pracy i z pracy, to radio mi gra. A właściwie lubię każdy rodzaj muzyki, wyprzedzając twoje następne pytanie, nawet góralską. Żadna muzyka mi nie przeszkadza.

Bartłomiej Majcher

A której nie lubisz?

- Nie ma takiej.

Jesteś znany publiczności od wielu, wielu lat. Czy masz świadomość, że należysz do grupy 15, może 20 czołowych artystów disco polo, którzy zapoczątkowali ten nurt. Jako Redox stworzyłeś tzw. petardę, czyli piosenkę „Zakochany klaun”, która jest już klasyką gatunku. Jak się z takim „brzemieniem” czujesz?

- Bardzo dobrze. Choć powiem szczerze, że może nigdy nie byłem wielką gwiazdą i generalnie na tym mi nie zależało. Natomiast zależało mi, żeby moja twórczość docierała do jak największej grupy odbiorców. To było moim priorytetem, który popychał mnie do dalszej twórczości. Jestem człowiekiem strasznie upartym i ambitnym. Zresztą moja żona zawsze dziwi się, że nigdy się nie poddaję i cały czas szukam następnego przeboju. Jednymi drzwiami mnie wyganiali, a ja drugimi wchodziłem. Jak nie drzwiami, to czasami i oknem potrafiłem. I zawsze starałem się postawić na swoim, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku (śmiech).

A czy to nie jest tak, że możesz mieć trochę dystansu do pracy w show-biznesie? W przeciwieństwie do np. takich wykonawców, jak Zenek Martyniuk czy Marcin Miller, z którymi wiekowo jesteś podobny, ale oni żyją wyłącznie z muzyki, a ty masz inny zawód – prowadzisz w Radomiu własną klinikę weterynaryjną Happy Vet?

- Oni nie mają alternatywy. Muzyka jest ich zawodem i źródłem utrzymania. Jako artysta zapłaciłem bardzo wysoką cenę, poświęcając się w pewnym czasie studiowaniu i rozwijaniu gabinetu, a nie muzyce. Na jakieś 10 lat wyciszyłem się i skupiłem na prowadzeniu gabinetu. Dało mi to dużą swobodę w momencie, gdy disco polo na kilka lat zupełnie zniknęło z mediów.

Leczyłeś zwierzaki?

- Tak. W moim gabinecie cały czas staram się stwarzać rodzinną atmosferę; staram się nie tylko wśród moich współpracowników, ale również razem z moimi pacjentami, a właściwie właścicielami moich pacjentów, budować dobre kontakty. Większość ludzi zwraca się do mnie „panie Bartku” czy wręcz „Bartek”, a niektórzy przychodzą do mnie od 20 lat.

A to nie jest tak, że przychodzą do ciebie pacjenci, którzy mówią: „ojej, to jest ten koleś od disco polo i „Zakochanego klauna”!

- Jakieś pięć lat temu przeczytałem taką opinię: „Lepiej niech leczy zwierzęta niż śpiewa”. Nie wiem, czy to było przyjemne, czy nieprzyjemne, ale zasada jest taka - jeżeli mówią dobrze czy źle, to jest bardzo dobrze. A to, że śpiewam, nie ma najmniejszego wpływu na to, jak leczę. Choć nie ukrywam, że chyba jednak pomaga leczyć zwierzaki jeszcze lepiej (śmiech).

Bartek, gdyby ci powiedziano: „lepiej niech leczy zwierzęta niż śpiewa” albo odwrotnie: „niech lepiej śpiewa, a nie leczy”, to która wersja ubodłaby cię bardziej?

- Zarówno jedna, jak i druga nie jest pochlebna. Chciałbym, oczywiście, taką opinię „niech leczy i śpiewa”. Ale mówię - ile ludzi, tyle gustów. Jest mnóstwo gabinetów weterynaryjnych w Radomiu i cieszę się, że moi koledzy mają pełne ręce roboty. A z kolei każdy artysta chciałby, żeby jego utwór był przebojem, ale tak się nie da. Im więcej tworzysz, tym większe prawdopodobieństwo, że coś do ludzi trafi. Zresztą ja mam taką opinię na ten temat, że nie ma złych piosenek, tylko są źle wypromowane. Bo przypomnijmy sobie początek lat 90., gdzie promocja opierała się właściwie na garstce stacji radiowych, które w ogóle chciały tę muzykę grać i właściwie tylko dzięki Telewizji Polsat można było nasze piosenki usłyszeć.

Tamte lata to był właśnie twój początek...

- Tak, dokładnie tak. Zresztą mój kolega Wojtek, który ze mną zakładał grupę Redox, na początku zajmował się sprzedażą kaset, a ja go do grania namówiłem. Rozwijaliśmy się razem z naszym nurtem muzycznym, który wtedy dopiero przecierał szlaki. Pamiętam, jaki to był szok, kiedy na rynku zaistniała grupa Top One ze swoim, „Ciao, Italia”; to był szok.

Nawet Paweł Kucharski, lider Top One, nie przypuszczał, że...

- ...Że to pójdzie w tę stronę. Później „Biały miś”, „Santa Maria”; to była wtedy już taka inna liga, bo my zaczynaliśmy od prostych utworów. Chociaż Redox miał takie szczęście, że pierwszą kasetę zrobiliśmy w profesjonalnym warszawskim studiu, gdzie aranżował nam to chłopak, który akurat był na piątym roku Akademii Muzycznej. W tej chwili bardzo znany człowiek, który piszę muzykę do filmów. Nie pamiętam dokładnie reakcji mojej żony, jak przyjechaliśmy ze studia i puściłem jej kasetę z „Zakochanym klaunem”, ale chyba była w szoku. Zresztą my też byliśmy, bo to było grane na żywo - klawisz, gitara basowa, gitara prowadząca, perkusja...

Jak chłopak z Radomia w tamtych niełatwych czasach trafił „na salony” i został gwiazdą takiego formatu, na stałe wpisując się w historię polskiej muzyki rozrywkowej?

- Miałem 20 lat, a dużo z tych rzeczy, o których mówiliśmy, było wynikiem przypadku. Kolega z zespołu, Wojtek zajmował się sprzedażą kaset z muzyką. Człowiek w hurtowni, w której się zaopatrywał, wiedział, że my już gramy i poprosił nas o zrobienie dema, które sam potem dostarczył do jednego z największych wtedy wydawców disco polo, u którego sam zaopatrywał się w kasety. Nasza próbka bardzo przypadła do gustu właścicielowi.

Panu Mietkowi Moszyńskiemu, o ile pamiętam?

- Tak. Którego zresztą bardzo lubię i serdecznie pozdrawiam. I Mietek zaprosił nas na spotkanie u niego, a potem w studiu nagraniowym Waltera Chełstowskiego, gdzie nagrywały najlepsze kapele rockowe - Lady Pank czy Maanam. Dla pracowników Chełstowskiego to był szok, że jakiś dwóch małolatów przyjeżdża z Radomia i to z muzyką, którą gdzieś tam słyszeli na weselu. I tak powstała pierwsza kaseta. Sam producent był zaskoczony aż tak dużą sprzedażą. Zresztą my również.

Skupiliśmy się bardzo na twojej dawnej pracy. Fajnie, że jest co wspominać i fajnie, że masz coś drugiego – swoje zwierzaki. A co słychać u ciebie dzisiaj? Jak sam powiedziałeś, jesteś osobą, która nie umie spocząć na laurach i nie umie się wyciszyć. Jesteś niespokojnym duchem i czasem aż trudno uwierzyć, że masz tyle czasu na mnóstwo projektów. Jednym z nich jest twoja solowa kariera prowadzona pod pseudo „Bartek EM”. Czemu Bartek EM, a nie Redox?

- Po 27 latach grania z Wojtkiem, każdy artysta ma swoje ukryte marzenie, żeby czasami spróbować kariery solowej. Bartek EM to też właściwie troszeczkę jakby „wina” Wojtka. Bo on w pewnym momencie miał dużo mniej czasu dla muzyki i zajął się swoją firmą, natomiast ja dalej tworzyłem i w sumie doszliśmy obydwaj do wniosku, że może trochę spróbuję solowych kroków.

Ale nie pokłóciliście się?

- Nie, absolutnie nie. Pomagał mi w realizacji tego projektu. Również u Wojtka mamy swoje studio, gdzie nagrywamy wokale. A Bartek EM zebrał już cały materiał na płytę; rozmowy z firmą fonograficzną w sprawie wydania krążka trwają. Myślę, że jest to bardzo fajny projekt, który rozpoczęła piosenka „Zwariowana”. Teledysk do niej jest do obejrzenie w serwisie YouTube od końca kwietnia. Myślę, że dla mnie jest to też taka pamiątka do końca życia i duża satysfakcja. To przede wszystkim duża radość, że młodzi ludzie - jak i ci, którzy kiedyś słuchali Redoksu - fajnie to przyjęli, a „Zwariowana”, z tego co pamiętam, w Pololiście (liście przebojów) Radia Rekord zajmowała przez kilka tygodni pierwsze miejsce i jest ogólnie bardzo lubianą piosenką.

A co dobrego słychać u ciebie teraz?

- Jak to życie lubi przypadki... Odezwał się do mnie Artur Nowakowski - kolega, który zresztą grał na gitarze ze mną i z Wojtkiem jakieś 20 lat temu, i który wtedy od Waltera Chełstowskiego dostał propozycję grania w bardzo znanym rockowym zespole. Jednak praca zawodowa i dom nie pozwoliły mu tej propozycji przyjąć. Zadzwonił więc i powiedział, że ma jakiś gotowy materiał. Chodziło o piosenkę o rubasznym tytule „Cycolina” i jakoś to wszystko samo poszło… Zaśpiewaliśmy, nagraliśmy klip i nagle zrobiły się następne cztery piosenki.

Takie trochę biesiadno-dowcipne jest to nagranie, a sam tytuł „Cycolina” mówi, że jest to wyraźne nawiązanie do tych czasów, w których królową filmów dla dorosłych była pewna Włoszka o podobnym pseudonimie, co tytuł tej piosenki...

- Ale właśnie to nie jest przypadek, bo jak wiemy, muzyka disco polo czy muzyka chodnikowa zaczęła się m.in. od piosenki, którą wykonywali Marek Kondrat i Marlena Drozdowska „Mydełko Fa”. I w tym „Mydełku Fa” właśnie jest taka „Cycolina”. Stąd zrodził się pomysł, żeby to słowo wykorzystać. Jak wykorzystaliśmy, to pozostawiam to do państwa oceny, ale chcę powiedzieć, że piosenka jest i fajna, i zabawowa. Podobnie klip, którego premiera jest dzisiaj (piątek, 8 września) w serwisie YouTube.

A jaką nazwę zespołu powinniśmy wpisać, żeby posłuchać „Cycoliny”?

- Art.B., czyli Artur i Bartek.

Czy stare/nowe Art.B. patrzy z zazdrością na tych młodych?

- Ja mogę zazdrościć tym młodym ich lat, bo reszty to chyba nie. Myślę, że mam w sobie tyle energii, że spokojnie jeszcze mógłbym obdzielić kilku młodych ludzi (śmiech).

A gdyby życie było na tyle okrutne i kazało ci wybrać między muzyką disco polo a weterynarią, to co byś wybrał?

- Weterynarię.

- Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi.

- Bardzo głęboko w tym siedzę, Jest tyle zwierząt, które potrzebują pomocy, że nie mógłbym z tego zrezygnować. To nie jest tylko zawód wyuczony - to też jest pasja i marzenie z dzieciństwa, żeby pomagać zwierzętom. Gdybym rzeczywiście miał do wyboru tylko jedną rzecz, to przy każdym zabiegu przynajmniej śpiewałbym tym psom (śmiech). Leczenie to jest to, co kocham, muzyka zaś jest moim hobby i pasją. Także nie można bez niej żyć, natomiast można żyć bez publicznego jej wykonywania. Oczywiście, nie mógłbym pewnie za długo bez tej muzyki wytrzymać. Ale – tak, jak mówię - mam ją w sobie, w duszy. A różnica byłaby po prostu taka, że nikt nie znałby Redoksa, nikt nie znałby Bartka EM czy w tej chwili Art.B., tylko lekarza weterynarii, który coś tam sobie pod nosem mruczy.

Bartek, życzę powodzenia. I nie dziękuj, żeby nie zapeszyć.

- Nie dziękuję.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ.


Maciej Dobrowolski, fot. archiwum CoZaDzien.pl, Szymon Wykrota


Wasze komentarze


Polecany artykuł

Znamy laureata konkursu Arboretum Wojciech Kostrzewa został laureatem III Międzynarodowego Konkursu Kompozytorskiego...

x