Recenzja na lato - "Hemel"

Recenzja na lato -
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Hemelpo holendersku znaczyniebo. Czy wierzysz w niebo? - często zadają sobie to pytanie bohaterowie filmu. Czy jest sens, by i tytułowa bohaterka w nie wierzyła?

„Hemel” to hiszpańsko-holenderska produkcja w reżyserii Sachy Polak, która opowiada historię prowadzącej bardzo rozrykowe życie dziewczyny, podrywającej przypadkowych mężczyzn i rzucającej ich, kiedy jej się znudzą lub kiedy nie potrafi nad nimi dominować. Jej życie wydaje się być pozbawione jakiegoś głębszego sensu i celu, w filmie dominuje wszechobecne poczucie beznadziejności. Hemel nie potrafi budować normalnych relacji z ludźmi, opierając się głównie na seksie i potrzebach ciała. Jej ojciec Gijs zwykł mówić, że związek trwa tylko tyle, ile trwa. Jej wydają się bardzo nietrwałe i przelotne, jakby ta sentencja stała się podstawą jej egzystencji. W jednej scenie bohaterka rozmawia z dziewczyną swojego przybranego brata Annabelle. Anabelle nie śpieszy się, by pójść ze swoim ukochanym do łóżka. - To nie autobus, który musisz złapać – mówi. Zdaniem Hemel odkrycie, że się do kogoś nie pasuje w noc poślubną – to jest przegapiony autobus. Przy okazji ojciec stanowi dla niej ogromny wzór do naśladowania, obiekt jej wielkiej miłości, wykraczającej poza zwykłe relacje ojciec-córka. Nie ma pomiędzy nimi tabu, wiedzą o sobie niemalże wszystko, także w sferze erotycznej. To właśnie ich relacje stanowią główną oś filmu. Kiedy ojciec przedstawia Hemel swoją nową dziewczynę Sophie, Hemel nie jest w stanie jej zaakceptować.

Film jest podzielony na około 10-15-minutowe akty-sceny. Technicznie nie można mu nic zarzucić. Zdjęcia są bardzo klimatyczne, zwłaszcza miasta nocą, kiedy bohaterka z chłopakiem z klubu jadą na skuterze do niej do mieszkania, a w tle roztacza się majestatycznie miasto, skąpane w mrokach ciemności i gęstej mgle. Aktorzy są bardzo przekonywający, zwłaszcza główna bohaterka, grana przez Hannah Hoekstrę, oraz grający jej ojca Hans Dagelet. Aktorzy potrafili zbudować na ekranie atmosferę potrzebną do odtworzenia specyficznej więzi między bohaterami.

Muzyka Rutgera Reindera jest niesamowita. Bardzo zdawkowa, możliwe, że przez cały film przewijają się zaledwie cztery czy pięć utwory. Często powracający motyw poraża hipnotyczną sennością, która przywodzi na myśl życiową pustkę głównej bohaterki. Z kolei utwór „Never nooit niet”, któremu w jednej scenie poddaje się Hemel, przywodzi na myśl scenę z „Pulp Fiction”, kiedy Mia zaprosiła do siebie Vica po pamiętnej scenie tańca twista i w domowym zaciszu zapuściła „Girl, You'll Be a Woman Soon” Urge Overkilla. I podobnie jak bohaterkę graną przez Umę Thurman, tak i Hemel po chwili spotyka przykre zderzenie z rzeczywistością. Muzyka jest pełna uczuć i emocji.

„Hemel” może wydawać się miejscami filmem pozbawionym dobrego smaku, zwłaszcza na początku, często balansując na granicy przyzwoitości. A jednak warto pamiętać, że jest to przede wszystkim opowieść o upadku, zepsuciu i strachu przed utratą bliskiej osoby. I nie można zarzucić mu braku realności, gdyż świat jest pełen ludzi, którzy nie potrafią odnaleźć się w otaczającej ich codzienności. A jednak przydałaby się tu jakaś puenta, gdyż bez niej film prowadzi donikąd, podobnie jak życie głównej bohaterki. Wiele osób porównuje „Hemel” do „Wstydu” Steve'a McQueena, gdyż oba dotykają problemu seksoholizmu i jednostki zagubionej we współczesnym świecie, tylko że tamten film na samym końcu dawał nam i bohaterom przynajmniej jakąś nadzieję, że będzie lepiej. Tutaj jest jej brak.

Tomasz Woźniak

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy