Obywatel Stuhr, czyli wywiad z Jerzym Stuhrem

Obywatel Stuhr, czyli wywiad z Jerzym Stuhrem
Najlepsze wiadomości video z Radomia znajdziesz na naszym kanale na YouTube - TUTAJ

Bohaterem filmu "Obywatel" jest Jan Bratek. Gdziekolwiek się nie pojawi, ściąga na siebie lawinę niespodziewanych zdarzeń. Niczym Forrest Gump, Bratek bierze udział w najważniejszych wydarzeniach swojej epoki.  Ma wielkie szczęście, a może raczej… pecha, że zawsze znajduje się w miejscach, gdzie historia akurat zmienia swój bieg. Jana Bratka, który przez całe życie stara się jedynie być sobą, zagrali ojciec i syn –Jerzy i Maciej Stuhrowie. My zapraszamy na wywiad z Jerzym Stuhrem.

Jakim filmem jest „Obywatel”?

- „Obywatel” jest filmem bardzo osobistym. Chociaż nie jest to moja stuprocentowa biografia, ale jest jakby biografią mojego pokolenia. Jest też filmem stricte autorskim, tzn. wszystko było w moich rękach. Od początku, od pierwszego machnięcia piórem po ostatnie dyspozycje dźwiękowe i montażowe, powiększonym o to, że także zagrałem w tym filmie, tym bardziej biorę za to odpowiedzialność.
„Obywatel” jest jakimś świadectwem mojego pokolenia, historii mojego pokolenia i to było impulsem do rozpoczęcia myślenia o tym filmie. Tym impulsem było to, że pomyślałem sobie, że moje pokolenie miało bardzo ciekawe życie, niełatwe ale ciekawe. Tak sobie rozważałem, czy jest takie drugie pokolenie, które by przeżyło i systemy polityczne, i traumy stanu wojennego, wybór papieża, ileż to w tym naszym życiu się działo. Kiedy ja sobie uzmysłowiłem, że życie swoje zaczynałem w epoce stalinowskiej, gdy pierwszy wierszyk powiedziałem pod popiersiem Stalina w szkole podstawowej, a kończę w wolnym kraju… to był impuls do zabrania się za ten film.

O czym jest ten film?

- Ten film opowiada w sposób troszkę skomplikowany, bo jest to historia, która zaczyna się współcześnie, a kończy się w 1948 roku, akcja toczy się do tyłu. Ale jest wynotowaniem najważniejszych dat z życia mojego pokolenia, takich jak 1968, 1970, 1978, 1980, 1989, aż do dziś. Albo są to pewne okresy, tym datom towarzyszące. Można by ten film podzielić na trzy części: współczesność, PRL i czasy stalinowskie.
Jak długo pisał Pan  scenariusz? Zawsze tak liczę, że dla mnie to jest film od momentu napisania, a nie kiedy zabieram się za kamerę. Zresztą ten okres pisania jest chyba najciekawszy dla mnie. To były cztery lata, prawie 5. Troszkę przetrzymały mnie finanse, troszkę choroba moja, no nie troszkę – 2 lata. I jestem w tym szczęśliwym położeniu, że mogę o nim mówić jak o dziele skończonym.

Skąd pomysł, inspiracja na takie podsumowanie właśnie teraz?

- Każdy mój film, a jest ich 7 w tej chwili, wychodził z jakiegoś impulsu, tego co mnie drażniło w życiu albo jaki kompleks mi towarzyszył, z którego nie potrafiłem się wyzwolić, albo takie rzeczy, którymi nie mogłem się podzielić ani piórem poprzez słowo pisane, ani spektaklem telewizyjnym, ani spektaklem teatralnym tylko wybitnie dziełem filmowym. Ale to są zawsze impulsy bardzo osobiste.
I tak szukam w pamięci. Co jeszcze? Już ze wszystkiego właściwie się wyspowiadałem. I „Historie miłosne” i „Spis cudzołożnic”, i „Tydzień z życia mężczyzny”, „Pogoda na jutro”, „Duże zwierzę”, „Korowód”.  I pomyślałem sobie o tym ciekawym życiu mojego pokolenia, że to by warto gdzieś zanotować.

Czy można powiedzieć, że film jest komedią?

- W moim wieku, to już nie będzie taka "hurra" komedia, taka radosna jak „Seksmisja”, „Kingsajz”, czy filmowe farsy spod znaku „Kilera” – wszystkie u Julka Machulskiego – takie poczucie humoru już jakby mija z pewnym wiekiem. Jest też w tym filmie dużo gorzkich refleksji, ale starałem się aby cała historia opowiedziana była z humorem. Towarzyszy mi chęć takiego eksperymentu, czy na temat bolesnych czasem naszych przywar, słabych stron Polaka, czy jesteśmy gotowi już się roześmiać, a nie tylko zezłościć, obrazić czy wykpić. Czy jesteśmy już na etapie, aby sami z siebie, może nie zaśmiać się, ale choć uśmiechnąć. Tak bym chciał, to jest moje marzenie.

Jak się Panu współpracowało z synem?

- To już nie jest pierwszy raz, gdy pracuję z Maćkiem. To jest bardzo dziwne, bo ja te role już pod niego piszę. Często piszę pod różnych aktorów, których albo uczyłem, znam ich, znam ich sposób mówienia, więc tak piszę, że gdy oni na to patrzą, to mówią, że to tak łatwo. No tak, łatwo, ale ktoś tam myślał, żeby było napisane tak, jak ty mówisz w życiu. Więc z Maćkiem było tak samo,  pod niego napisane, pod jego poczucie humoru również. Ja bardzo liczę, że tę młodą widownię, która nie zna tych czasów 80., 70., 60., że on przyciągnie, bo on ma dość dużą charyzmę u swojej publiczności, która daje temu wyraz zupełnie inaczej niż mnie. Maciej mówi: wiesz tata ile miałem wejść dzisiaj – 7850 wejść, ja mówię – na co wejść – no tu – i wyciąga komórkę. To już jest inna widownia, liczę na niego tutaj. Dobrze tę rolę rozumiał. Właściwie to jak napisałem scenariusz, raz się z nim spotkałem. Przeczytaliśmy scenariusz, powiedziałem mu czego od niego chcę w każdej scenie, on to sobie zanotował i potem nie miałem z nim żadnych problemów. Mało tego, czasem dawał takie poczucie humoru, które mnie zaskakiwało jeszcze. Tak często bywa aktorami.  Jak już pod nich piszę to mniej więcej wiem, jaki efekt osiągnę, ale bywały wielkie zaskoczenia – pani Viola Arlak, pierwszy raz nią w ogóle pracowałem. To są najprzyjemniejsze chwile dla reżysera, jak cię nagle aktor tak pozytywnie zaskakuje. Piotrek Głowacki, jego to znałem trochę ze szkoły, z poprzednich ról, ale też z epizodów. Oboje robili fantastyczne, małe, koronkowe role. Wojtek Malajkat, Krzysiu Dracz, wszyscy mi zrobili wielki prezent.

Dla kogo jest ten film?

- To bardzo trudne pytanie. Jak się czasem bywa twórcą, to nie można tak myśleć. Musisz robić film, który jest w tobie. To jest przemożna chęć podzielenia się z ludźmi. Oczywiście Andrzej Wajda ma rację, on myśli o publiczności zawsze, ale chciałby, aby to było na jego zasadach, żeby to on dyktował warunki poziomu estetycznego i ideologicznego swojego dzieła, a nie łasił się do tej publiczności. Tego trzeba pilnować, żeby nie zapomnieć, że w tym kinie jest widz, którego trzeba dobrze poinformować, bo łatwo jest zmylić widza, ale musisz robić swój film i nie patrzeć czy to przyjdzie młodzież. Potem jak idziesz do kina i patrzysz, Boże, sami młodzi ludzie, jestem najstarszy na widowni. Kto chodzi do kina, ja bym chciał, żeby przyszło moje pokolenie, które zna te realia, a moje pokolenie chodzi słabo do kina. Na tych licznych spotkaniach ze mną, gdzie przychodzą tłumy ludzi, właśnie starszych, ja mówię, przyjdźcie do kina – a oni, że poczekają aż będzie w telewizji. To ja mówię, o nieprędko będzie, uważajcie bo nieprędko będzie w telewizji.

Boję się tylko jednego, że ludzie w kinie chcą się tylko bawić. Źle znoszą filmy, które zmuszają ich do "myślowego dialogu z ekranem". A mój film jednak zmusza. Mało tego, formalnie zmusza, bo jest to taka czkawka historyczna. To nie jest łatwy film do oglądania. No ale trudno, była taka potrzeba zrobienia go. A teraz już wszystko zależy od tych, którzy będą się nim opiekować w kinach.
Jak na Zachodzie wymieniam, że zrobiłem taki film „Obywatel” – to wszyscy mówią ‘Kane’?, a w Polsce mówią do mnie ‘Piszczyk’?, no to jedno i drugie dobre. A więc takie filmy, które opisują biografię człowieka, życie człowieka. To nie jest film fatalistyczny, to jest film, który mówi w formie lekko filozoficznej, że jednak poddawani byliśmy, moje pokolenie, przypadkowi. Nam się wydawało, że my kreujemy historię; może było kilku tytanów naszego życia społecznego i politycznego, którzy rzeczywiście mieli wpływ na historię. Ale naród był poddawany historii. Czy ja chciałem stanu wojennego? Nie chciałem, a nagle przyszło mi w nim żyć. Jednak przypadek nami rządzi i czasem jednocześnie jest to śmieszne.

Opracował: TK "JWK", fot. Opus Film

Najświeższe wiadomości z Radomia i regionu znajdziesz na profilu CoZaDzien.pl na Facebooku - TUTAJ

Polecamy