Pisanie jest częścią mnie


Grzegorz Bartos - prozaik, dramaturg, scenarzysta. Ur. w 1976 r., debiutował jako 19-latek opowiadaniami w „Brulionie”. Imał się różnych zajęć, pracował jako dziennikarz, barman, urzędnik miejski, palacz co. Na koncie ma trzy powieści („Czapki z głów”, „Anarchiści”, „Rozdział zamknięty”) oraz nagradzane w konkursach sztuki teatralne, m.in. „Hazardziści”, „Wszyscy jesteśmy grubasami”, „Nadzy i martwi”. Ta ostatnia znalazła się w ścisłym finale Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, została też zrealizowana w 2011 r. w Teatrze Polskiego Radia.


Jesteś pisarzem radomskim, ale z Radomia chyba nie pochodzisz?

- Parafrazując wysoko postawionego urzędnika państwowego, za którym akurat nie przepadam: jestem z Radomia, a konkretnie z Pakosławia. Mówiąc serio, pochodzę z miejscowości, której poświęcono niejedno historyczne opracowanie, z Radomiem zaś jestem związany od 15. roku życia, z małymi przerwami. Z Radomiem i z Plantami właściwie. Tutaj przeżyłem znaczną część dorosłego życia. Wiele bardzo ciekawych wspomnień z tym się wiąże - i dobrych, i złych. Może kiedyś poświęcę im jakiś tekst, choć nie wcześniej niż za 50 lat – nie znoszę książek wspomnieniowych 30-letnich autorów.

To ciągłe zmienianie pracy to twój sposób na zbieranie doświadczeń czy jakieś życiowe ADHD?

- Zawodów imałem się różnych, bo taka była potrzeba. Zarabiania pieniędzy. Różnorodność z kolei wzięła się stąd, że nie boję się podejmowania zadań, nawet zupełnie mi obcych. Zaś kierunkowe wykształcenie wyższe jakie posiadam, w warunkach radomskich do niczego się nie przydaje. Część swoich doświadczeń rzeczywiście przekuwam na literaturę, ale nie wszystkie. Za to różne zajęcia i różne środowiska to niewyczerpalne źródło anegdot. Lubię anegdoty i zbieram je namiętnie. A wracając do zbierania doświadczeń – na przykład bez wyjazdu do pracy do Holandii w życiu nie przyszłoby mi do głowy, aby pisać o emigrantach. Pojechałem i na bazie obserwacji stamtąd powstał tekst „Nadzy i martwi”, który odniósł niejaki sukces. Czyli – warto było, choć właściwy profit przyszedł właśnie tutaj, po powrocie.

Pracowałeś też jako dziennikarz. Ten zawód pomaga w tworzeniu beletrystyki?

- Dziennikarstwo akurat niekoniecznie, ale za to inne zajęcia bardzo. Dzięki poznawaniu różnych ludzi i zajęć mogą powstawać teksty bardziej precyzyjne, mięsiste, wciągające. Postacie są bardziej różnorodne, charaktery zakreślone lepszą kreską. Dziennikarstwo moim zdaniem raczej zubaża literaturę – zmusza do powtarzania tych samych fraz, poza tym uczy płytkiego podchodzenia do tematu. Ktoś kto zna się na wszystkim, w istocie nie zna się na niczym. Pijany murarz na budowie potrafi bardziej empatycznie podejść do tematu od niejednego dziennikarza, nawet jeśli jest on gwiazdą lokalnej telewizji...

Był w twoim życiu taki moment, kiedy powiedziałeś sobie: „Zostanę pisarzem”? Czy to jakoś stopniowo narastało?

- Trudne pytanie, bo żeby na nie uczciwie odpowiedzieć, należałoby zagłębić się w metafizykę, genetykę, ewentualnie religie Wschodu, wg których nasze życiowe wybory determinuje poprzednia karma. Żartuję oczywiście, ale prawda jest taka, że pisanie nigdy nie było moim wyborem. Było po prostu częścią mnie. Odkąd pamiętam, choć może trudno w to uwierzyć. Najprościej powiedzieć, że wzięło się stąd, że od zawsze uwielbiałem czytać i czytam do tej pory bardzo dużo. Ale to chyba coś więcej. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania, choć są długie miesiące, kiedy tego nie robię.

Choć nie jest to zajęcie ani łatwe, ani opłacalne...

- Pewnie nie wytrwałbym przy literaturze tak długo, gdyby nie pułap, od którego się to rozpoczęło. Za zupełnie naturalne 16 lat temu uznałem, że moje opowiadania drukuje legendarny „Brulion”, nad scenariuszem pracuję z Kidawą-Błońskim, a potem - podczas I Tygodnia Sztuk Odważnych - stoję w jednym szeregu z najlepszymi polskimi dramatopisarzami. Sądzę, że każdy pisarz potrzebuje potwierdzania swojej wartości, nawet jeśli nieszczerego (śmiech), a mnie to spotykało bardzo wcześnie. Wypadałoby się już tego trzymać, jakkolwiek kabotyńsko by to zabrzmiało.

A problemy z wydawaniem książek cię nie zniechęcają? Bo to w Polsce droga przez mękę...

- Każda z moich książek została wydana w inny sposób. Rzeczywiście, nie jest to łatwa sprawa. Przeszedłem tę drogę nie raz i dlatego z trudem przychodzi mi zachować spokój, gdy ktoś pyta mnie: - A nie myślałeś, żeby iść ze swoją powieścią do dużego wydawnictwa? Nie myślałem. Tak się składa, że moja ostatnia powieść długo leżała w jednym z największych wydawnictw, byłą nawet pozytywnie recenzowana i... nic z tego nie wyszło. I nawet nie wiem dlaczego. Czyli nie jest łatwo. Może trochę jestem sam sobie winien, ponieważ zależy mi na tym, aby teksty ukazywały się w miarę szybko. Po prostu z czasem tracę do nich serce. Moje życie idzie dalej. Tak samo moje pisanie. Każda powieść to dla mnie jak rozdział, który powinien zostać zamknięty. Stąd moje przyzwolenie nawet na publikacje o charakterze bardziej undergroundowym - byle tylko powieść nie umarła w szufladzie.

A te publikacje ktoś musi jeszcze kupić. Od czego zależy czy pisarz staje się znany?

- Na pierwszym planie jest tu oczywiście promocja, reklama, marketing. Ale dlaczego promuje się jednego pisarza, a drugiego nie? Nie mam pojęcia. W każdym razie podejrzewam, że kwestie jakości literatury nie mają tutaj największego znaczenia. Są gdzieś na trzecim, czwartym miejscu. Nie mam chęci się nad tym zastanawiać, choć bywa to bolesne, kiedy ktoś mówi mi np., że gdyby pod moją ostatnią powieścią podpisał się ktoś bardziej znany, to już najpewniej powstawałby na jej podstawie film (cytuję). A może nie ma w tym nic dziwnego. W wielu innych dziedzinach jest tak samo. Miesięczne premie w szkolnictwie niekoniecznie trafiają do tych, którzy najbardziej na to zasługują. Najbardziej popularny polski dziennikarz telewizyjny łamie wszelki zasady obiektywnego podejścia do zawodu. Czyli – może wystarczy znaleźć się w określonym miejscu, o określonym czasie i być wystarczająco – powiedzmy - elastycznym.

Akurat w Radomiu ostatnio trochę o tobie głośniej, m.in. dlatego, że organizujesz spotkania literackie w Czytelni Kawy...

- Pomysł na ich organizowanie wziął się z mojego znużenia tradycyjną formułą spotkań kulturalnych. Wierz mi, są one męczące zarówno dla autora, jak i dla widowni. Niestety, taki jest wymóg czasu, praw rynku, marketingu. Specjalista od pisania musi bawić się w konferansjera. Dlatego organizując pierwsze spotkanie – promocję „Rozdziału zamkniętego” - postanowiłem sprawdzić zupełnie inną formułę. Owszem, jako autor zająłem publiczności trochę czasu, czytałem fragmenty tekstu, ale później pokazaliśmy film „Dybuk”,, na scenie wystąpili też zaproszeni goście, w tym Piotr Dąbrówka. I okazało się, że wszystkim się to spodobało. Następne spotkanie miało jeszcze inną formę, a ja już bez obaw mogłem zaproponować publiczności rzecz pozornie tak ekstremalną jak odsłuchanie w całości płyty „Kind of Blue” Milesa Davisa. Następna impreza będzie znowu zupełnie inna. Powtarzają się sprawdzone elementy, ale ciągle chcę dokładać coś nowego, niespodziewanego. Zakładam bowiem, że na tego typu imprezy przychodzą jednak ludzie, którzy są otwarci na różnorakie artystyczne niespodzianki. Ostatnio nawet znajomy zadał mi takie pytanie: - Jak to jest, że z twoich spotkań, nawet jeśli nie ma na nich alkoholu, i tak wszyscy wychodzą pijani? To magia.

Pamiętam jak kiedyś obiecywałeś, że literackie spotkania będziesz organizował w – przyznanej ci przez miasto - pracowni na Rwańskiej. Dlaczego to nie wyszło? 

- Na swój sposób do spotkań literackich dochodziło tam wielokrotnie. Odwiedzało mnie tam bowiem wiele osób, a klimat i otoczenie prowokowały do dyskusji o literaturze. Inną sprawą natomiast jest to, że w Radomiu istnieje kilkanaście instytucji kulturalnych dysponujących całorocznym budżetem m.in. na przygotowywanie spotkań literackich. Dlaczego ja miałbym wykładać prywatne pieniądze na zapraszanie przykładowo Manueli Gretkowskiej? Przecież ona bierze za spotkanie dwa tysiące złotych! Mam zbyt dużą rodzinę, aby sobie na to pozwolić. Poza tym pracownia będąc oficjalnie darmowa, kosztowała mnie jednak comiesięcznie całkiem sporo. Dlatego służyła przede wszystkim temu, czemu miała służyć – pisaniu, ale to też w określonym czasie. Stąd ostatecznie decyzja o rezygnacji z niej. Wracając do organizowania spotkań, to jednak potrzeba do nich większego zaplecza, i to zapewnia mi właśnie Czytelnia Kawy, jak też pomoc przyjaciół.

W twojej ostatniej – trzeciej z kolei – powieści widać moim zdaniem duży progres warsztatowy. Widzisz, jak zmienia się twoje pisarstwo?

- Na tyle na ile mogę to ocenić z dystansu, moje pisanie stale dojrzewa, zmienia się, ewoluuje. W momencie, w którym przestanie, będę musiał zadać sobie pytanie, czy warto dalej to robić. Pewnie tak, jeśli finansowo będzie się to opłacać i jeśli będą tematy, które za wszelką cenę będę chciał poruszyć. Ale jednak – patrząc na którąś z rzędu powieść moich ulubionych pisarzy - zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zatrzymać się w pewnym momencie. Jak smutna jest nowa literatura Llosy, Marqueza, czy Rushdiego... Myślę, że stale trzeba szukać nowej formuły. Oczywiście, stan konta znacznie zmienia punkt widzenia nawet największych rebeliantów w sztuce. Dziś mogę powiedzieć, że następny mój tekst jest zupełnie inny od „Rozdziału zamkniętego” a już bardzo odległy od np. „Anarchistów”. I cieszy mnie to. Nie jestem czytelnikiem, czy widzem, który potrzebuje stale tej samej opowieści. Nie czytam na okrągło tych samych książek i nie oglądam tylko jednakowych filmów Woody’ego Allena. Owszem, jestem cholernie przywiązany do klasyki, ale wydaje mi się, że cały czas pojawiają się osoby z wielkim talentem i nie chciałbym ich odrzucać, tylko dlatego, że moim mistrzem jest dajmy na to Faulkner czy Dostojewski.

Sam zahaczyłeś o swoje literackie plany...

- Teraz to przede wszystkim publikacja „Noworocznej opowieści o dwóch meczach i morderstwie”, mojej – jak to nazywam – powieści „radomskiej”. Jej akcja rozgrywa się w dwóch płaszczyznach, przed wojną i współcześnie. Mieszają się tropy, ścieżki się przecinają, emocje, uczucia, nadzieje pozostają... Prawdopodobnie w antologii tekstów autorów wydawnictwa Jirafa Roja ukaże się moje nowe opowiadanie. Zostałem do niej zaproszony. Ciekaw jestem tylko, czy coś nowego dadzą do niej Marks, Bakunin czy Bruno Jasieński, którzy również są autorami wydawanymi przez JR (śmiech)... Czekam też, co stanie się dalej z projektem, nad którym spędziłem w tym roku kilka miesięcy. Przygotowywałem pierwszą wersję scenariusza filmu o polskich alpinistach z lat 70. Bardzo ciekawy temat, wciągnął mnie bez reszty. Jeśli będzie odzew z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, bardzo chciałbym pracować dalej przy tym tekście.

 

 

Rozmawiał: S. Równy


Polecany artykuł

Noc z Andersenem w bibliotece W nocy z dnia 16 na 17 kwietnia odbyła się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Radomiu...

x