Radomska droga do wolności - cz. II wywiadu

Radomska droga do wolności - cz. II wywiadu
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Zapraszamy na II część wywiadu z założycielem radomskiej "Solidarności". W jakich warunkach żyli internowani działacze "S", jaką rolę w ich walce z komunizmem odegrali księża, do jakich metod uciekała się ówczesna władza, aby złamać psychicznie i fizycznie więźniów politycznych? Z Andrzejem Sobierajem rozmawia Anna Prokop.

I część wywiadu TUTAJ. Za tydzień ostatnia, III część, w której dowiemy się o działaniach "Solidarności" w dzisiejszych czasach. 


Jak wyglądał pański pobyt w więzieniu?

- Atmosfera była napięta ze względu na to, że nie posiadaliśmy jakiejkolwiek wiedzy o tym co dzieje się na zewnątrz: czy są protesty, strajki… Ta niewiedza potęgowała nasze obawy o losy rodzin i członków związku.  Rosło także rozdrażnienie z poczucia bezsilności. W Strzebielinku znaleźli się m.in. Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Andrzej Gwiazda, Janusz Onyszkiewicz, Grzegorz Palka, Janek Rulewski i inni czołowi członkowie związku. Jednym słowem cała wierchuszka „Solidarności”. Warunki więzienne były ciężkie. Nie było mowy o jakichkolwiek wygodach, w jednej celi przebywało ponad 20 osób w tym palący i nie palący. Nie mieliśmy m.in. kontaktów z rodzinami, możliwości skorzystania z posługi kapłańskiej, więc zaczęliśmy protestować, doprowadzając do tego, że zjawił się u nas komendant, od którego zażądaliśmy – jako grupa negocjacyjna – przeprowadzenia rozmowy na temat statusu naszego internowania. Oczywiście negocjacje nie dały żadnych skutków, jedynie na dwa dni przed Bożym Narodzeniem zjawił się kapelan, który przywiózł nam trochę żywności, ale i świeże informacje. Wielu z nas myślało, że jest to podstawiona osoba. Podejrzenia okazały się niesłuszne - dowiedzieliśmy się, że są organizowane strajki, o pacyfikacji kopalni „Wujek”. Niestety te informacje były szczątkowe, w kraju nie działały linie telefoniczne, więc społeczeństwo miało dodatkowe problemy z docieraniem do bieżącej sytuacji w kraju. Przykładem utrudniania komunikacji przez władze był fakt, że moja rodzina dowiedziała się o mojej sytuacji ponad miesiąc po aresztowaniu.

Co działo się dalej?

- 29 grudnia usłyszeliśmy przez więzienne megafony, że wszyscy ci, którzy są na spacerniaku, mają nakaz powrotu do cel, po czym wyczytano 14 nazwisk, w tym moje. Kazali nam się ubrać, spakować wszystkie swoje rzeczy.  Prowadząc nas w kierunku bramy więziennej, pomiędzy szpalerem uzbrojonych po zęby zomowcami, Karol Modzelewski idący jako pierwszy, odwrócił się do nas i powiedział, żebyśmy byli gotowi na wszystko, bo nie wiadomo co nas czeka za murami. Powiedział tak nie bez powodu. Niósł pod pachą jakąś paczkę, wtedy jeden z tych bandziorów powiedział: -Po co on bierze to ze sobą, czyżby nie wiedział gdzie jedzie? Wsadzili nas do bud milicyjnych i długo wozili po okolicy. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na jakimś lotnisku. Ciągle skutych w kajdany wsadzili nas do helikopterów po czym skierowaliśmy się na wschód. Wtedy Gwiazda powiedział: - Trzymajcie się mnie, na Syberii spędziłem dzieciństwo, pokieruję wami. Po jakimś czasie Jacek Kuroń, widząc Pałac Kultury, krzyknął, że pewnie lecimy na negocjacje do Warszawy. Okazało się, że zostaliśmy przetransportowani do kolejnego więzienia – tym razem w Białołęce. 

Znalazłem się w jednej celi z Andrzejem Gwiazdą, spędziliśmy w niej 8 miesięcy. W porównaniu z innymi więźniami  byliśmy w bardzo dużej izolacji. Po kilku tygodniach dotarli do nas Pracownicy Czerwonego Krzyża. Widząc, jak jesteśmy przetrzymywani, stwierdzili, że mamy gorsze warunki niż kryminaliści. W Białołęce napisałem list do prymasa Glempa z prośbą o posługę duszpasterską, której po prosty nie mieliśmy.  Prymas przybył i spytał, który z nas to Sobieraj. Gdy się odezwałem, powiedział, że przybył na moje zaproszenie, ale wraz ze mną jest biskup Sobieraj. - To idź się wyspowiadaj - powiedział. Biskup oprócz spowiedzi przekazał mi  cenne informacje. Zresztą z tej formy „spowiedzi” korzystali także Michnik i Kuroń, a jak wiadomo, nie byli oni praktykującymi katolikami.

Nie mieliście obaw o to, że osoby działające w podziemiu mogą mieć moment załamania, wiedząc, że jesteście internowani i nie wiadomo co się z wami dzieje?

- Tego typu informacje przekazywaliśmy podczas tzw. widzeń, które wreszcie zaczęły nam przysługiwać, pomocni byli również księża, którzy zachowywali się wspaniale, współpracując z nami i przekazując nasze odezwy ludziom z zewnątrz, zaś od końca lutego były już normalnie publikowane. Po naszej stronie byli również pracownicy Czerwonego Krzyża, którzy zostawili nam bardzo mały aparat fotograficzny, którym uwieczniliśmy nasz pobyt w Białołęce – zdjęcia są dziś dostępne m.in. na stronie www.represjonowani.net. Obiegły one nie tylko Polskę, ale i cały świat. Muszę powiedzieć jeszcze jedną dobrą rzecz na temat kryminalistów, z którymi przebywaliśmy w więzieniu, ponieważ odnosili się do nas z niezwykłym szacunkiem. Szanowali nas do tego stopnia, że stojąc przy oknie na tzw. lipie, kazali uciszać się innym, tłumacząc, że teraz Polacy mówią. Jak któremuś z nas brakowało herbaty, to potrafili się ciąć po to, by dostać się na izbę – i sobie znanymi sposobami – potrafili zdobyć to czego potrzebowaliśmy. W  celach w Strzebielinku czy Radomiu nie było możliwości skorzystania z toalety, więc załatwialiśmy swoje potrzeby do wiadra stojącego w rogu. Żaden z członków „Solidarności” nie miał prawa wziąć tego wiadra do ręki, więźniowie sami zadecydowali, że będą wyznaczać kogoś kto wyniesie je z celi za nas.

Nie miał pan momentu załamania podczas pobytu w więzieniu?

- Nie miałem takich momentów za wyjątkiem tęsknoty, za rodziną i wolnością. Pewnego razu zostałem zaprowadzony przez dwóch klawiszy na spotkanie z pewnym mężczyzną, który zaproponował mi  dom przy stadionie „Radomiaka” zamiast 3-pokojowego mieszkania które posiadałem, dobrze płatne stanowisko oraz samochód twierdząc, że wie doskonale o tym, że chciałbym kupić sobie Zastawę. Powiedział, że to wszystko będzie moje, wystarczy 5 minut wystąpienia w telewizji i odczytanie tego, co będę miał napisane na kartce. Powiedziałem mu wtedy: - Wie pan, moja mama w dzieciństwie uczyła mnie odmawiać pacierz, natomiast ojciec uczył mnie wiersza „Kto ty jesteś? Polak mały” i to zostało mi do dziś. Mężczyzna kazał klawiszom odejść, a mnie odpowiedział: - Ja też jestem Polakiem. Tak więc niby proste nic nie znaczące słowa musiały go poruszyć.

Kiedy wyszedł pan z więzienia?

- Chciałem jeszcze pani powiedzieć, że oprócz odezw wysyłanych do podziemnej Solidarności organizowaliśmy protesty dotyczące naszych potrzeb, warunków więziennych, przywrócenia legalnej działalności związku i innych spraw indywidualnych – były to protesty głodowe i to wielokrotne. 23 grudnia 1982 roku, wraz z Onyszkiewiczem, Tokarczukiem opuściłem wreszcie więzienie w Białołęce. W sumie, w internowaniu, przebywałem rok i 13 dni. Na wolności przystąpiłem do tworzenia struktur „Solidarności”, co szło z takim samym trudem jak za pierwszym razem. Do tego spotkała mnie osobista tragedia, ponieważ w miesiąc po wyjściu z więzienia, zmarł mój przyjaciel Jacek Jerz – do dziś nie znamy dokładnych przyczyn jego śmierci, ale mógł to być efekt pobicia, do którego doszło podczas jego internowania. Cały czas chcieliśmy ze sobą współpracować, ponieważ zajmując ubeków przy jednym z nas drugi, mógłby działać na rzecz „Solidarności”. 

Tego typu zagrywki czerpaliśmy z książek na temat działań Armii Krajowej. Dzięki nim wiedzieliśmy jak zrobić bibułę, organizowaliśmy kręciołek denaturatowy. Pisanie czegokolwiek było jednak bardzo trudne, ponieważ mieliśmy tylko maszyny ręczne, na których musieliśmy wystukiwać uchwały i dopiero – za pomocą kręciołka – je powielać. Dotarcie z pismami do większej grupy ludzi było bardzo ciężkie. Aby móc jakoś na to zaradzić, pojechałem do kościoła pw. Św. Marcina w Warszawie, w którym były rozdzielane dary przekazywane z Zachodu. Tam biskup Dąbrowski kazał przygotować dary, zapoznał mnie z aktorami, którzy na moja prośbę przyjechali do Radomia.  Sprowadził też  instruktorów, z  którymi umówiłem się na przyjazd do Radomia celem  przeprowadzenia szkolenia robienia  bibuły. Zorganizowałem tzw. trójki i piątki nie znające się nawzajem, które działały na wzór konspiracji okupacyjnej. Muszę jeszcze dodać, że do pracy zawsze chodziłem ze szczoteczką do zębów, ponieważ milicja teoretycznie zabierała mnie na 24 godziny, a tak naprawdę to na 48 godzin, a nawet dłużej. Moja działalność odbiła się na zastraszanej rodzinie.

To znaczy?

-  Częste rewizje, zakładanie podsłuchów, kilkakrotne okradanie mieszkania, zatrzymania, na przykład ukaranie nas mandatem 500 zł po tym, jak żona wraz z dziećmi odwiedziła mnie podczas internowania. Karę musiała ponieść za to, że dzieci opuściły szkołę. To było znęcanie się psychiczne.W dokumentach IPN są informacje świadczące o tym, że nauczycielom kazano namawiać uczniów do tego, aby szydziły z moich dzieci. Powodem miało być to, że mają ojca opłacanego rzekomo przez imperialistycznego wroga. Jak wspomniałem, te  ciągłe rewizje i niszczenie wszystkiego co ciężko było zdobyć, chociażby żywność: cukier, chleb etc. Wspomniane podsłuchy, kradzieże, kręcący się wokół domu tajniacy, zabieranie mnie z zakładu na przesłuchania, straszenie o okaleczeniu mnie i dzieci to jest ta perfidna podłość reżimu komunistycznego.

Jak udawało się prowadzić działalność związkową wiedząc, że dookoła jest tylu potencjalnych ludzi współpracujących ze służbami?

- Dało się to robić. Polowanie na czarownice mijało się z celem, ponieważ podejrzewając wszystkich dookoła, nic nie udało by się nam zdziałać. Trzeba było ryzykować, wierzyć pewnej grupie ludzi utrzymując z nimi kontakt. Przykładem może być to, że powodem kolejnego zatrzymania, miała być kontrmanifestacja 1 majowa, którą miałem rzekomo zorganizować, co było oczywiście nieprawdą. Umyślnie rozmawiałem na temat manifestacji wiedząc, że mam podsłuch.Trafiłem z tego powodu do aresztu, z którego wyszedłem 2 maja. Była to przykrywka przed zorganizowaniem manifestacji 3 maja. W wyniku działań i zorganizowanych trójek i piątek, o których wspomniałem, na manifestację przybyło kilkanaście tysięcy ludzi.Mimo ciągłej presji, że przemieszczam się w asyście tzw. stróża, mimo 50-procentowego obniżenia pensji oraz mimo tego, że pod moim domem ciągle stał gazik, udawało się działać. W pracy dostałem takie stanowisko, które powodowało, że nie miałem kontaktu z resztą załogi, a mimo to potrafiłem się komunikować. Życie w tamtym okresie czasu było okropne, co odczuwałem nie tylko ja, ale i moja rodzina. W swej perfidii doprowadzili nawet do rozbicia małżeńskiego, dając pieniądze agentowi, który miał wykorzystać słabość mojej ówczesnej żony. Z obawy o najbliższych, podjąłem decyzję o wyjeździe z Polski do Australii z dala od komunistów.

foto: www.represjonowani.net

.

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy