Radomska droga do wolności

Radomska droga do wolności
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

9 października radomska „Solidarność” obchodziła 32- lecie istnienia. W jakich okolicznościach powstawała radomska "S"? Dlaczego radomianie bali się do niej wstąpić? W jakich okolicznościach jej założyciel został internowany? Z Andrzejem Sobierajem, przewodniczącym Międzyzakładowej Komisji Założycielskiej NSZZ „Solidarność” Ziemia Radomska rozmawia Anna Prokop.

W niedzielę za tydzień zapraszamy na II część wywiadu, w którym Andrzej Sobieraj opowie o tym, jak wyglądały represje ze strony komunistów na związkowcach walczących o wolność, a także o trudach życia w więzieniu. W cz. III  porozmawiamy o działaniach"Solidarności" dzisiaj.

Jak powstała radomska „Solidarność”?

- Rok 1980 był zwiastunem ważnych zmian, bowiem już wiosną odbywały się pierwsze protesty w Lublinie i Sanoku. Latem całą Polskę obiegła informacja o wydarzeniach na wybrzeżu, choć środki masowego przekazu - będące w rękach komunistów - robiły wszystko, aby jak najmniej informacji docierało do innych części kraju. W tym samym czasie w radomskich zakładach - takich jak „Radoskór”, „Blaszanka”, Zakłady Metalowe, ZREMB, „Tytoniówka” - oraz pionkowskim Prochu i kozienickiej elektrowni, powstawały pierwsze grupy, które dążyły do powstania przyszłego związku. Ja również znalazłem się w grupie założycielskiej działającej w „Blaszance”, czyli w Zakładzie Sprzętu Grzejnego. Już od pierwszych chwil dyrekcja, branżowe związki zawodowe, a także organizacje partyjne utrudniały nasze zamierzenia. Usiłowali nam wmówić, że zmienią sposób traktowania robotników, chcieli, aby zawierzyć im, a nie – jak mówili – nacjonalistom działającym wśród stoczniowców. Pojechałem na wybrzeże przywożąc ze sobą ulotki – choć do samej stoczni nie udało mi się dostać. Dzięki nim miałem wgląd do tego, co faktycznie dzieło się w stoczni. Po przyjeździe do Radomia, podzieliłem się tą wiedzą z kolegami. W pierwszych dniach września udałem się do dyrekcji z zamiarem utworzenia związków zawodowych na terenie naszego zakładu pracy. 15 września powstały związki zawodowe o zasięgu ogólnopolskim, czyli „Solidarność”. Radom ze względu na wydarzenia z 1976 roku był zastraszony. Słynne radomskie ścieżki zdrowia doprowadziły do tego, że ludzie obawiali się terroru panującego w tamtym okresie czasu. To powodowało, że w naszym regionie trudno nam było założyć „Solidarność” o zasięgu wojewódzkim. Podczas, gdy w innych ośrodkach były tworzone struktury, u nas ten ruch dopiero się rozpoczynał.

Społeczeństwo było zastraszone?

- Możemy przyjąć, że co czwarta czy piąta rodzina w Radomiu była dotknięta represjami po 1976 r. Wprowadzano w życie to co powiedział Jaroszewicz, że takie miasto jak Radom to on może zaorać. Co bardzo skutecznie było realizowane. Radom miał problem z zaopatrzeniem we wszystkie niezbędne artykuły, a w szczególności w żywność – sam jeździłem np. do Warszawy, Kielc czy Łodzi, żeby kupić coś na święta. Moim zdaniem ta klątwa, choć w innym wydaniu, trwa do dnia dzisiejszego.

Właśnie. Wiele osób twierdzi, że Radom pokutuje za Czerwiec 76’…

- Naszemu miastu, które jest zaliczane do dużych polskich aglomeracji, wiele się zabiera lub w planach pomija. To może świadczyć tylko o jednym: że obrady Okrągłego Stołu doprowadziły teoretycznie do zmian, ale nie nadeszły do nas w takim stopniu jak na nie zasługujemy. Jednym słowem: uwłaszczona nomenklatura działa dalej.

Wróćmy do lat 80-tych. Mimo zastraszonego społeczeństwa, udało się utworzyć „Solidarność”…

- Do pierwszego takiego spotkania doszło w klubie PAX. PAX nie miał jednak zbyt dobrych opinii, więc jego członkowie odpadali jako potencjalni założyciele struktur związkowych. 9 października doszło do spotkania przedstawicieli zakładów pracy w prywatnym domu przy ul. Malczewskiego. Wśród nich byłem również ja. Na spotkaniu pojawił się profesor Kłopotowski z Warszawy, który przedstawił nam sytuację w Gdańsku i dał wskazówki do założenia struktur wojewódzkich „Solidarności”. W wyniku tej dyskusji została wybrana 10-osobowa grupa założycielska, w której – z racji wiedzy jaką posiadałem –powierzono mi rolę przewodniczącego. Jak już wspomniałem, zakładanie „S” było bardzo trudne. Wraz Jackiem Jerzem - moim zastępcą, mogliśmy wejść na teren zakładu pod warunkiem znalezienia minimum trzech chętnych osób, które wysłuchałyby naszych założeń dotyczących powstania „S”. Dyrekcja oczywiście robiła wszystko, by do tego nie dochodziło zastraszając pracowników. Mimo wszystko udawało nam się wyłuskać kilkuosobową grupę ludzi i na podstawie ich prośby wchodziliśmy na teren zakładu. W krótkim czasie, mimo ogromnych trudności, obaj doprowadziliśmy do tego, że mieliśmy za sobą około 150 tys. członków. Tym samym ponad 90 procent społeczeństwa zgłosiło akces przynależności do nowopowstałych struktur związkowych. Od samego początku wiedzieliśmy, że musimy w jakiś sposób doprowadzić do tego, żeby zrzucić z robotników obawy związane z wydarzeniami, do których dochodziło po czerwcu 1976 roku. Dlatego też przystąpiliśmy do przygotowania postulatów.

Czego dokładnie one dotyczyły?

- Najważniejszym z nich był ten mówiący o pełnej rehabilitacji osób pokrzywdzonych po wydarzeniach z 1976 roku. W dalszym ciągu przy władzy była grupa, która tworzyła ścieżki zdrowia, doprowadzała do zwolnień w zakładach pracy i na różne sposoby prześladowała później rodziny osób biorących udział w wydarzeniach czerwcowych. Wystarczyło pokazać zdjęcia człowieka biorącego udział w strajku, aby mieć powód do wtargnięcia do jego domu, a następnie aresztowania. Bardzo często podrzucano różnego rodzaju gadżety służące do oskarżenia.

Żeby mieć tak zwanego haka na daną osobę ?

- Tak, posuwali się nawet do tego. To odzwierciedla mechanizm działania reżimu komunistycznego. W taki sposób można było prześladować każdego człowieka. Krążyło nawet powiedzenie: „Dajcie nam człowieka, a my sami znajdziemy na niego paragraf”. Oprócz rehabilitacji poszkodowanych osób postulowaliśmy za tym, aby przywrócić ludzi do pracy, polepszyć zaopatrzenie w sklepach, były także postulaty dotyczące lecznictwa. Niektóre z nich są aktualne do dzisiaj, np. obniżenie wieku emerytalnego. Mówiliśmy też o wolnych sobotach, które w pewnym momencie zaczęto nam ograniczać.

Jak było z realizacją tych postulatów w latach 80-tych ?

- Było bardzo ciężko. W listopadzie 1980 roku skierowałem pismo do Sejmu, aby zajęto się rehabilitacją ludzi i samego miasta – pozostałe postulaty były rozważanie podczas rozmów z komisją rządową. Oczywiście nie dostałem żadnej odpowiedzi. Oddolny nacisk społeczeństwa był jednak coraz większy. Wie pani jaki przydział mięsa przypadał na jednego mieszkańca województwa radomskiego przed świętami Bożego Narodzenia?

Przypuszczam, że niewiele…

- 4 dag, proszę pani. Pojechałem do Gdańska, przedstawiłem problem Wałęsie. Ten z kolei zadzwonił do Rakowskiego. Wyznaczyłem grupę do rozmów i udaliśmy się do Warszawy. Po długiej rozmowie i groźbie zorganizowania strajku regionalnego Ciosek umożliwił mieszkańcom miasta dokonywanie zakupów w bardzo dobrze zaopatrzonych konsumach wojskowych i milicyjnych.

Czy problemy z zaopatrzeniem dotykały Radomia w takim samym stopniu jak inne miasta?

- W województwach, które znajdowały się bliżej granicy z Rosją, sytuacja z zaopatrzeniem była taka sama jak w Radomiu. Lepiej natomiast był traktowany np. Śląsk czy całe wybrzeże. Najprawdopodobniej problemy z zaopatrzeniem były umyślnym działaniem układu komunistycznego, to była jedna z form gnębienia społeczeństwa. Poza tym przy zachodniej granicy komuniści czuli się mniej bezpiecznie. Osoby takie jak Jaruzelski, Kiszczak i im podobni byli wasalami moskiewskimi, ślepo wykonującymi rozkazy Rosjan. Dla tych ludzi dobro Polski i Narodu nie wchodziło w rachubę. Dziś obrona tych ludzi doprowadziła do tego, że są bezkarni, a taki Ryszard Kalisz z SLD potrafi ubliżać prawicy zamiast siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. Do takiego paradoksu doszło w wyniku Okrągłego Stołu i tzw. grubej kreski Mazowieckiego, dotyczącej przeszłości. Nie stać było nas na podjęcie takich kroków, jak Czesi i Węgrzy. Tam całkowicie odsunięto od władzy komunę, więc tych problemów, które dotykają Polski, u nich dzisiaj nie ma. To jest układ, w wyniku którego nomenklatura się uwłaszczyła. Jej członkowie bardzo dobrze się teraz miewają. Jeśli ktoś zapyta czy demokracja, o którą walczyliśmy jest tą właściwą, to odpowiem, że nie. Środki masowego przekazu w dalszym ciągu opanowane są przez dawny reżim. Ale tutaj trochę już wybiegłem w przyszłość…

Wróćmy zatem do lat 80-tych i ówczesnych postulatów. Społeczeństwo coraz bardziej domagało się zmian...

- W marcu, kiedy doszło do protestu w dużych zakładach pracy, zmuszony przeze mnie Wałęsa doprowadził do kolejnej rozmowy z Rakowskim. Ten z kolei zobowiązał się do przysłania komisji rządowej, z którą mieliśmy rozmawiać na temat postulatów. Czterogodzinny masowy strajk przeprowadzony w całym regionie doprowadził do tego, że 15 marca Wałęsa przyjechał do Radomia. Wówczas społeczeństwo bardzo mu wierzyło, był dla nas wyrocznią. Dziś mam diametralnie inne zdanie na jego temat. Zebrałem na stadionie przedstawicieli zakładów pracy i, jak się okazało, to przerosło nasze najśmielsze oczekiwania - przyszło grubo ponad 20 tyś. ludzi. Przyjechał wtedy mecenas Siła-Nowicki, Anna Walentynowicz, ksiądz Sadłowski. Wałęsa powiedział, że osoby odpowiedzialne za organizację ścieżek zdrowia, zostały odsunięte: sekretarz wojewódzki Prokopiak, szef milicji wojewódzkiej Mozgawa oraz wojewoda radomski Maćkowski. Był to zwiastun nadchodzących zmian. Nie zostali oni jednak zdegradowani, tylko awansowali do Warszawy, na inne lepiej płatne stanowiska. My natomiast przystąpiliśmy do realizacji postulatów. Władza nie chciała się na to zgodzić, choć ludzie zwolnieni w wyniku działalności związkowej, zostali przywróceni do pracy. W 1981 roku postanowiłem zorganizować wielką manifestację z okazji rocznicy wydarzeń czerwcowych, rozpisaliśmy także konkurs na pomnik. Manifestacja była potężna, ówczesne władze ugięły się pod żądaniami pracowników pozwalając na przeprowadzenie uroczystości i przyznając się w ten sposób do tego, że wydarzenia czerwcowe były zbrodnią przeciwko narodowi. Dyskusje dotyczące pozostałych postulatów nie posuwały się do przodu.

Czym można wytłumaczyć takie zachowanie?

- Od pierwszego momentu powstania „Solidarności” władza akceptowała grupę tzw. ugodowców, natomiast nie chciała ludzi mojego pokroju, ponieważ zawsze powtarzałem, że nie walczę tylko o związek lecz i o wolną i niepodległą Polskę. Miałem wiele zarzutów prokuratorskich, ponieważ twierdziłem, że nasz kraj jest pod jarzmem sowieckim. Takich osób jak ja było w państwie więcej – nie pasowaliśmy do układu. Już we wrześniu 1980 roku, a więc w momencie powstania „S”, opracowywano sposoby rozwiązania jej, a świadczą o tym dokumenty znajdujące się w IPN. O ironio, po powstaniu naszej „Solidarności” wojewoda dam nam na siedzibę lokal przy ul. Malczewskiego, po zakładzie trumniarskim.

Tak jakby chciał powiedzieć: Dopiero co powstaliście, a już umieracie. Budynek znajduje się przy ul. Malczewskiego, tam też co roku składamy kwiaty z okazji utworzenia międzyzakładowego komitetu założycielskiego.

Po 13 grudnia został pan internowany…

- Muszę najpierw powiedzieć pani ważną rzecz. Radom na pierwszym zjeździe krajowym „S”, odegrał ogromną rolę. Wystąpiłem z uchwałą dziękczynną dla Komitetu Obrony Robotników, działającego po wydarzeniach z 1976 roku, zamykając jednocześnie ten rozdział historii. Niektórzy członkowie KOR próbowali przypisać sobie założenie „Solidarności”. Co prawda, jakiś procent udziału w tym mieli i nikt im tego nie odbierze, ale w momencie zawiązania się „S”, KOR nie miał racji bytu. Natomiast Jacek Jerz wystąpił z programem politycznym KPN.

Jak już wspomniałem ja, jako jedyny przewodniczący regionu, już wtedy powtarzałem, że walczę o niepodległą Polskę. Pokłosiem naszej patriotycznej działalności jest fakt, że dziś Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory w Radomiu. Sekret tkwi w naszej edukacji. Wraz z Jackiem Jerzem jeździliśmy po zakładach pracy, prowadząc spotkania na temat historii oraz patriotyzmu, więc zwycięstwo prawicy w Radomiu jest poniekąd naszą zasługą.

Jaką rolę odegrał Radom podczas pierwszego zjazdu krajowego „S”?

- Tak jak powiedziałem delegat na zjazd krajowy Jacek Jerz wystąpił z tzw. programem Rewolucji bez rewolucji. Było to bardzo mocne wystąpienie, za które po raz kolejny zostały nam postawione zarzuty prokuratorskie. Wygrała nasza propozycja uchwały dziękczynnej dla KOR-u i byliśmy aktywni przy wszystkich podjętych wówczas decyzjach.

Warto wspomnieć również o tym, że w marcu 1982 roku miały zostać przeprowadzone wybory samorządowe – chcieliśmy odegrać tutaj ważną rolę, aby wchodząc w oddolne struktury, rozbijać stopniowo te górne. Omawialiśmy ten temat w Warszawie po pacyfikacji strajku i Radomiu podczas posiedzenia Komisji Krajowej. Kolejne posiedzenie KK w Gdańsku 11 oraz 12 grudnia było burzliwe i pełne niepokoju. Powiedziałem do Jacka Jerza I Zdzisława Podkowińskiego: „Jedźcie do Radomia, gdyby coś się stało, to przejmiecie pałeczkę i będziecie działać w moim imieniu”. Podjąłem taką decyzję, ponieważ musiałem pozostać na posiedzeniu komisji krajowej. Pamiętam, że około godz. 20 przyjechała Alinka Pieńkowska, przekazując informacje o tym, że coś się dzieje, ponieważ służba zdrowia jest masowo ściągana na dyżury, widać ruchy wojsk oraz milicji. Pomiędzy 22 a 23 przerwaliśmy spotkanie, później – wraz z Witoldem Krollem oraz Jankiem Rólewskim – wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Sopotu, gdzie mieliśmy hotel. Jadąc ulicami Gdańska Janek zauważył, że są puste. Zajeżdżając na miejsce Janek zdążył jeszcze zapytać jednego z pracowników hotelu, czy nie widział przypadkiem ubeków. Oczywiście odparł, że nie widział… Ale kto wie czy to nie był przebrany ubek. W nocy dostałem telefon i usłyszałem: „Andrzej uciekaj, budynek jest otoczony!”. Dobiegłem do okna i zobaczyłem uzbrojonych po zęby ZOMO-wców, którzy otoczyli budynek. Powiedziałem koledze Witkowi, że musimy się ewakuować na strych czy do piwnicy. Niestety, na korytarzu stali już zomowcy jak zakute łby uzbrojeni po zęby. Po jakimś czasie wpadli do środka i zakuli mnie w kajdanki. Witek nie był na liście, ale ponieważ powiedział, ze jego obowiązkiem jest być tam gdzie przewodniczący więc i jego zakuli. Zaprowadzili na do milicyjnej suki, gdzie siedział również Janek Rólewski, po czym przewieziono nas na komisariat. Po kilku godzinach znowu wsadzili nas do milicyjnych samochodów i pojechaliśmy w stronę lasów. ZOMO-wcy przez cały czas rozmawiali, dając nam do zrozumienia, że jedziemy na tzw. rozwałkę. Zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy być gotowi na wszystkie ewentualności. Okazało się, że zostaliśmy zawiezieni do więzienia w Strzebielinku i tak rozpoczął się mój szlak więzienny…

.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy