Recenzja na lato: "World War Z"

Recenzja na lato:
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Już od paru tygodni trwa wakacyjny okres na tradycyjne blockbustery, cechujące się niekoniecznie wygórowanym scenariuszem, za to pierwszorzędnymi efektami specjalnymi, które w upalne lato mają przyciągnąć do kin tłumy kinomaniaków. Niewątpliwie takim filmem jestWorldWarZ, który w miniony weekend miał premierę w polskich kinach.


Filmów o tematyce zombi (żywych trupów) było już co niemiara. Zawsze to były jednak produkcje bardziej niszowe, skierowane dla wąskiego kręgu odbiorców. Tym razem tematu podjęło się Hollywood, tworząc coś na zdecydowanie większą skalę.

Świat ogarnęła epidemia tajemniczej choroby, która w mgnieniu oka uśmierca prawie całą ludzką populację, a następne reanimuje ją jako bezmyślne potwory, poszukujące żyjących, aby dalej rozprzestrzeniać zarazę. Widz śledzi losy Garry'ego Lane'a (Brad Pitt), byłego agenta ONZ, który wraz z rodziną próbuje uciec z pogrążonej w chaosie Filadelfii, a następnie na zlecenie swoich dawnych pracodawców udaje się w światm by odkryć sposób na powstrzymanie nieuchronnego końca świata.

Film zdecydowanie nie jest horrorem, bardziej thrillerem. Ma kilka naprawdę trzymających w napięciu momentów, bazujących na poczuciu paniki przed tłumem i zaszczuciem. Za wadę trzeba uznać nierówne tempo: po bardzo szybkim wprowadzeniu (co można zaliczyć na plus, gdyż w tej wielokrotnie drążonej już tematyce nie ma co się rozwodzić), film nabiera wręcz przesadnego przyśpieszenia, by pod koniec zwolnić do znanego z tradycyjnych horrorów - „boję się wejść do pokoju obok” - tempa. Również zakończenie pozostawia niedosyt – przychodzi nagle, niewiele rozwiązuje i oczywiście... zapowiada kontynuację.

„World War Z” wypada jednak całkiem dobrze jako film katastroficzny. Miliony mieszkańców największych miast przedzierają się przez ulice, aby uciec ze śmiertelnej pułapki, jakim stały się dla nich ich własne domy. Sklepy są plądrowane, niektórzy dopuszczają się aktów przemocy i okrucieństwa wobec innych. Filmowcom udało się stworzyć niesamowity klimat upadającego świata. Zewsząd docierają wiadomości o straconych miastach, o braku kontaktu z innymi, o ostatnich miejscach, gdzie jeszcze ktoś stawia opór. Pokazuje także, jak radziliby sobie ludzie w takiej sytuacji i czy zerwaliby z normami moralnymi, samemu stając się potworami.

Filmowe zombi również zasługują na parę osobnych słów – nie stanowią powolnych istot, jak np. w klasycznej „Nocy żywych trupów”. Są bardzo szybkie, a za sprawą braku poczucia bólu i zmęczenia, także i trudne do zatrzymania, zwłaszcza, gdy pędzą w tłumie. Nie wszystkim może się taka konwencja spodobać, tym bardziej, że animowane komputerowo zombi wyglądają nieco sztucznie, zwłaszcza, kiedy występują pojedynczo. Na szczęście takich momentów jest naprawdę niewiele, a nieumarli w takiej nieco zmienionej konwencji oferują pewną dozę świeżości w konwencji. Choć zaznaczmy, że pomysł nie jest nowy – wystarczy wspomnieć o klasycznym już i również katastroficznym „28 dni”.

Efekty specjalne w „World War Z” stoją na bardzo wysokim poziomie. Każde z odwiedzanych przez głównego bohatera miejsc oferuje odmienny klimat i na długo zapada w pamięci.

Warto wspomnieć, że film stanowi bardzo luźną adaptację książki Maxa Brooksa pod takim samym tytułem. Brooks napisał też poradnik „Zombie Survival”, na wypadek gdyby ktoś się chciał przygotować na scenariusz przedstawiony w filmie. Miejmy nadzieję, że do tego jednak nigdy nie dojdzie...

Tomasz Woźniak

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy